– Amelio, na pewno jest jakieś rozwiązanie…
– Nie, Billie, nie ma! Dostałam dzisiaj telegram z Nowego Jorku, od adwokata, którego wynajęli bracia Geoffa. Odgrażają się, że podejmą kroki prawne, bo wywiozłam Randa z Anglii.
– Ale przecież to twój syn! Masz prawo zabierać go, dokądkolwiek zechcesz!
– Jest moim synem, bo kocham go jak syna, ale Geoff zginął, zanim dopełniliśmy wszystkich formalności adopcyjnych. Czeka mnie walka. Skontaktowałam się już z moim prawnikiem w Londynie. Radził mi zostać w Sunbridge, a w każdym razie w Teksasie, tak długo jak to możliwe. Trwające w Europie wojna i trudności komunikacyjne dadzą mi możność przesunięcia terminów rozpraw sądowych. Nie mogę Randa utracić, Billie, po prostu nie mogę! Bardzo go kocham. Ilekroć na niego patrzę, widzę Geoffa, któremu obiecałam, przysięgłam na Boga, że zaopiekuję się Randem. Nie mogę ich obu zawieść. – Zamyśliła się na chwilę. – Mimo bogactw i tytułów szlacheckich Geoff nie miał szczęśliwego dzieciństwa. – Roześmiała się z goryczą. – Powtarzał, że ja tylko mogę zapewnić Randowi normalny dom bez stresów. Ja! Amelia-która-wszystko-knoci, Coleman Nelson ma stać się zbawieniem dla małego chłopca! Billie, zrobię wszystko, byle dotrzymać obietnicy, którą złożyłam Geoffowi. Pomóż mi.
Miękkie światło lampy wydobywało z półmroku część twarzy Amelii, reszta znikła w cieniu. Ciemne włosy Amelia upięła w skromny kok na karku. Ta fryzura nadawała jej pewną surowość, która sprawiała, że jej prośba brzmiała bardziej przejmująco, rozpaczliwie. Billie nie chciała jej pomóc. Było to sprzeczne z jej wiarą i przekonaniami, a mimo to, wbrew sobie, szukała jakichś dróg wyjścia.
– Odwracasz się ode mnie, Billie. Widzę, że cię gorszę. Zapomnij, że o to prosiłam. Zapomnij, że w ogóle o tym wspominałam. Nie żywię do ciebie urazy. Zaopiekujesz się jutro Randem, kiedy pojadę do miasta?
– Dokąd jedziesz? Jak się nazywa lekarz?
Śmiech Amelii był nieprzyjemnie wysoki, skrzek niemaclass="underline"
– Billie, chyba sobie żartujesz. Aborcja jest nielegalna, zapomniałaś? Żaden lekarz, w każdym razie żaden dobry lekarz nie tknie mnie palcem. Pomogli mi moi dawni przyjaciele, ludzie nie cieszący się wielkim szacunkiem. Tylko ciąże, które zagrażają życiu i zdrowiu matki, usuwa się w sterylnych szpitalach. Właśnie taki zabieg proponuje ci doktor Ward.
W głowie Billie pojawiły się ponure wizje. Nagle przypomniała sobie szeptane na ucho opowieści o ciemnych uliczkach, rzeźnickich nożach, szydełkach.
– Amelio! Nie możesz! To niebezpieczne.
– Mogę i zrobię to, zobaczysz. – Przesunęła dłoń niżej i poklepała się po brzuchu. – Wiesz, co tu jest, Billie? Marzenie. Tylko tyle, marzenie. Niestety, nie jest mi przeznaczone. Wolę o nim zapomnieć, zanim zmieni się w koszmar. Nie masz pojęcia, jak bardzo się boję. Umieram ze strachu na myśl, że zawiodę Geoffa. W moim życiu tylko jedno zrobiłam dobrze: pokochałam Geoffa i Randa. Wiesz, tak naprawdę jestem wielką egoistką. Zapytaj każdego, kto mnie zna. Ot, choćby mojego ojca. Muszę i chcę to zrobić!
– Pojadę z tobą – zadecydowała Billie. – Będę ci potrzebna. Nie podoba mi się ten pomysł, przyznaję, ale możesz na mnie liczyć. Moss postąpiłby tak samo. Nie mam zamiaru cię osądzać, Amelio. Chcę być twoją przyjaciółką.
– Och, Billie! – Amelia nie ukrywała łez. – Jesteś moją przyjaciółką, a nawet kimś więcej: moją siostrą!
Następnego popołudnia pojechały do Austin. Ustaliły z Carlosem, że będzie na nie czekał o piątej przed wieżowcem Colemanów. Dopiero, kiedy czarny packard zniknął, złapały taksówkę. Amelia milczała na tylnym siedzeniu. Billie podała kierowcy adres.
– Na pewno chcą panie tam jechać? – kierowca żuł koniec cygara. – Nie wyglądacie na takie.
– Proszę nas zawieźć pod ten adres – rzuciła Billie tonem, który skutecznie ostudził ciekawość taksówkarza. Amelia siedziała sztywno wyprostowana. Z całej siły zaciskała zimne dłonie.
Dotarli na miejsce. Billie przyglądała się nieufnie obskurnym barom i zaśmieconym chodnikom.
– To tutaj – stwierdziła Amelia. Wysiadły i zapłaciły kierowcy.
– Mam na panie poczekać?
– Nie, dziękujemy. – Billie rozglądała się nerwowo. Na rogach ulic kręcili się mężczyźni, z barów dobiegały dźwięki meksykańskiej muzyki, po ulicach snuły się bez celu dzieci w łachmanach i kobiety o smutnych oczach.
– Amelio, czy jesteś pewna, że to właściwy adres?
– Tak. – Spojrzała na ruderę w opłakanym stanie. – Chodźmy, chcę to już mieć za sobą.
Nigdy dotąd Billie nie była w takim miejscu. Ciemny korytarz śmierdział odpadkami, pleśnią i przypalonym czosnkiem. Zza cienkich drzwi dobiegały odgłosy z odbiorników radiowych, z których każdy odbierał inną stację, co tworzyło dziwaczną, ponurą kakofonię. Weszły na trzecie piętro. Amelia zapukała.
Odrapane drzwi odrobinę się uchyliły. Przez szparę wyjrzała para ciemnych, podejrzliwych oczu. Amelia wsunęła w nią szeleszczący banknot studolarowy i drzwi otworzyły się szeroko. Mężczyzna w brudnej białej koszuli, ledwo się dopinającej na wielkim brzuchu, krzyknął coś po hiszpańsku. Do pokoju weszła kobieta. Billie usłyszała trzask zamka za plecami. Wpadła w panikę.
– To moja przyjaciółka – tłumaczyła Amelia. – Zaopiekuje się mną w powrotnej drodze.
Kobieta pokręciła głową i mruknęła coś do mężczyzny.
– Miałaś przyjść sama! – warknął.
– Nikt mi o tym nie powiedział. Moja przyjaciółka zostanie ze mną.
Kobieta zabełkotała coś niewyraźnie, ale mężczyzna uciszył ją krzykiem
– Masz całą sumę? – zwrócił się do Amelii. – Dwieście dolarów?
– Tak. Moja przyjaciółka da ci drugą setkę, kiedy będzie po wszystkim.
– Poczeka tutaj.
– Nie. Pójdzie ze mną. Albo poszukamy kogoś innego.
I znowu kobieta chciała coś powiedzieć.
– Silencio! – ryknął mężczyzna.
Pod Billie uginały się nogi, miała lodowate ręce mimo upalnego dnia.
– Dobrze. Idźcie z Marią. Ona się wszystkim zajmie. Najpierw chcę zobaczyć pieniądze.
– Pokaż mu – poleciła Amelia. – Do cholery, Billie, rób, co mówię. Pokaż mu pieniądze!
Billie niezdarnie grzebała w portmonetce. W końcu pokazała mężczyźnie banknot studolarowy. Zadowolony, skinął głową. Szybko wepchnęła pieniądze do przegródki zamykanej na suwak, jakby parzyły ją w palce.
Maria przepuściła je przodem. Weszły do sąsiedniego pokoju, którego jedyne umeblowanie stanowił kuchenny stół i krzesło. Okna wychodzące na podwórze, zaklejono gazetami. W głębi można było dojrzeć brudną łazienkę. Zza ściany dobiegały podniesione głosy. Maria włożyła fartuch z ceraty. Zdobił go taki sam wzór, jaki widniał na ceratowym obrusie, który leżał na kuchennym stole w domu Ames w Filadelfii. W głowie Billie kłębiły się dziesiątki oderwanych od siebie obrazów.
Amelia wzięła ją za rękę. Leżała na stole, miała szeroko rozłożone nogi. Z całej siły zaciskała zęby, żeby nie krzyczeć. Maria przycupnęła na krześle między jej udami. Wzór na ceratowym fartuchu wirował Billie przed oczyma, wywoływał mdłości. Nagle powietrze wypełnił zapach krwi. Coś z plaśnięciem wpadło do emaliowanego garnka u stóp Marii. Billie z wahaniem odwróciła głowę w tamtą stronę. Zobaczyła czerwone skrzepy krwi i kawałki tkanki. Stało się. Z łona Amelii wyskrobano, wyrwano malutką istotkę.
Porysowana, brudna podłoga zdawała się wznosić, jakby chciała pochłonąć Billie. Wszystko przebiegło tak szybko, zabieg przeprowadzono tak niechlujnie. Billie miała wrażenie, że rozrywano także jej wnętrzności. W brzuchu czuła, jakby ją palił żywy ogień. Nagle dotarło do niej, że życie, które nosi, nie przetrwa bez jej pomocy. Mogłoby zostać wyrwane z bezpiecznego schronienia i ciśnięte do emaliowanego garnka Marii. Fakt, że odbyłoby się to w czystym szpitalu, a ona by niczego nie czuła, był tu bez znaczenia. Jest matką, a to jej dziecko. Bez niej nigdy nie złapie oddechu, nie zapłacze, nie zazna głodu.