Oparła się o futrynę czując, że miękną jej nogi. Patrzyła na fotografię Tiffany Benjamin, która – jak podawała notka – wyskoczyła z okna swojego mieszkania wkrótce po godzinie drugiej. W uszach Keshii rozbrzmiały jej ostatnie słowa: „No to cześć”. I salut; tak jak zawsze żegnały się w szkole.
Nawet nie czuła, kiedy Luke podniósł ją z podłogi i zaniósł do łóżka.
ROZDZIAŁ 21
– Chcesz, żebym poszedł z tobą?
Keshia potrząsnęła głową, zaciągając suwak czarnej sukienki, i sięgnęła po czarne czółenka ze skóry aligatora, które kupiła zeszłego lata w Madrycie.
– Nie, kochanie, nie trzeba. Dam sobie radę.
– Na pewno?
Uśmiechnęła się, narzucając na ramiona futro z norek.
– Oczywiście.
Spojrzał na nią z uznaniem, co sprawiło, że jej uśmiech przybrał cieplejszą barwę.
– Ładnie wyglądasz. Obiecaj mi, że jeśli w pewnej chwili poczujesz, że masz dość, wrócisz prosto do domu, dobrze?
– Zobaczę.
– Nie o to prosiłem. – Luke ujął ją za ramiona i obrócił do siebie, zmuszając, by spojrzała mu w oczy. – Nie każ sobie znosić zbyt wiele, bo jak mi Bóg miły, pójdę z tobą.
Wiedział, że to wykluczone. Pogrzeb Tiffany miał stać się jednym z najgłośniejszych wydarzeń towarzyskich w tym sezonie, Luke powątpiewał jednak, czy Keshia wróciła do równowagi. Tłumaczył jej, że nie ona zabiła Tiffany, podobnie jak nie ona zabiła swoją matkę. Omawiali to do znudzenia zeszłej nocy, ale nadal nie wiedział, czy Keshia się nie załamie. Wtuliła się w jego ramiona i mocniej niż zwykle ścisnęła go za rękę.
– Cieszę się, że jesteś przy mnie.
– Ja też. A zatem: obiecujesz?
Keshia w milczeniu skinęła głową i uniosła twarz do pocałunku. Chętnie uczynił zadość jej oczekiwaniom.
– Na litość boską, panie Johns, skończy się na tym, że w ogóle nie wyjdę z mieszkania.
– Wcale bym się tym nie zmartwił. – Wsunął dłoń w wycięcie jej dekoltu.
Keshia cofnęła się z nerwowym uśmieszkiem.
– Lucas!
– Do usług, madame.
– Jesteś okropny!
– Okropnie napalony.
Patrzył z uśmiechem, jak wkłada małe klipsy z perłami. Zdawał sobie sprawę, że jego zachowanie jest niezbyt wyszukane, lecz za wszelką cenę chciał wprowadzić trochę lżejszy nastrój.
– Jedziesz z Edwardem? – spytał, starając się, by zabrzmiało to naturalnie.
Potrząsnęła głową, sięgając po torebkę z czarnego aligatora i skórkowe rękawiczki. Mięsisty jedwabny szal od Diora w biało-czarny deseń stanowił jedyny jaśniejszy element jej stroju.
– Spotkamy się w kościele. Przestań się o mnie martwić, nie jestem już dzieckiem, i chociaż bardzo lubię, kiedy się tak o mnie troszczysz, sama chyba też nie zginę.
Widząc jej zdecydowaną minę, i on zaczął w to wierzyć.
– Wyglądasz bardzo seksownie – stwierdził. – Gdybyś się tak nie śpieszyła…
– E, tam, bajubaju – rzuciła przez ramię. Luke podkradł się za nią i złapał ją w pasie.
– Bajubaju, powiadasz? Zaraz ci pokażę…
– Luke, przestań! Luke, do cholery, postaw mnie!
Luke ryzykownie przerzucił ją przez plecy i złapał pod pachę. Wpadła mu w ramiona zdyszana, zarumieniona, chętna.
– Jesteś obrzydliwym, jurnym, pozbawionym wszelkich manier… – nie dokończyła, bo zamknął jej usta pocałunkiem. Po chwili delikatnie, lecz stanowczo odsunęła go od siebie. – Muszę iść – powiedziała.
– Wiem – on także spoważniał. Podał jej futro, które spadło na ziemię. – Głowa do góry.
Kościół był prawie pełen. Edward dyskretnie czekał na nią przy drzwiach. Podeszła do niego i wsunęła mu dłoń pod ramię.
– Ładnie wyglądasz – zauważył szeptem, delikatnie ściskając jej rękę.
Kierowano ich do ławek główną nawą. Keshia usiłowała nie patrzeć na prostokątną skrzynię okrytą płaszczem białych róż. W pierwszej ławce siedziała nabożnie pani Benjamin w towarzystwie syna i dwóch wnuczków. Widząc ją, Keshia poczuła gwałtowny skurcz krtani. Miała ochotę krzyknąć: „To wyście ją zabili! Zabiliście ją pogróżkami, zlą wolą i nieczułością! To wy macie na sumieniu jej samobójczą śmierć!”
Edward przyciszonym głosem podziękował rozprowadzającemu i w tej samej chwili Keshia spostrzegła Whita. Stał trzy ławki przed nią, odwrócony plecami.
Zeszczuplał, a w nazbyt wciętym garniturze od Cardina wyglądał jakby bardziej zniewieściale. Keshia podejrzewała, że dostał go w prezencie od Armanda. Whit nigdy nie kupował sobie ubrań w tym stylu.
Marina i Halpern, zważywszy na okoliczności, prezentowali żenująco rozradowane miny. Podobno mieli się pobrać w Nowy Rok w Palm Beach. Keshia zauważyła, że Martin Hallam wycisnął na niej swe piętno. Wciąż dopatrywała się we wszystkim pikantnych szczegółów. A przecież on także był już martwy, ona zaś miała odtąd patrzeć na świat własnymi oczami. Była Keshią Saint Martin, pogrążoną w żałobie po śmierci przyjaciółki.
Gdy trumnę niesiono do oczekującej limuzyny, łzy już swobodnie spływały jej po twarzy. Na zewnątrz czekało dwóch policjantów mających kierować ruchem długiego szeregu eleganckich wozów, z których żaden nie był wynajęty. No i, jak można się było spodziewać, drzwi kościoła oblegał zwarty tłum pismaków.
Nie mogła uwierzyć, że to koniec. Koniec przyjaźni, trwającej nieprzerwanie od dzieciństwa. Koniec wspólnych wygłupów w szkole, długich listów pisanych do siebie z college’^ drużbowania na weselu, dobrodusznych żarcików, gdy Tiffany zaszła w ciążę… Kiedy zaczął się dramat? Kiedy popijanie przerodziło się w nałóg? Zaraz po pierwszym dziecku? Po drugim? A może jeszcze później? Najgorsze było uporczywe wrażenie, że Tiffany zawsze zataczała się pod ścianami salonów, wodziła dookoła nieprzytomnym wzrokiem i zostawiała za sobą słówka „boskie!” niczym kozie bobki. Taka właśnie wracała na myśl – zagubiona pijaczka, nie owa błyskotliwa, obdarzona fantastycznym poczuciem humoru dziewczyna, której ironiczny salut: „No to cześć!” z tamtego feralnego dnia wciąż jeszcze rozbrzmiewał w uszach Keshii. „No to cześć… No to cześć… No to cześć…”
Uświadomiła sobie, że porusza nogami, wokół niej płynie potok ludzi, a Edward troskliwie wyprowadza ją z ławki. Musieli ustawić się w długim ogonku, żeby złożyć kondolencje rodzinie. Bill wyglądał poważnie i oficjalnie; rozdzielał blade uśmiechy i wyrozumiałe skinienia głowy, zupełnie jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, a nie mężem zmarłej. Dzieci były oszołomione i zdaje się, że niewiele rozumiały. Żałobnicy rozglądali się wokół sprawdzając, kto dziś jest, a kogo nie ma, i co kto ma na sobie, kiwali głowami i trajkotali o Tiffany – pijaczce i… przyjaciółce. Wszystko to aż nazbyt boleśnie przypominało pogrzeb matki Keshii. Odczuł to także Edward: kiedy wreszcie wydostali się z kościoła, był szary na twarzy.
Keshia zaczerpnęła tchu, poklepała go po ręce i zadarła głowę, by spojrzeć na niebo.
– Edwardzie, obiecaj, że kiedy umrę, zaoszczędzisz mi tych jasełek. Najlepiej wrzuć mnie od razu do Hudsonu i po krzyku.
Właściwie nie żartowała, w każdym razie nie całkiem. Edward jednak obrzucił ją urażonym spojrzeniem.
– Mam nadzieję, że to nie ja będę się musiał tym martwić. Jedziesz na cmentarz?
Zawahała się, po czym potrząsnęła głową, pamiętając o obietnicy złożonej Lucasowi. Miała już serdecznie dosyć.
– Nie. A ty?
Potwierdził z nieszczęśliwą miną.
– Trzeba…
Nie słuchała do końca.
– Wiem, Edwardzie. Trzymaj się. – Cmoknęła go w policzek i zaczęła schodzić ze schodów. Oto co zabijało ludzi takich jak Tiffany, oto co życie takich jak Edward zamieniało w mękę. Przeróżne „trzeba”.