Byłem dosłownie oszołomiony i porażony. Ale nie przestraszony.
– Chwała Allahowi, Panu Wszechświata, chwała Litościwemu, Miłosiernemu, Sędziemu Najwyższemu w dniu Sądu Ostatecznego! – wymamrotałem, a potem krzyknąłem do Richarda Parkera: – Przestań się trząść! To cud! Objawił nam się Bóg! To jest… to jest… – nie mogłem znaleźć właściwych słów; zjawisko zrobiło na mnie tak potężne i fantastyczne wrażenie, że zaparło mi dech i odebrało mowę. Padłem na brezent na wznak, z rozrzuconymi rękami i nogami. Wilgotny ziąb przenikał mnie do szpiku kości. Ale moją twarz rozjaśniał uśmiech. Wspominam to bliskie spotkanie z wyładowaniem elektrycznym i niebezpieczeństwem oparzeń trzeciego stopnia jako jeden z niewielu momentów mej tułaczki, w których doznałem prawdziwego szczęścia.
W takich cudownych chwilach łatwo wyzbyć się miałkich myśli na rzecz refleksji o wymiarze kosmicznym, obejmujących zarówno huk gromu, jak delikatny brzęk dzwoneczka, to, co potężne, i to, co małe, to, co bliskie, i to, co dalekie.
ROZDZIAŁ 86
– Richardzie Parkerze, statek!
Tylko jeden raz miałem przyjemność wznieść taki okrzyk. Ogarnęło mnie uczucie nieopisanego szczęścia. Wspomnienie wszelkich cierpień i frustracji zniknęło i dosłownie promieniałem radością.
– Udało się! Jesteśmy uratowani! Czy ty to rozumiesz, Richardzie Parkerze? JESTEŚMY URATOWANI! Ha, ha, ha, ha!
Usiłowałem powściągnąć swoje podniecenie. A co, jeśli statek płynie zbyt daleko, żeby nas dostrzegli? Czy powinienem wystrzelić rakietę? Nonsens!
– Płynie prosto na nas, Richardzie Parkerze! Och, dzięki ci, Ganeśo! Bądź błogosławiony we wszystkich swych wcieleniach, Allahu-Brahmo!
Nie mogli nas przeoczyć. Czyż istnieje radość większa niż radość uratowanego rozbitka? Odpowiedź – wierzcie mi – brzmi: nie! Zerwałem się na nogi, co było wysiłkiem, jakiego dawno nie podejmowałem.
– Czy możesz w to uwierzyć, Richardzie Parkerze? Ludzie, jedzenie, łóżko. Życie znów należy do nas. Och, cóż za rozkosz!
Statek zbliżył się jeszcze bardziej. Wyglądał na stary tankowiec. Coraz wyraźniej widziałem zarys dzioba. Ocalenie przywdziało szatę z czarnego metalu z białą lamówką.
– A co, jeśli…
Nie odważyłem się wypowiedzieć tych słów. Ale czyż naprawdę nie było szansy, że mój ojciec, matka i Ravi żyją? Na „Tsimtsumie” było dużo szalup. Być może dawno dotarły do Kanady i teraz rodzina czeka niecierpliwie i z niepokojem na wieści o mnie. Może byłem jedynym rozbitkiem, którego losy były nieznane.
– Boże, ależ te tankowce są olbrzymie!
Sunęła ku nam prawdziwa góra.
– A może oni są już w Winnipeg. Ciekaw jestem, jak wygląda nasz dom. Jak myślisz, Richardzie Parkerze, czy kanadyjskie domy mają podwórza w tradycyjnym tamilskim stylu? Pewnie nie. Podejrzewam, że zimą są zasypane śniegiem. Szkoda. Nie ma bardziej zacisznego miejsca od wewnętrznego podwórza w słoneczny dzień. Ciekawe, jakie zioła i korzenie rosną w prowincji Manitoba?
Statek był bardzo blisko. Pomyślałem, że powinni się natychmiast zatrzymać albo wykonać gwałtowny zwrot.
– No właśnie, jakie zioła…? O Boże!
Uświadomiłem sobie ze zgrozą, że statek nie tyle płynie prosto na nas, ile się na nas zwala całą swoją masą. Dziób, ogromna metalowa ściana, potężniał z każdą sekundą. Wielka fala sunęła przed nim nieubłaganie w naszą stronę. Richard Parker, który wyczuł w końcu obecność piętrzącego się nad nami molocha, odwrócił się w jego stronę i szczeknął dwukrotnie po tygrysiemu – potężnie, przerażająco i absolutnie stosownie do sytuacji.
– On nas za chwilę staranuje, Richardzie Parkerze! Co robić? Szybko, szybko, rakietę! Nie! Musimy wiosłować. Wiosła w dulki… i naprzód! UFF! UFF! UFF! UFF! UFF…
Fala dziobowa wyniosła nas w górę. Richard Parker przysiadł, sierść zjeżyła mu się na grzbiecie. Szalupa ześliznęła się z fali i wyminęła tankowiec w odległości niespełna dwóch stóp.
Sunąca obok nas burta wyglądała jak wysoka, czarna, długa na milę ściana wąwozu lub mur warownego zamku, na którym nie było jednak żadnego strażnika, który wypatrzyłby nieszczęśników ginących marnie w fosie. Wystrzeliłem rakietę, ale fatalnie chybiłem. Zamiast śmignąć ponad reling i eksplodować kapitanowi przed nosem, rakieta odbiła się rykoszetem od burty i spadła prosto do oceanu, gdzie natychmiast z sykiem zgasła. Schwyciłem gwizdek i zagwizdałem z całej siły. Potem zacząłem wrzeszczeć, ile sił w płucach. Wszystko na próżno.
Wśród łoskotu maszyn i potwornego hałasu śrub mielących wodę statek przepłynął obok szalupy i zostawił nas za sobą, podskakujących i podrygujących na spienionym kilwaterze. Po tylu tygodniach wsłuchiwania się w naturalne odgłosy te mechaniczne dźwięki brzmiały w moich uszach dziwnie i budziły lęk, toteż, oszołomiony, pogrążyłem się w milczeniu.
W ciągu niespełna dwudziestu minut ogromny trzystutysięcznik zamienił się w punkcik na horyzoncie. Kiedy się odwróciłem, Richard Parker wciąż patrzył w tamtą stronę. Po kilku sekundach też się odwrócił i nasze spojrzenia spotkały się przelotnie. Mój wzrok wyrażał tęsknotę, ból, udrękę, samotność. On rozumiał tylko tyle, że stało się coś doniosłego, coś, co przekraczało jego zdolność pojmowania. Nie wiedział, że był to ratunek i że zaledwie otarliśmy się o szansę ocalenia. Wiedział tylko to, że osobnik alfa, ten dziwny, nieprzewidywalny tygrys, jest bardzo podekscytowany. Ułożył się z powrotem do drzemki. Jego jedynym komentarzem do całego wydarzenia było niemrawe miauknięcie.
– Kocham cię! – Te słowa wymknęły mi się spontanicznie, czyste, nieskrępowane, nieskończone. Przepełniało mnie uczucie. – Naprawdę cię kocham, Richardzie Parkerze. Gdybym cię tu teraz nie miał, nie wiem, co bym zrobił. Nie sądzę, żebym dał sobie radę. Nie, na pewno bym się poddał. Umarłbym z braku nadziei. Nie trać ducha, Richardzie Parkerze, tylko nie trać ducha. Dotrę z tobą do lądu, obiecuję. Obiecuję!
ROZDZIAŁ 87
Jedną ze stosowanych przeze mnie form ucieczki od rzeczywistości było coś, co przypominało łagodną narkozę. Wykorzystywałem do tego celu skrawek zniszczonego koca. Nazywałem go moim gałgankiem marzeń sennych. Zwilżałem go morską wodą, tak żeby był mokry, ale nie ociekający, po czym kładłem się wygodnie na plandece z tą szmatką przylegającą szczelnie do twarzy. Popadałem od razu w stan śpiączki, co nie było trudne dla kogoś, kto już i bez tego pogrążony był w głębokim letargu. Ale gałganek marzeń nadawał temu oszołomieniu szczególną jakość. Musiał to być skutek ograniczenia dopływu powietrza. Nawiedzały mnie najbardziej niezwykłe sny, wizje, myśli, doznania i wspomnienia. Takie seanse dosłownie pożerały czas. Kiedy przy jakimś gwałtowniejszym ruchu lub westchnieniu szmatka spadała, odzyskiwałem natychmiast pełną świadomość i z radością odnotowywałem znaczny upływ czasu. Świadczyło o tym między innymi to, że szmatka była sucha. Ważniejsze jednak było wrażenie, że wszystko się zmieniło, że bieżąca chwila jest całkiem inna niż poprzednia bieżąca chwila.
ROZDZIAŁ 88
Pewnego dnia natknęliśmy się na pływającą wyspę śmieci. Najpierw pojawiły się na wodzie plamy oleju. Potem nadciągnęły różne odpady przemysłowe i z gospodarstw domowych oraz rozmaity szmelc, głównie tworzywa sztuczne w rozmaitych formach i kolorach, ale także kawałki tarcicy, puszki po piwie, butelki po winie, jakieś szmaty, kawałki powrozów, a wszystko w otoczce żółtej piany. Szalupa wbiła się w sam środek tego paskudztwa. Patrzyłem uważnie, czy nie znajdzie się coś, co mogłoby się nam przydać. Wyłowiłem pustą, zakorkowaną butelkę po winie. Łódź zderzyła się z lodówką bez agregatu. Płynęła zwrócona drzwiami w stronę nieba. Wyciągnąłem rękę, złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi. Ze środka buchnął smród tak intensywny i odrażający, że zdawał się zabarwiać powietrze. Zakrywszy usta i nos dłonią, zajrzałem do wnętrza. W zaplamionej, brudnej lodówce były jakieś pociemniałe soki, kompletnie zgniłe warzywa, mleko tak skwaśniałe i zepsute, że zamieniło się w zielonkawą galaretę, oraz poćwiartowane resztki jakiegoś zwierzęcia, w takim stadium rozkładu, że nie mogłem rozpoznać, co to takiego. Sądząc po rozmiarach, było to chyba jagnię. W hermetycznie zamkniętym, wilgotnym wnętrzu lodówki smród miał dużo czasu, by dojrzeć, nabrać goryczy i jadowitości. Zaatakował moje zmysły z hamowaną wściekłością, przyprawiając mnie o zawrót głowy i gwałtowną reakcję żołądka. Nogi ugięły się pode mną. Na szczęście woda szybko wypełniła ohydną czeluść i lodówka znikła w morskiej toni. Wolną przestrzeń, jaką po sobie zostawiła na powierzchni, szybko zapełniły inne śmieci.