— Nie całkiem — odpowiada.
— Wydział zabójstw.
— Nie.
— Pańskiego partnera.
— Znowu nie.
— Nu, to ja nie bardzo rozumiem — mówi ona. — Kto to są ci „my”, którzy nie posunęli się ani o krok ze śledztwem w sprawie śmierci mojego syna?
— W tej chwili? Ja, ee… Na razie to teoretyczne dochodzenie.
— Aha.
— Prowadzone przez niezależną jednostkę.
— Mój zięć — mówi pani Szpilman — twierdzi, że został pan zawieszony, bo przyjechał pan na wyspę. Do naszego domu. Bo obraził pan mojego męża i oskarżył go, że był dla Mendla złym ojcem. Arie twierdzi, że odebrano panu odznakę.
Landsman toczy po czole chłodny walec szklanki z piwem imbirowym.
— No więc, ta jednostka, o której mówię — odpowiada. — Może ona nie posługuje się odznakami.
— Tylko teoriami.
— Właśnie.
— Na przykład?
— Na przykład? Dobrze, proszę bardzo. Utrzymywała pani sporadyczne, a może nawet regularne kontakty z Mendlem. Dostawała pani od niego wiadomości. Wiedziała pani, gdzie przebywa. Od czasu do czasu do pani dzwonił. Przysyłał pocztówki. Może nawet widywała go pani ukradkiem. Sam fakt, że z koleżanką Rudaszewską tak uprzejmie podwozicie mnie do domu, i to w sekrecie, nasuwa mi pewne podejrzenia.
— Nie widziałam mojego syna Mendla od dwudziestu lat — oświadcza ona. — A teraz już nigdy go nie zobaczę.
— Ale dlaczego, pani Szpilman? Co się stało? Dlaczego porzucił wierzbowerów? Co takiego zrobił? Czy była jakaś kłótnia?
Rebecyn przez dłuższy czas nie odpowiada, jakby walczyła z długim nawykiem nierozmawiania o Mendlu z nikim, a już zwłaszcza nie ze świeckim policjantem. A może walczy z rosnącym uczuciem przyjemności, jaką wbrew sobie będzie czerpać z głośnych wspomnień o synu?
— A tak świetnie go wyswatałam — wzdycha.
25
Tysiące gości, niektórzy aż z Miami Beach i Buenos Aires. Siedem przyczep cateringowych i ciężarówka Volvo pełna jedzenia i picia. Hałdy prezentów, łupów, danin, ogromne jak Góry Baranowa. Trzy dni postu i modlitwy. Cała klezmerska rodzina Muzykantów, niemal pół orkiestry symfonicznej. Wszyscy Rudaszewscy, co do jednego, nawet wiecznie pijany pradziadek, strzelający na oślep ze starożytnego nagana. Tydzień przed wielkim wydarzeniem tak wielu ludzi czekało na błogosławieństwo pana młodego, że kolejka kilkakrotnie okrężała hol, wychodziła za drzwi, skręcała za róg i ciągnęła aleją Ringelbluma przez dwie przecznice. Dniem i nocą dom tonął w jazgotliwej kipieli, w tumulcie motłochu rwącego się do rewolucji.
Godzinę przed ślubem wciąż na niego czekali. Ulicę przepełniał tłum kapeluszy i mokrych, śliskich parasoli. Szanse, że się z nimi spotka, wysłucha ich próśb i żalów, były coraz mniejsze, jednak nikt niczego nie wiedział na pewno: niespodziewane posunięcia leżały w naturze Mendla.
Stała właśnie przy oknie, zerkając zza firanki na petentów, gdy dziewczyna przyszła, żeby powiedzieć, że Mendel gdzieś przepadł, ale chcą się z nią zobaczyć dwie panie. Okna sypialni pani Szpilman wychodziły na boczne podwórko, lecz w prześwicie między domami widziała narożnik, kapelusze i błyszczące na deszczu parasole. Żydów stłoczonych jak śledzie w beczce, przesiąkniętych tęsknotą za widokiem Mendla.
Dzień ślubu, dzień pogrzebu.
— Przepadł? — powtórzyła, nie odwracając się od okna. Ogarnęło ją znane ze snu uczucie daremności i spełnienia zarazem. Pytanie nie miało sensu, a przecież była to jedyna rzecz, o którą mogła zapytać: — Jak to przepadł?
— Nie wiadomo, proszę pani. Od wczoraj nikt go nie widział.
— Od wczoraj.
— Od dziś rano.
Wczoraj czyniła honory na forszpilu, wydanym dla córki rabina sztrakencerów. Wspaniała partia. Starannie wykształcona młoda dama, piękna dziewczyna o ognistym temperamencie, którego brakowało siostrom Mendla, lecz który o czym jego matka świetnie wiedziała, syn bardzo podziwiał w niej samej. Oczywiście narzeczona, choć doskonała, nie była odpowiednia — pani Szpilman zdawała sobie z tego sprawę. Już zanim pokojówka przyszła powiedzieć, że nie potrafią znaleźć Mendla, który podobno przepadł w nocy, pani Szpilman miała pełną świadomość, że żadna narzeczona, choćby nie wiadomo jak zdolna, piękna i ognista, nigdy nie będzie odpowiednia dla jej syna. Ale pewien niedobór, pewna luka jest nieuchronna, czyż nie? Między związkiem, który zaplanował Przenajświętszy, niech błogosławione będzie Imię Jego, a rzeczywistą sytuacją pod chupą, między przykazaniem a jego przestrzeganiem, między niebem a ziemią, mężem a żoną, Syjonem a Żydem. Ta luka nazywa się „świat”. Dopiero przyjście Mesjasza może ją zasypać, zlikwidować, znieść wszelkie odstępy, podziały i odległości. Do tego czasu, błogosławione niech będzie Imię Jego, przez lukę przeskakują czasem pojedyncze iskry, drobiny światła, coś w rodzaju wyładowań elektrycznych. I za ich przelotny błysk winniśmy być wdzięczni.
Tak w każdym razie zamierzała przedstawić rzecz Mendlowi, gdyby kiedykolwiek szukał u niej rady w kwestii zaślubin z córką rabina sztrakencerów.
— Pani mąż nieźle zły — powiedziała Betty, jak wszystkie pokojówki pochodząca z Filipin.
— Co powiedział?
— Nic nie powiedział, proszę pani. Stąd wiem, że on zły. Wysyła ludzi, żeby szukać wszędzie. Dzwonić do burmistrza.
Pani Szpilman odwróciła się od okna, czując, że w żołądku powoli wzbiera jej zdanie: „I musieli odwołać ślub”. Betty podnosiła z tureckiego dywanu zwoje bibułki.
— Jakie panie? — zapytała pani Szpilman. — Kim są? Z Wierzbowa?
— Jedna może tak. Druga nie. Mówią tylko, że mają nadzieję porozmawiać.
— Gdzie?
— Na dole w pani gabinecie. Jedna cała na czarno, z woalką na twarz. Wygląda, jakby może jej mąż właśnie umarł.
Pani Szpilman już nie pamięta, kiedy pierwsze beznadziejne przypadki, pierwsi śmiertelnie chorzy zaczęli szukać kontaktu z Mendlem. Być może najpierw przychodzili ukradkiem, od kuchni, zwabieni relacjami którejś ze służących. Była na przykład pewna pokojówka, bezpłodna wskutek spapranej operacji, którą przeszła w Cebu jako mała dziewczynka. Mendel wziął laleczkę, taką, jakie robił dla swoich sióstr z filcu i klamerek do bielizny, wpiął między jej drewniane nóżki wypisane ołówkiem błogosławieństwo i włożył dziewczynie do kieszeni. Dziesięć miesięcy później Remedios urodziła syna. No a Dow-Ben Gurski, ich kierowca, potajemnie zadłużony na dziesięć tysięcy dolarów u rosyjskiego łamignata? Mendel z własnej inicjatywy wręczył Gurskiemu pięciodolarowy banknot, wyrażając nadzieję, że to pomoże. I dwa dni później Gurski dostał wiadomość od prawnika z St. Louis, że wuj, którego nawet nie znał, zapisał mu w spadku pół miliona dolarów. Kiedy Mendel przystępował do bar micwy, wszyscy ci chorzy, umierający, osieroceni, ci rodzice śmiertelnie chorych dzieci, byli już prawdziwym utrapieniem. Nachodzili go w dzień i w nocy, błagali i żebrali. Pani Szpilman podjęła kroki, by chronić syna, ustaliła godziny i warunki. Ale chłopiec miał dar. A istota daru polega na tym, że trzeba go dawać bez końca.
— Nie mogę ich teraz przyjąć — powiedziała pani Szpilman, siadając na swym wąskim łóżku, przykrytym białą aksamitną narzutą, ze stosem poduszek wyhaftowanych, jeszcze zanim Mendel się urodził. — Tych twoich pań. — Czasem kobiety, nie mogąc się dostać do Mendla, przychodziły do niej, rebecyn, ona zaś udzielała im błogosławieństwa, jak potrafiła, czerpiąc z tych niewielkich środków, które miała do dyspozycji. — Betty, muszę skończyć się ubierać. Ślub jest za godzinę. Za godzinę! Znajdą go, na pewno.