Выбрать главу

— Bina — mówi. — Nie znałem tego człowieka. Pojawił się na mojej drodze, przypuszczalnie miałem szansę go poznać, ale z niej nie skorzystałem. Gdybyśmy nawiązali znajomość, kto wie, może zostalibyśmy przyjaciółmi? Miał swój romans z heroiną, co pewnie mu wystarczało. Zazwyczaj tak jest. Nieważne, czy go znałem, nieważne, czy mogliśmy się zestarzeć, trzymając się za rączki na kanapie w holu, to nie ma nic do rzeczy. Ktoś przyszedł do tego hotelu, mojego hotelu, i strzelił człowiekowi w tył głowy, gdy ten przebywał w krainie snów. I to mnie niepokoi. Odłóżmy więc na bok ogólne zastrzeżenia co do podstawowych założeń pojęcia zabójstwa, do których dochodziłem przez lata. Zapomnijmy o dobru i złu, o prawie i porządku, o procedurze policyjnej, o polityce wydziału, o Przejęciu, Żydach i Indianach. Ta nora to mój dom. Będę tu mieszkał jeszcze przez dwa miesiące, czy ile tam wypadnie. Ci wszyscy pechowcy, którzy płacą za rozkładany tapczan i kawałek blachy, przykręcony do ściany w łazience, to teraz moi ludzie, bez względu na to, jacy są. Szczerze przyznam, że nie bardzo ich lubię. Niektórzy są w porządku. Większość jest beznadziejna. Ale niech mnie szlag, jeśli pozwolę, żeby ktoś tu przychodził i strzelał im w łeb.

Bina przygotowała dwa kubki rozpuszczalnej kawy. Jeden wręcza Landsmanowi.

— Czarna i słodka — mówi. — Dobrze?

— Bina.

— Pracujesz samodzielnie. Czarna etykieta zostaje. Złapią cię, wpadniesz w jakieś gówno, Rudaszewscy połamią ci nogi, ja nie chcę nic o tym wiedzieć. — Wyciąga z torby harmonijkową teczkę, pękającą od skoroszytów, i kładzie ją na fornirowanym stoliku. — Sądówka wykonała tylko część roboty. Szpringer stoi w miejscu. Krew i włosy. Odciski palców. To niewiele. Balistyka się guzdrze.

— Dziękuję, Bina. Słuchaj, ten gość… On nie nazywał się Lasker. Ten gość…

Kładzie mu dłoń na ustach. Od trzech lat go nie dotykała. Stwierdzenie, że jej palce na wargach sprawiają, że ciemność znika, to pewna przesada. Ale drży w posadach, a przez szpary przesącza się światło.

— Nie chcę nic o tym wiedzieć — powtarza Bina. Zabiera dłoń, upija łyk kawy i krzywi się. — Fuj.

Odstawia kubek, dźwiga torbę i pod drzwiami przystaje, oglądając się na Landsmana. Ten stoi nieruchomo w szlafroku, który dostał od niej na trzydzieste piąte urodziny.

— Trzeba przyznać, że macie tupet — mówi Bina. — Nie do wiary, żeście tam z Miśkiem pojechali.

— Musieliśmy mu powiedzieć, że jego syn nie żyje.

— Jego syn.

— Mendel Szpilman. Jedyny syn rabina.

Bina otwiera usta i znów je zamyka, nie tyle zdumiona, ile zainteresowana. Zatapia zęby w informacji jak terier, wgryza się w soczystą, zakrwawioną kość, która ustępuje pod naciskiem jej mocnych szczęk. Landsman widzi, że Binie podoba się ten smak, niemniej dostrzega w jej oczach dobrze mu znany wyraz znużenia. Bina, myśli Landsman, nigdy nie utraci apetytu detektywa na ludzkie historie, na śledzenie ich wstecz od ostatecznego wybuchu przemocy do pierwszego błędu. Ale czasem ten głód zaczyna męczyć, nawet prawdziwego szamesa.

— I co powiedział rebe? — Bina z prawdziwym żalem puszcza klamkę u drzwi.

— Chyba był trochę rozgoryczony.

— Zdziwił się?

— Nieszczególnie, ale nie wiem, co miałoby z tego wynikać. Wygląda na to, że chłopak od lat był na równi pochyłej. Pytasz, czy moim zdaniem, Szpilman mógłby wpakować kulkę własnemu synowi? Teoretycznie, jasne, że tak. A tym bardziej Baronsztajn.

Martwy ciężar torby wali się na podłogę. Bina prostuje plecy i kręci obolałym ramieniem. Landsman mógłby zaproponować jej masaż, ale roztropnie się powstrzymuje.

— Pewnie zaraz ktoś zadzwoni — mówi Bina. — Baronsztajn. Gdy tylko na niebie pojawią się trzy gwiazdy.

— Gdyby próbował cię przekonywać, że jest załamany, bo Mendel Szpilman zniknął z horyzontu, to na twoim miejscu nie przywiązywałbym do tego większej wagi. Kiedy syn marnotrawny wraca, wszyscy są zachwyceni, z wyjątkiem faceta, który spał w jego pidżamie. — Landsman upija łyk kawy okropnie gorzkiej i słodkiej zarazem.

— Syn marnotrawny?

— Był jakby cudownym dzieckiem. Szachy. Tora. Języki. Dzisiaj słyszałem opowieść, że wyleczył pewną kobietę z raka, nie żebym w to wierzył, ale chyba wśród pejsatych krąży o nim mnóstwo takich opowieści. Że był cadykiem ha-Dor… Wiesz, kto to jest?

— Mniej więcej. Tak. W każdym razie wiem, co to znaczy — mówi Bina. Jej ojciec, Gurie Gelbfisz, to człowiek wykształcony w tradycyjnym sensie tego słowa, który część swej wiedzy przelał na jedyną córkę. — Sprawiedliwy w danym pokoleniu.

— No więc podobno taki facet, cadyk, zgłasza się do pracy w każdym pokoleniu od dwóch tysięcy lat, masz pojęcie? I przygląda się. Czeka. Aż pora będzie odpowiednia albo świat będzie odpowiedni, albo jak się czasem sądzi, odwrotnie, pora będzie nieodpowiednia, a świat najmniej odpowiedni z możliwych. O niektórych wiemy, większość jednak nie zwróciła naszej uwagi. Rzecz w tym, że cadyk ha-Dor to może być każdy.

— Otacza go ludzka niechęć i pogarda — mówi, a raczej recytuje Bina. — Jest pogrążony w smutku i nieobca mu żałość.

— No właśnie — potwierdza Landsman. — Każdy. Włóczęga. Uczony. Ćpun. Nawet szames.

— Pewnie tak — zgadza się Bina. Odtwarza w myślach drogę, jaką cudowny chłopiec wierzbowerów musiał przejść, by stać się ćpunem, zamordowanym w noclegowni na ulicy Maksa Nordaua. Wnioski z tej historii wyraźnie ją zasmucają. — W każdym razie cieszę się, że to nie ja.

— Już nie chcesz zbawiać świata?

— A kiedyś chciałam?

— Wydaje mi się, że tak, jak najbardziej.

Bina w zadumie pociera nos palcem, usiłując sobie przypomnieć.

— No, to chyba mi przeszło — oświadcza w końcu, ale Landsman nie jest przekonany. Nigdy nie zrezygnowała ze zbawiania świata: po prostu świat, który miała ochotę zbawiać, malał coraz bardziej, aż w końcu zaczął się mieścić w kapeluszu pewnego beznadziejnego gliniarza. — Teraz są już tylko gadające kurczaki.

Prawdopodobnie powinna skończyć na tej kwestii, jednak przez następnych piętnaście bezpowrotnie straconych sekund stoi oparta o framugę, patrząc, jak Landsman skubie postrzępiony pasek od szlafroka.

— Co powiesz Baronsztajnowi, kiedy zadzwoni? — pyta Landsman.

— Że się totalnie wyłamałeś i że dopilnuję, żebyś stanął przed komisją. Może będę musiała zabrać ci odznakę. Oczywiście, wyrażę stosowny sprzeciw, ale przez tego szomera z Towarzystwa Pogrzebowego, Spade’a, niech będzie przeklęte imię jego, nie mam zbyt dużego pola manewru. I ty też nie.

— Dobra, dzięki za ostrzeżenie — mówi Landsman. — Czuję się ostrzeżony.

— Nu, to co zamierzasz zrobić?

— Teraz? Teraz chcę przycisnąć matkę Szpilmana. Stary twierdzi, że Mendel nie kontaktował się z nikim z rodziny i z nikim nie rozmawiał. Ale z jakiegoś powodu nie mam ochoty wierzyć mu na słowo.

— Batszeba Szpilman. Będzie trudno ją przycisnąć — zauważa Bina. — Zwłaszcza mężczyźnie.

— To prawda — potwierdza Landsman tęsknie.

— Nie. Mejer, nic z tego. Zapomnij. Jesteś zdany na siebie.

— Będzie na pogrzebie. Wystarczy, że…

— Wystarczy — wpada mu w słowo Bina — że jeszcze dwa miesiące będę schodzić z drogi szomerom, pilnować swego tyłka i żyć tak, żeby nie wdepnąć w gówno.

— Z przyjemnością popilnuję twego tyłka — proponuje Landsman ze względu na stare dobre czasy.