Frachtowca nie było.
Rozdział dwudziesty drugi
Linia na ekranie monitora przedstawiającego pracę serca szalała w chaotycznym tańcu.
– Panie Voss. – Pielęgniarka chwyciła Wiktora Vossa za ramię, próbując odciągnąć go od łóżka Niny. – Proszę zrobić miejsce lekarzom.
– Nie zostawię jej.
– Panie Voss, oni nie będą mogli pracować, jeżeli pan stąd nie odejdzie! Wiktor strząsnął rękę kobiety z taką gwałtownością, że odskoczyła przestraszona. Nie ruszył się od łóżka Niny. Dłonie zacisnął na poręczy mocno, aż wszystkie kostki zrobiły się białe.
– Cofnąć się! – padła komenda. – Wszyscy do tyłu!
– Panie Voss! – Głos doktora Archera przebił się przez ogólny hałas. – Musimy pobudzić serce pana żony! Musi się pan natychmiast odsunąć od łóżka. Natychmiast!
Wiktor puścił poręcz i cofnął się. Gwałtowny wstrząs przeszedł przez ciało Niny. Była zbyt drobna, zbyt delikatna, żeby poddawać ją takim zabiegom! Wzburzony postąpił krok do przodu, gotów zerwać elektrody. Potem zatrzymał się. Na monitorze ponad łóżkiem poszarpana linia ustąpiła miejsca serii rytmicznych skoków. Usłyszał, jak ktoś wzdycha z ulgą. On sam również odetchnął głęboko.
– Rytm sześćdziesiąt. Rośnie do sześćdziesięciu pięciu…
– Wydaje się stabilny.
– Siedemdziesiąt pięć.
– W porządku, można podłączyć kroplówkę.
– Ona porusza ręką. Czy są tutaj jakieś pasy?
Wiktor przepchnął się wśród pielęgniarek i stanął przy żonie. Nikt nie próbował go powstrzymać. Ujął jej dłoń i przycisnął do swoich ust. Na jej skórze poczuł słony smak własnych łez. Zostań ze mną. Proszę, proszę cię bardzo, zostań ze mną.
– Panie Voss? – Miał wrażenie, że ten głos dobiegał z bardzo daleka. Odwrócił się i spojrzał na doktora Archera.
– Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności? – powiedział Archer. – Ci wszyscy ludzie doskonale potrafią zająć się pana żoną. Będziemy przy sali. Muszę z panem porozmawiać. I to zaraz.
Wiktor skinął głową. Delikatnie położył rękę Niny wzdłuż jej ciała i wyszedł z sali za Archerem. Stanęli trochę z boku, z dala od innych. Właśnie przyciemniono światła na noc. Na tle rzędu zielonych ekranów widać było nieruchomą sylwetkę dyżurnej pielęgniarki.
– Transplantacja została odłożona – powiedział Archer. – Był problem z pobranym organem.
– O co panu chodzi?
– Nie może się to odbyć dzisiaj. Musimy przełożyć operację na jutro. Wiktor spojrzał na salę, w której leżała jego żona. Przez odsłonięte okno widział jej głowę. Nina właśnie budziła się. Potrzebowała go.
– Jutro nic nie może się nie udać – powiedział.
– Nic się nie stanie.
– To samo słyszałem po pierwszej transplantacji.
– Nie zawsze da się zapobiec odrzuceniu przeszczepu. Niezależnie od tego, jak bardzo się staramy, może się to zdarzyć.
– Skąd więc wiadomo, że nie zdarzy się to raz jeszcze? Z drugim sercem?
– Nie mogę składać żadnych obietnic. W tym jednak momencie nie mamy innego wyjścia. Cyklosporyna zawiodła. Poza tym pana żona miała anafilaktyczną reakcję na OKT-3. Jedyne wyjście to kolejny przeszczep.
– Który odbędzie się jutro – powiedział stanowczo Voss. Archer przytaknął.
– Dopilnujemy tego, żeby na pewno został jutro przeprowadzony. Nina nie była jeszcze w pełni przytomna, kiedy Wiktor stanął przy jej łóżku. Tyle razy przedtem przyglądał jej się, kiedy spała. Zauważał drobne zmiany, delikatne linie w kącikach jej ust, coraz mniej wyraźną linię podbródka. Kolejne siwe pasmo w jej włosach. Każda z tych zmian zasmucała go, przypominała, że ich wspólna podróż była chwilą w wiecznej samotności. Mimo to kochał jej twarz i każdą zmianę, jaką w niej zauważał.
Nina dopiero wiele godzin później otworzyła oczy. Nie od razu zauważył, że się obudziła. Siedział przygarbiony na krześle przy jej łóżku. Był zmęczony. Nagle poczuł coś dziwnego, coś, co kazało mu podnieść głowę i spojrzeć na Ninę. Patrzyła na niego. Otworzyła dłoń w niemej prośbie o jego dotyk. Natychmiast chwycił ją.
– Wszystko – wyszeptała – wszystko będzie w porządku. Uśmiechnął się.
– Tak. Oczywiście, że tak.
– Byłam taka szczęśliwa, Wiktorze. Tak bardzo szczęśliwa…
– Oboje mieliśmy szczęście.
– Ale teraz musisz pozwolić mi odejść.
Uśmiech zniknął z twarzy Wiktora. Potrząsnął głową.
– Nie mów tak.
– Ty masz jeszcze tyle życia przed sobą.
– A co z nami? – Zamknął jej dłoń w obu rękach jak człowiek, który stara się zatrzymać wodę przeciekającą mu przez palce. – Ty i ja, Nina. My nie jesteśmy tacy, jak inni! Przecież zawsze to sobie powtarzaliśmy. Nie pamiętasz? Jesteśmy inni. Wyjątkowi. I nic nam się nie może przytrafić?
– Ale coś się przytrafiło, Wiktorze – powiedziała Nina cicho. – Coś przytrafiło się mnie.
– I ja zamierzam się tym zająć.
Nie odpowiedziała, tylko pokręciła smutno głową.
Wiktorowi wydawało się, że ostatnią rzeczą, jaką dostrzegł w oczach Niny, był niemy sprzeciw. Spojrzał na jej dłoń, którą ściskał w swojej tak zaborczo. Zobaczył, że była zaciśnięta w pięść.
Wybiła prawie północ, kiedy detektyw Lundquist podwiózł wykończoną Abby pod drzwi jej domu. Widziała, że Marka nie było. Jego samochód nie stał na podjeździe. Kiedy weszła do domu, poczuła pustkę tak wyraźną, jakby przed jej stopami otworzyła się przepaść. Pewnie ma jakiś nagły przypadek w szpitalu – pomyślała. Często zdarzało się, że musiał wyjść z domu w środku nocy wzywany do Bayside, żeby zoperować kogoś z postrzałem albo raną kłutą. Starała się wyobrazić go sobie takim, jakiego wiele razy przedtem widywała na sali operacyjnej, z twarzą zasłoniętą niebieską maską chirurgiczną, wzrokiem skierowanym w dół, ale nie potrafiła odnaleźć tego obrazu. Tak jakby wspomnienia tamtej rzeczywistości zostały wymazane z jej pamięci.