Nóż leżał przez cały czas na ławce. Obaj o tym wiedzieliśmy. Mógł mnie nim od razu zaatakować. Ale położył go na ławce i ja po ten nóż sięgnąłem. Uderzyłem go w brzuch. Twarz wykrzywił mu grymas, ale nadal stał. Wyciągnąłem nóż i ugodziłem go po raz drugi. Trysnęła krew. Mimo to wciąż nie upadał. Patrząc mi w oczy, leciutko uniósł głowę. Czy chciał mi w ten sposób coś podpowiedzieć? Zrozumiałem, że tak. Uderzyłem go w szyję, tuż obok jabłka Adama. Runął ciężko jak głaz. I skonał. Bez słowa, nawet tego ostatniego. Wypluł tylko z charkotem trochę krwi. Nóż ma potworną dynamikę; kiedy nabierze impetu, trudno go zatrzymać. Dźgałem go raz za razem. Jego krew działała kojąco na spękaną skórę rąk. Serce stawiało opór – te wszystkie rurki i przewody łączące je z organizmem. Udało mi się je w końcu wyrwać. Było przepyszne, znacznie smaczniejsze niż żółwie. Zjadłem też wątrobę. Odkrawałem wielkie kawały mięsa.
To był bardzo zły człowiek. Co gorsza, wyzwolił zło we mnie – egoizm, gniew, bezwzględność. Muszę z tym żyć.
Zaczęła się samotność. Zwróciłem się do Boga. Przeżyłem.
[długie milczenie]
Czy to lepsza wersja? Jest w niej coś, w co trudno uwierzyć? Coś, co należałoby zmienić?
Pan Chiba: – Co za straszliwa historia.
[długie milczenie]
Pan Okamoto: – Zebra złamała nogę i tajwański marynarz złamał nogę, zauważył pan?
– Nie zauważyłem.
– I hiena odgryzła tę nogę, tak jak kucharz odciął nogę marynarzowi.
– Och, Okamoto-san, jest pan bardzo spostrzegawczy.
– A ten ślepy Francuz w innej szalupie, którego spotkali – czy nie wyznał, że zabił mężczyznę i kobietę?
– To prawda.
– Kucharz zabił marynarza i matkę chłopca.
– Niesamowite.
– Obie wersje pasują do siebie.
– A więc tajwański marynarz to zebra, matka chłopca to orangutan, a kucharz… to hiena, co by oznaczało, że on sam jest tygrysem!
– No tak. Tygrys zabił hienę – i ślepego Francuza – tak jak on zabił kucharza.
Pi Pateclass="underline" – Macie panowie jeszcze batonik?
Pan Chiba: – Bardzo proszę!
– Dziękuję.
Pan Chiba: – Ale co by to oznaczało, Okamoto-san?
– Nie mam pojęcia.
– A co z tą wyspą? Kim są surykatki?
– Nie wiem.
– A zęby? Czyje zęby były na drzewie?
– Nie wiem. Nie siedzę w głowie tego chłopca.
[długie milczenie]
Pan Okamoto: – Przepraszam, że o to pytam, ale czy kucharz nie mówił czegoś o zatonięciu „Tsimtsuma”?
– W tej drugiej historii?
– Tak.
– Nie mówił.
– Nie napomykał o żadnych okolicznościach, które mogłyby rzucić światło na to, co stało się wczesnym rankiem 2 lipca?
– Nie.
– O przyczynach natury mechanicznej lub związanych z konstrukcją statku?
– Nie.
– O jakichś innych statkach lub obiektach na oceanie?
– Nie.
– W ogóle nie potrafił wyjaśnić przyczyn zatonięcia „Tsimtsuma”?
– Nie.
– Czy mówił, dlaczego nie wysłali sygnału SOS?
– A gdyby nawet wysłali, to co? O ile wiem, kiedy tonie przerdzewiała, zdezelowana łajba, która nie ma szczęścia wieźć ropy naftowej, i to w ilościach zdolnych zniszczyć cały ekosystem, nie obchodzi to psa z kulawą nogą. Taki statek pozostawia się na pastwę losu.
– Kiedy spółka Oika zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego, było za późno. Byliście za daleko, żeby ratować was z powietrza. Polecono statkom na tym obszarze, aby zaostrzyły czujność. Z ich raportów wynikało, że nie dostrzeżono niczego.
– A skoro już o tym mowa: nie tylko statek był do bani. Także załoga: ponurzy, antypatyczni ludzie, którzy udawali, że ciężko pracują, kiedy pojawiał się oficer, ale nie robili nic, kiedy oficera w pobliżu nie było. Nie znali słowa po angielsku, więc nie można się było z nimi porozumieć. Od niektórych jechało alkoholem już w południe. Kto wie, co ci idioci mogli zmalować? Oficerowie…
– Co pan przez to rozumie?
– Przez co?
– Przez to „co ci idioci mogli zmalować?”.
– To, że po pijanemu mogło im odbić i wypuścili zwierzęta.
Pan Chiba: – Kto miał klucze od klatek?
– Ojciec.
Pan Chiba: – Jak mogli otworzyć klatki, skoro nie mieli kluczy?
– Nie wiem. Może łomami.
Pan Chiba: – Po co mieliby to robić? Po co ktoś wypuszczałby dzikie zwierzęta z klatek?
– Nie wiem. Trudno odgadnąć, co się dzieje w głowie pijanego. Mogę tylko powiedzieć, co się stało. Zwierzęta zostały wypuszczone.
Pan Okamoto: – Przepraszam bardzo, czy ma pan jakieś zastrzeżenia co do kwalifikacji załogi?
– Bardzo poważne.
– Czy widział pan jakiegoś oficera, który był pod wpływem alkoholu?
– Nie.
– Ale widział pan pijanych marynarzy?
– Tak.
– Czy oficerowie działali w sposób kompetentny i profesjonalny?
– Nie mieliśmy z nimi żadnej styczności. Nigdy nie zbliżali się do zwierząt.
– Chodzi mi o dowodzenie statkiem.
– Skąd mam wiedzieć? Czy sądzi pan, że spotykaliśmy się z nimi codziennie przy herbatce? Mówili po angielsku, ale wcale nie dużo lepiej niż załoga. Dawali nam do zrozumienia, że nie jesteśmy mile widziani w mesie i podczas posiłków prawie się do nas nie odzywali. Mówili cały czas po japońsku, jakby nas tam nie było. Byliśmy dla nich po prostu nędzną indyjską rodziną z kłopotliwym ładunkiem. W końcu zaczęliśmy jadać samotnie, w kajucie rodziców. Mój brat Ravi mawiał: „Przygoda wzywa!”, i tylko poczucie uczestnictwa w przygodzie pozwalało mi jakoś znieść ten rejs. Większość czasu spędzaliśmy na czyszczeniu klatek z nawozu i na karmieniu zwierząt. Ojciec pełnił funkcję weterynarza. Dopóki zwierzęta były zdrowe, dopóty wszystko było w porządku. A czy oficerowie byli kompetentni, tego nie wiem.
– Mówi pan, że statek przechylił się na burtę? – Tak.
– I że był też przechył w stronę rufy?
– Tak.
– A więc najpierw zatonęła część rufowa?
– Tak.
– A nie dziób?
– Nie.
– Jest pan pewien? Był przechył do tyłu?
– Tak.
– Czy statek zderzył się z jakąś inną jednostką?
– Nie widziałem żadnej innej jednostki.
– A może uderzył w jakiś inny obiekt?
– Ja tego w każdym razie nie widziałem.
– Czy widać było, że uderzył w dno?
– Nie, zniknął pod wodą.
– Czy po opuszczeniu Manili zauważył pan jakieś problemy mechaniczne?
– Nie.
– Czy, pana zdaniem, ładunek był odpowiednio zabezpieczony?
– Płynąłem statkiem pierwszy raz w życiu. Nie wiem, jak powinno to wyglądać.
– Jest pan pewien, że usłyszał pan eksplozję?
– Tak.
– A jakieś inne odgłosy?
– Setki.
– Myślę o takich, które tłumaczyłyby zatonięcie.
– Takich nie słyszałem.
– Powiedział pan, że statek zatonął szybko.
– Tak.
– Mógłby pan określić, jak długo to trwało?
– Trudno powiedzieć. To poszło błyskawicznie. Myślę, że wszystko trwało niespełna dwadzieścia minut.
– I dookoła było pełno różnych szczątków?
– Tak.
– Czy, pana zdaniem, w statek mogła uderzyć tak zwana fenomenalna fala?
– Nie sądzę.
– Ale szalał sztorm?
– Morze było wzburzone. Wiał wicher i padało.
– Jak wysokie były fale?
– Bardzo wysokie. Na dwadzieścia pięć-trzydzieści stóp.
– Czyli właściwie średnie.
– Ale nie dla kogoś, kto znajdzie się w szalupie.
– Tak, oczywiście. Mówię o frachtowcu.
– Może były wyższe. Nie wiem. Pogoda była taka, że truchlałem ze strachu, to jedno wiem na pewno.