Выбрать главу

– Bez surykatek i mangust.

– Nie chcemy ich.

– Bez żyraf i hipopotamów.

– Zatkamy sobie uszy!

– A więc zgadłem. Chcecie historii bez zwierząt.

– Chcemy historii bez zwierząt, która wyjaśniałaby zatonięcie „Tsimtsuma”.

– Dajcie mi, proszę, chwilkę czasu.

– Oczywiście. Myślę, że wreszcie ruszyliśmy z miejsca. Miejmy nadzieję, że będzie mówił z sensem.

[długie milczenie]

– Oto moja inna opowieść.

– Doskonale.

– Statek tonął. Wydawał z siebie dźwięki podobne do potwornych, metalicznych beknięć. Przeróżne szczątki znikały z bulgotem w oceanie. Znalazłem się w wodzie. Przebierając nogami, zacząłem płynąć w stronę szalupy. Było to najtrudniejsze zadanie pływackie w moim życiu. Wydawało mi się, że tkwię w miejscu. Zachłystywałem się wodą. Zmarzłem. Szybko traciłem siły. Utonąłbym, gdyby kucharz nie rzucił mi koła ratunkowego i nie wciągnął mnie do łodzi. Kiedy się w niej znalazłem, runąłem bez sił na dno.

Przeżyło nas czworo. Matka uchwyciła się siatki z bananami i dopłynęła do szalupy. Kucharz i jeden z marynarzy byli w szalupie już wcześniej.

Jadł muchy. To znaczy kucharz. Nie upłynął jeszcze nawet jeden dzień. Mieliśmy zapas żywności i wody, który wystarczał na całe tygodnie. Mieliśmy też sprzęt do połowu ryb i destylatory do wody. Nie było powodu, by wątpić w to, że zostaniemy wkrótce uratowani. Ale on wciąż wymachiwał rękami, łapał muchy i jadł je żarłocznie. Od samego początku ogarnął go paniczny strach przed głodem. Wymyślał nam od idiotów i głupców, bo nie uczestniczyliśmy w tym jego ucztowaniu. Byliśmy obrażeni i czuliśmy obrzydzenie, ale nie okazywaliśmy tego. Staraliśmy się być bardzo uprzejmi. Kucharz był człowiekiem całkiem obcym, do tego cudzoziemcem. Matka z uśmiechem kręciła głową i podnosiła rękę w geście odmowy. Ten osobnik był odrażający. Pochłaniał wszystko niczym śmietnik. Zjadł też szczura. Pociął go na kawałki i ususzył na słońcu. Muszę tu szczerze wyznać, że zjadłem kawałeczek, maleńki, kiedy matka nie patrzyła. Byłem taki głodny! Ten kucharz był strasznym brutalem, człowiekiem gwałtownym i obłudnikiem.

Marynarz był bardzo młody. To znaczy starszy ode mnie, pewnie miał dwadzieścia parę lat, ale skacząc ze statku, złamał nogę i przez swoje cierpienie robił wrażenie dziecka. Był piękny. Miał gładką twarz bez zarostu i jasną, jakby świetlistą karnację. Wszystko – ta szeroka twarz, płaski nos, wąskie, skośne oczy – miało w sobie jakąś szlachetność. Uważałem, że wygląda jak chiński cesarz. Cierpiał straszliwie. Nie znał po angielsku ani jednego słowa, nawet takiego jak yes, no, hello czy thank you. Mówił tylko po chińsku. Nie rozumieliśmy go w ogóle. Musiał się czuć bardzo samotny. Kiedy płakał, matka siadała obok niego, brała jego głowę na kolana i trzymała go za rękę. Było to bardzo, bardzo smutne. Cierpiał, a my nie mogliśmy nic zrobić.

Miał złamaną kość udową, i to tak, że sterczała, przebiwszy skórę. Krzyczał z bólu. Ułożyliśmy mu tę nogę najlepiej, jak potrafiliśmy, i pilnowaliśmy, żeby regularnie jadł i pił. Ale wdała się gangrena. Choć codziennie odsączaliśmy ropę, było coraz gorzej. Stopa mu sczerniała i spuchła jak bania.

To był pomysł kucharza. Ten straszliwy brutal zdominował nas całkowicie. Powiedział nam szeptem, że gangrena będzie się rozszerzać i że jedynym ratunkiem jest amputacja nogi. A ponieważ jest złamana w udzie, wystarczy przeciąć mięśnie i założyć opaskę uciskową. Jeszcze mam w uszach ten jego złowrogi szept. Już on sam zrobi wszystko, co trzeba, żeby ratować życie marynarza, powiedział, ale my musimy biedaka przytrzymać. Zaskoczenie miało być jedynym środkiem znieczulającym. Rzuciliśmy się na rannego. Ja z matką trzymaliśmy go za ręce, a kucharz usiadł na jego zdrowej nodze. Marynarz wił się i krzyczał przeraźliwie. Jego pierś unosiła się i opadała gwałtownie. Kucharz operował nożem bardzo szybko i zręcznie. Po chwili noga odpadła. Matka i ja puściliśmy chłopca i natychmiast odeszliśmy jak najdalej. Myśleliśmy, że kiedy go puścimy, przestanie walczyć. Że będzie leżał spokojnie. Ale on natychmiast usiadł. Jego krzyki były tym straszniejsze, że niezrozumiałe. Krzyczał, a my patrzyliśmy na niego, skamieniali. Wszędzie była krew. Kontrast pomiędzy szaleńczą ruchliwością nieszczęsnego marynarza a potulnością i bezruchem nogi leżącej na dnie łodzi był upiorny. Patrzył wciąż na swą kończynę, jakby ją błagał, żeby do niego wróciła. W końcu osunął się na dno łodzi. Przystąpiliśmy pośpiesznie do działania. Kucharz naciągnął skórę, owinęliśmy kikut kawałkiem szmatki i zawiązaliśmy liną, żeby zatamować krew. Ułożyliśmy marynarza najwygodniej, jak się dało, na materacu z kamizelek ratunkowych i pilnowaliśmy, żeby nie zmarzł. Myślałem sobie, że to wszystko na nic się nie zda. Nie wierzyłem, żeby istota ludzka mogła wytrzymać tyle bólu, przeżyć taką straszliwą krwawą operację. Jęczał przez cały wieczór i całą noc; oddech miał chrapliwy i nierówny. Co jakiś czas wstrząsały nim konwulsyjne dreszcze. Byłem pewien, że nie dotrwa do rana.

Trzymał się kurczowo życia. O świcie wciąż żył. Tracił i odzyskiwał przytomność. Matka dała mu wody. Przypadkiem natrafiłem wzrokiem na odciętą nogę. O mało nie zemdlałem. W zamieszaniu została odsunięta na bok i zapomniana w ciemnościach. Sączyło się z niej osocze, wyglądała na cieńszą niż przed amputacją. Wziąłem kamizelkę i wykorzystując ją jako rękawicę, podniosłem nogę.

– Co robisz? – zapytał kucharz.

– Wyrzucam to za burtę – odparłem.

– Nie bądź idiotą. Wykorzystamy ją jako przynętę. Przecież o to chodziło.

Wydawało się, że natychmiast pożałował tych ostatnich słów, bo głos mu jakby zamarł. Odwrócił się do mnie plecami.

– O to chodziło? Co pan chce przez to powiedzieć?

Udawał, że jest czymś zajęty.

– Czy mamy rozumieć – powiedziała matka podniesionym głosem – że ucięliśmy temu biednemu chłopcu nogę nie po to, żeby mu ratować życie, ale żeby zdobyć przynętę?

Milczał.

– Niech pan odpowie! – zawołała matka.

Podniósł wzrok niczym przyparta do muru bestia i przeszył ją świdrującym spojrzeniem.

– Nasze zapasy są na wyczerpaniu – warknął. – Albo zdobędziemy więcej żywności, albo zginiemy.

Odwzajemniła jego przeszywające spojrzenie.

– Zapasy wcale nie są na wyczerpaniu! Mamy pod dostatkiem pożywienia i wody. Mamy mnóstwo sucharów, więc możemy przetrwać do chwili, kiedy nadejdzie ratunek.

Sięgnęła po pojemnik, w którym trzymaliśmy pootwierane paczki sucharów. Poczuła, że jest dziwnie lekki. W środku zaszeleściły jakieś okruchy.

– A to co? – Otworzyła pojemnik. – Gdzie są suchary? Jeszcze wieczorem pojemnik był pełny!

Kucharz odwrócił wzrok. Ja też uciekłem ze spojrzeniem w bok.

– Ty samolubny potworze! – zawołała matka do kucharza. – Zapasy się wyczerpują, bo ty je zżerasz po kryjomu!

– On się też poczęstował – powiedział kucharz, wskazując na mnie ruchem głowy.

Matka odwróciła się do mnie. Serce mi zamarło.

– Czy to prawda, Piscine?

– To było w nocy, mamo. Byłem zaspany i bardzo głodny. On mi dał suchara. Zjadłem zupełnie bezmyślnie…

– Tylko jednego, czyżby? – zapytał kucharz szyderczo.

Teraz z kolei odwróciła wzrok matka. Cały gniew z niej wyparował. Bez słowa powróciła do cierpiącego marynarza.

Wolałbym, żeby się gniewała. Żeby mnie jakoś ukarała. Wszystko byłoby lepsze niż to milczenie. Zacząłem poprawiać kamizelki, na których leżał marynarz, żeby tylko być blisko niej.

– Przepraszam, mamo, wybacz mi – wyszeptałem. Łzy napłynęły mi do oczu. Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem, że i ona jest bliska płaczu. Ale nie patrzyła na mnie. Jej wzrok utkwił gdzieś w przestrzeni, jakby nawiedziło ją jakieś wspomnienie.