Выбрать главу

Usłyszał trzaśnięcie drzwiami i jakaś sylwetka pojawiła się w kręgu świateł. Była to Nadia. Szła przez pokład pochylona do przodu, wypinając w górę tyłek. Boi się pewnie, że śmigło odetnie jej głupią głowę – pomyślał Jakow. Zajrzała do wnętrza helikoptera. Jej tyłek cały czas był wypięty, kiedy rozmawiała z pilotem. Potem wycofała się i zniknęła poza kręgiem świateł. Chwilę później helikopter uniósł się. Reflektory zgaszono i pokład zatopił się w ciemności. Jakow wyszedł zza schodów i patrzył, jak śmigłowiec unosi się w górę. Widział jego ogon przesuwający się jak gigantyczne wahadło na linie. Potem maszyna oddaliła się, lecąc nisko ponad wodą. W końcu wtopiła się w noc. Jakaś ręka chwyciła Jakowa za ramię. Krzyknął, szarpnął się w tył i obrócił.

– Co ty tutaj robisz, do cholery? – huknął Gregor.

– Nic!

– Co widziałeś?

– Helikopter.

– Co jeszcze widziałeś?

Jakow patrzył na niego, bojąc się odpowiedzieć. Nadia usłyszała głosy. Szła teraz przez pokład w ich kierunku.

– Co się dzieje?

– Ten chłopak znowu się tu gapił. Myślałem, że zamknęłaś ich kabinę.

– Zrobiłam to. Musiał wymknąć się wcześniej. – Spojrzała na Jakowa. – Zawsze on. Nie mogę przecież cały czas go pilnować.

– I tak miałem go już dość. – Gregor szarpnął Jakowa za ramię i pociągnął go w kierunku klapy, za którą były schody. – On nie może wrócić do pozostałych. – Odwrócił się, żeby otworzyć luk. Jakow kopnął go w kolano. Gregor wrzasnął i rozluźnił uchwyt.

Jakow rzucił się do ucieczki. Słyszał krzyki Nadii i dudniące za nim kroki. Potem nagle tych kroków było więcej, ktoś zbiegał po schodach mostka. Chciał biec w przód, w kierunku dziobu. Za późno zorientował się, że był na pokładzie, gdzie wcześniej wylądował helikopter.

Usłyszał głośne pstryknięcia i rozbłysły pokładowe światła. Jakow stał w samym środku świateł jak uwięziony. Zasłaniając oczy, zaczął uciekać na ślepo. Ale wszyscy okrążyli go i zbliżali się coraz bardziej. Ktoś chwycił go za koszulę. Jakow szarpnął się. Poczuł na twarzy uderzenie. Było tak silne, że upadł. Próbował wstać, ale ktoś podciął mu nogi.

– Wystarczy tego! – powiedziała Nadia. – Chyba nie chcecie go zabić!

– Mały skurwysyn – mruknął Gregor.

Chwycił Jakowa za włosy, pchnął w przód, w kierunku luku, za którym były schody w dół. Jakow potykał się, ale Gregor ciągle podnosił go za włosy. Chłopak nie widział, dokąd go prowadzą. Wiedział tylko, że schodzili w dół, potem szli jakimś korytarzem. Gregor przez cały czas klął. Trochę kulał, co sprawiło, że Jakow poczuł pewną satysfakcję.

Otwarto jakieś drzwi i Jakow został wepchnięty do środka pomieszczenia.

– Możesz tu sobie na razie gnić – powiedział Gregor i zatrzasnął drzwi. Jakow słyszał, jak zamyka zasuwę. Kroki oddaliły się. Został sam w ciemnościach.

Podciągnął kolana do piersi i położył się skulony. Przeniknął go dziwny dreszcz. Próbował powstrzymać drżenie i szczękanie zębami, ale nie potrafił. Nie było mu zimno. Drżenie wywoływało coś, co siedziało głęboko w jego duszy. Zamknął oczy, ale tu czekały na niego widziane tej nocy obrazy. Nadia idąca przez pokład, chwiejnie przemierzająca nieziemskie pole światła. Otwierające się drzwi helikoptera. Nadia pochyla się i podaje coś pilotowi. Pudło. Jakow jeszcze mocniej objął rękami kolana, ale nie mógł opanować drżenia.

Włożył kciuk w usta i zaczął go ssać.

Rozdział dwudziesty

Dla Abby poranki zawsze były najgorsze. Budząc się, jeszcze podświadomie rozmyślała o tym, co przyniesie jej dzień. Nagle przypomniała sobie: Nie mam dokąd iść. Ta świadomość spadła na nią jak cios. Leżała w łóżku, nasłuchując, jak Mark ubiera się i chodzi po jeszcze ciemnej sypialni. W takich chwilach czuła, że całkowicie pogrąża się w rozpaczy, nie była w stanie odezwać się do niego ani słowem. Dzielili ze sobą dom i łóżko, ale już nie potrafili ze sobą rozmawiać. Właśnie tak umiera miłość – pomyślała Abby, słysząc, jak Mark wychodzi z domu. Nie przez słowa tylko przez milczenie.

Kiedy Abby miała dwanaście lat, jej ojciec stracił pracę w garbarni. Przez całe tygodnie codziennie rano wyjeżdżał z domu, tak jakby jechał normalnie do pracy. Abby nigdy się nie dowiedziała, dokąd jeździł, ani co robił. Nigdy jej tego nie powiedział. Wiedziała jedynie, że jej ojciec był przerażony perspektywą zostania w domu i stawienia czoła własnej klęsce. Dlatego właśnie wychodził z domu codziennie rano.

Teraz tak robiła Abby. Nie chciała brać samochodu, wolała iść piechotą. Było jej wszystko jedno, dokąd idzie. Od zeszłego wieczoru pogoda zepsuła się. Było zimno i zanim Abby doszła do cukierni, twarz jej lekko zdrętwiała. Kupiła kawę, ciastko sezamowe i usiadła przy stoliku. Zdążyła przełknąć dwa kęsy, kiedy przypadkiem spojrzała na mężczyznę siedzącego obok. Czytał „Boston Herald”.

Jej zdjęcie widniało na pierwszej stronie. W tym momencie zapragnęła stać się niewidzialna. Niespokojnie rozejrzała się po cukierni, obawiając się, że oczy wszystkich zwrócone będą w jej kierunku, ale nikt na nią nie patrzył.

Wstała, wyrzuciła niedokończone ciastko do kosza i wyszła na ulicę. Zupełnie straciła apetyt. W kiosku kupiła egzemplarz „Boston Herald” i weszła do jakiejś klatki schodowej, żeby spokojnie przejrzeć gazetę.

Surowość zasad szpitalnych przyczyną tragedii!

Bez wątpienia doktor Abigail DiMatteo była wyróżniającą się stażystką – jedną z najlepszych w Centrum Medycznym Bayside, jak twierdzi przewodniczący programu stażowego, doktor Colin Wettig. Niestety, w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, to znaczy wkrótce po tym, jak doktor DiMatteo rozpoczęła drugi rok stażu, sprawy zaczęły układać się dla niej coraz gorzej…