Выбрать главу

– U licha, skądże, dziewczyno! – Tym razem Amelia wcieliła się w Setha i Billie znowu zaniosła się śmiechem. – Mówiąc poważnie, chcę, żebyś to zrobiła.

– Pamiętaj, że skończyłam tylko szkołę średnią, a do dziś zapomniałam zapewne tych niewielu wskazówek, których mi udzieliła pani Evans w Filadelfii. Dlaczego ja? Mogłabyś zwrócić się do najlepszych projektantów w Nowym Jorku.

– Wiem o tym doskonale, ale chcę, żeby te ubrania wyrażały mnie, Amelię Coleman Nelson. Ty mnie znasz, Billie. Nie musiałabyś niczego szyć, od tego są krawcowe w Austin. Przecież myślałaś o karierze w tym zawodzie, prawda?

– Tak, ale mama chciała, żebym została nauczycielką. Tymczasem wyszłam za Mossa i wylądowałam tutaj. Nawet nie myślę o karierze. Przede wszystkim chcę być żoną i matką. Może kiedyś, później…

– Billie, „później” jest za późno. Coś zawsze staje na drodze. Teraz, kiedy jesteś przykuta do łóżka, masz niepowtarzalną szansę. Ja ci pomogę. Cofniemy się myślą do czasów, zanim poznałaś Mossa. Co planowałaś? Co chciałaś robić?

– Projektować wzory na tkaninach, eksperymentować z kształtami i barwami. Pani Evans, moja nauczycielka, twierdziła, że mam talent, i uczyła mnie po lekcjach. Zanim wyszła za mąż i urodziła dzieci, pracowała dla Olega Cassiniego. Obiecała, że mi pomoże. Zostałam nawet przyjęta do Instytutu Mody w Nowym Jorku, ale wtedy mama się o wszystkim dowiedziała i na planach się skończyło. Być może, pani Evans była po prostu zbyt uprzejma…

– Tere – fere. Nie zapominaj, że na własne oczy widziałam, co potrafisz, a z tego co wiem, Instytut Mody nie przyjmuje byle kogo. Jak to się właściwie stało, że ta pani Evans uczyła w szkole?

– Pan Evans uważał, że w Nowym Jorku jest za dużo hałasu i blichtru, więc się przenieśli do Filadelfii. Małżeństwo było dla niej ważniejsze niż kariera. Też jestem tego zdania.

– Dobrze, ale przygotowanie gruntu w niczym nie zaszkodzi. Zrobimy tak: napiszę list do pani Evans i poproszę, żeby przesłała nazwiska wszystkich ludzi, którzy mogliby ci pomóc. Nie musisz przecież się zwracać do nich od razu. Następnie zaczniemy kompletować teczkę twoich prac. Kiedy nadejdzie właściwa pora, będziesz miała wszystko w zasięgu ręki. Billie, nie chcę, żebyś skończyła jak moja matka. Marnowała się tu, w Sunbridge, umierała przez nikogo nie zauważana.

Billie nie miała serca powiedzieć przyjaciółce, że zanim pomyśli o karierze, połowa ludzi z listy pani Evans na pewno umrze. W jednym się z nią zgadzała: to nie zaszkodzi, a da jej rozrywkę.

– Dobrze – powiedziała tylko.

– Och, Billie, to wspaniale! Moss będzie z ciebie dumny.

Billie otworzyła szeroko oczy:

– Naprawdę tak uważasz?

– Wiem. Moss lubi ciekawych, nietuzinkowych ludzi. Billie, teraz jesteś jedną z Colemanów, a Colemanowie zawsze coś osiągają, nie wiesz o tym? – Ostatnie zdanie było zaprawione goryczą. – Chcesz spędzić całe życie na pracy dobroczynnej i chodzeniu do klubów? Przypomnij sobie moją matkę i to, jaka pustka zapanowała w jej życiu, gdy dzieci wyfrunęły z gniazda.

Billie nie ukrywała radości:

– Coraz bardziej mi się to podoba. Do roboty!

Zadowolona Amelia rozparła się na fotelu i położyła nogi na łóżko Billie:

– Dobra. Teraz mów. Opowiedz mi, co będziesz robić, kiedy nadejdzie właściwa pora – zachęcała tym poważnym, troskliwym tonem starszej siostry, który Billie tak się podobał.

– Pewnego dnia zajmę się satynami, jedwabiami i brokatami, ale do tego daleka droga, najpierw muszę się dużo nauczyć. Zacznę od bawełny. To fantastyczny materiał, prosty, czysty i wygodny. Żadna inna tkanina nie ma tych właściwości. Należy zawsze pamiętać o ciężarze i fakturze materiału, jeśli się chce go łączyć z innymi dla kontrastu. Gdybym w tej chwili projektowała coś z bawełny, zaczęłabym od kolorów natury, pszenicy, owsa i kości słoniowej, i użyłabym bieli jako katalizatora. Później pokażę ci mój projekt ze szkoły średniej. Kwiaty z czarnych, białych i fioletowych linii… Pani Evans mówiła, że wyglądały jak impresjonistyczny bukiet. Chciała, żebym spróbowała swoich sił z tiulem i batikiem, ale moim zdaniem do nich pasują paski, a ja za nimi nie przepadam, więc zajęłam się czymś innym.

– Powiedz, gdzie można dostać książki na ten temat. Albo jeszcze lepiej, poproszę panią Evans o listę lektur, skoro i tak do niej napiszę. Przeczytasz je chyba?

– Oczywiście! Miałaś rację, Amelio. To mnie zajmie, zwłaszcza że jest to coś, czym się bardzo interesuję.

– I zaprojektujesz dla mnie kilka kreacji?

– Spróbuję. To nie takie proste, jak się wydaje. Dla ciebie… to musi być coś miękkiego, delikatnego, a jednocześnie powinno być solidne, oparte na dobrym projekcie i tkaninie. Nic ciężkiego, sztywnego.

– Już mi się podoba.

– Rodzaj niedbałej elegancji – Billie mierzyła jej sylwetkę zmrużonymi oczyma. – Może spódnica od kostiumu w asymetryczne fałdy. Żakiet z bawełny albo lekkiej wełenki. Coś, do czego pasuje kapelusz. Sukienka o czystej, prostej linii, może z wełnianej żorżety. Co powiesz na tunikę… lekką i szeroką, ale pasek będzie ją trzymał w ryzach. To coś innego niż noszą wszyscy, a podkreślałoby twój wzrost i figurę. Wymyślę coś więcej, kiedy zobaczę twoją garderobę. Najlepiej zrobimy kilka zestawów, które będzie można łączyć ze sobą, wtedy będzie się wydawało, że masz więcej ciuchów niż w rzeczywistości. Jakie kolory najbardziej lubisz?

– Wszystkie – zachichotała Amelia.

– Ja też. Pewnego dnia stworzę własną paletę barw. Mam je wszystkie w głowie. Nawet wymyśliłam już dla nich nazwy. Kiedyś te moje kolory znajdą się na jedwabiach.

– Jakie kolory? Jakie nazwy?

Billie roześmiała się głośno.

– Przysięgasz, że nie będziesz się śmiać?

– Słowo honoru.

– „Lodowy róż”, „czekoladowa wiśnia”, „koktajlowa fuksja”, „lukrowy turkus”… i tak dalej. Jeśli kiedykolwiek będę projektowała wzory na jedwab, użyję tych nazw.

– Billie, jestem pod wrażeniem. Coś mi się wydaje, że tym razem Colemanowie sprawili sobie klaczkę z głową na karku. Pewnego dnia wykorzystasz swój talent. Zapamiętaj moje słowa: pewnego dnia zajdziesz na sam szczyt. I to niejako żona Mossa Colemana, lecz jako ty, Billie Ames Coleman.

Billie poczuła pieczenie pod powiekami. Od dawna nie słyszała szczerego komplementu. Po raz pierwszy, odkąd mieszkała w Sunbridge, czuła, że jest godna nazwiska Coleman. Była to na razie nieśmiała, słabiutka nadzieja, z którą nie zamierzała się zdradzać. Tylko ona i Amelia znały ten sekret.

* * *

– Mam pomysł – zawołała Amelia w pewien niedzielny poranek. – Może poczytam ci humoreski?

Billie westchnęła głośno.

– Nic z tego. Ciągle myślę o twoim wełnianym kostiumie. Bez przerwy się głowię, czy wybrałam odpowiedni fason do materiału. Wszystko się okaże, kiedy Parker skończy szycie.

– Nie zawracaj sobie tym głowy. Pani Parker jutro przywozi go do miary, wtedy się przekonasz. Zmieńmy temat, nie podoba mi się, że jesteś taka zdenerwowana.

– W porządku – Billie gorączkowo szukała tematu do rozmowy, choć jej myśli uparcie krążyły wokół projektów dla Amelii. – Jak ci się układa z ojcem? Zawarliście pokój?

– Wierzysz w bajki, dziewczyno? Nie, i nie zrobimy tego, w każdym razie nie w tym życiu. Ojciec mnie nie lubi. Nigdy nie lubił i nie polubi w przyszłości. Miłość? Seth kocha tylko Mossa i swoją klacz Nessie. Musisz się z tym pogodzić, tak jak ja. Skoro nie chcesz nic śmiesznego, co powiesz na któryś z kryminałów mamy? Zwłaszcza jeden zapowiada się bardzo obiecująco, chyba zmrozi nam krew w żyłach! – Pobiegła po książkę.