Выбрать главу

Nikt nie odezwał się do mnie ani słowem, kiedy wędrowałam z powrotem przez zakratowane, a potem przez automatyczne drzwi i biodetektory. Wcale mi to nie wadziło — nie musieli się odzywać. Wystarczy, że są — tu, na miejscu, w całej powadze urzędu, egzekwując prawa, podtrzymując ich istnienie. Mimo że techniki nie da się nadzorować, a może nawet pojąć. Liczy się tylko wysiłek, by ująć wszystkich ludzi w ramy prawa. Wysiłek, by prawo zrozumieć, a nie tylko ślepo go przestrzegać. Jedynie to mogłoby nas ocalić.

Być może.

Brama więzienia zamknęła się za mną z głuchym trzaskiem.

Na dworze padało. Kuśtykałam wśród ciemności i mżawki w stronę obozowych świateł z energii Y. Świeciły jasno, lecz że kostka nadal bolała, raz czy drugi omal się nie przewróciłam. Prawie wszyscy pochowali się już przed deszczem. Z jednego namiotu doszedł mnie lament kogoś, kto opłakiwał bliską osobę, zabitą w czasie ataku. Padało coraz mocniej.

Dochodziłam już prawie do namiotu, kiedy zobaczyłam ich biegnących mi naprzeciw — na czele Billy, na którego staro-młodej twarzy malowała się ulga. Potem Annie, której nie lubię i pewnie nigdy nie polubię. Lizzie, mknąc w podskokach jak młoda gazela, szybko minęła i wyprzedziła tych dwoje, płacząc i wykrzykując moje imię, szczęśliwa, że jestem, że chodzę, żywa, po tej Ziemi. To swoi.

I to wystarczy.

22. Dan Arlen: ANSG

MIRANDO… TAK MI PRZYKRO.

Wcale nie miałem zamiaru…

Ale drugi raz też bym próbował cię powstrzymać.

I nie spodziewam się, żebyś mnie zrozumiała.