Выбрать главу

— Delegacja handlowa obcych. — Obraca te słowa w ustach, smakując je. Po gorących i namiętnych zdaniach, które zdławił w sobie, wydają się paradoksalne, chłodne i powolne. To jego wina, że zmienił temat.

— Delegacja handlowa — powtarza Amber. — Powinnam była to przewidzieć. No wiesz, w końcu sami chcieliśmy przejść przez ten router, prawda?

Pierre wzdycha.

— Myśleliśmy, że tak zrobimy. — Szybkie zerknięcie we właściwości świata, okazuje się, że ma tu pewne możliwości: wywołuje fotel, rozsiada się w nim. — Na orbitach wokół większości brązowych karłów w galaktyce mamy samopowielające się rozgałęziacze komunikacyjne, routery, połączone siecią dwupunktowych tuneli czasoprzestrzennych. Tak było w tej broszurce? Tego się spodziewaliśmy. Ograniczone pasmo przenoszenia, niespecjalnie przydatne dla dojrzałej inteligencji, która już zamieniła swobodną masę swojego macierzystego układu w komputronium, ale wystarczające, żeby rozmawiać z sąsiadami. Te rozmowy odbywają się przez sieć z przełączaniem pakietów, w czasie rzeczywistym, bez ograniczenia prędkością światła, ale związaną wspólnym układem odniesienia i opóźnieniem pomiędzy kolejnymi segmentami sieci.

— Z grubsza tak to wygląda — zgadza się Amber z wysokości rzeźbionego w rubinie tronu obok niego. — Tylko że czeka na nas delegacja handlowa. A właściwie to już wchodzi na nasz pokład. I ja tego nie kupuję. W całym tym systemie coś mi śmierdzi.

Pierre marszczy czoło.

— Masz rację, to nie ma sensu — mówi wreszcie. — W ogóle.

Amber kiwa głową.

— Mam ze sobą ducha taty. Wkurzył się tym wszystkim.

— Posłuchaj starego. — Pierre ponuro wydyma usta. — Mieliśmy przeskoczyć na drugą stronę lustra, ale ktoś był szybszy. Pytanie brzmi: dlaczego?

— Nie podoba mi się to. — Amber wyciąga rękę w bok, Pierre chwyta jej dłoń. — No i jeszcze ten pozew. Trzeba będzie urządzić proces, i to raczej wcześniej niż później.

— Naprawdę wolałbym, żebyś nie wyznaczała mnie swoim obrońcą. — Puszcza jej palce.

— Tss. — Scenografia zmienia się, tron znika, teraz Amber siedzi na poręczy jego fotela, prawie na nim. — Wiesz, miałam bardzo dobry powód.

— Powód?

— Ty masz prawo wyboru broni. A właściwie nawet pola walki. Nie chodzi o „walkę na miecze do ostatniej krwi”. — Uśmiecha się szelmowsko. — Idea systemu prawnego, który opiera się nie na arbitrażu, ale rozstrzygnięciu w pojedynku jest taka: zdecydować, kto sprawniej służy społeczeństwu, a zatem zasługuje na preferencyjne potraktowanie. Stosowanie do sporów między firmami tego samego modelu prawnego, który wykorzystujemy do dyskusji między osobami fizycznymi, jest idiotyzmem, zwłaszcza teraz, gdy większość firm jest software’ową abstrakcją modelu biznesowego; w interesie społeczeństwa pozostaje promowanie efektywnego obrotu handlowego, a nie pieniactwa. Znika korporacyjne pieprzenie w bambus i przeżywają najtwardsi — dlatego właśnie miałam zamiar skonstruować ten pojedynek jako konkurs na osiągnięcie maksymalnej przewagi konkurencyjnej w wymianie handlowej z obcymi. Jeśli to naprawdę handlowcy, to chyba my mamy im więcej do zaoferowania niż jakiś cholerny prawnik z czeluści ziemskiego stożka światła.

Pierre mruga.

— Eee… — Mruga ponownie. — Chcesz, żebym ściągnął sobie jakiś program kinematyczny do szermierki i „na plasterki” gościa?

— Skąd ci to przyszło do głowy? Wiesz przecież, jak dobrze cię znam. — Zsuwa się z poręczy fotela, ląduje mu na kolanach. Wierci się, żeby spojrzeć mu w oczy z paru centymetrów. — Cholera, Pierre, ja wiem, że nie jesteś jakimś macho-psychopatą!

— Ale adwokaci twojej matki…

Amber wzrusza ramionami.

— To prawnicy. Przyzwyczajeni opierać się na precedensach. Wystarczy zmienić zasady funkcjonowania wszechświata i wszystko im się pieprzy w głowach. — Przywiera mu do piersi. — Urządzisz im rzeźnię. Stopa zysku leci w kosmos, krew na giełdowym parkiecie. — Splata ręce na jego lędźwiach. — Mój ty bohaterze!

* * *

W Tuileriach jest pełno zdezorientowanych langust.

Aineko nagięła ten wirtualny świat, instalując w starannie wypielęgnowanym ogrodzie na zewnątrz symboliczną szeroką bramę — wyobrażającą Uroborosa pętlę ze spatynowanego brązu, stojącą jak niedorzeczny łuk obok żwirowej ścieżki. Olbrzymie czarne langusty — każda wielkości kucyka — wychodzą z bladobłękitnego pola buforowego pętli, falując czułkami. W realnym świecie nie miałyby szans, tu jednak model fizyczny skorygowano, udzielając im specjalnej dyspensy, pozwalającej poruszać się i oddychać.

Amber prycha pogardliwie, wchodząc do sali audiencyjnej skrzydła Sully.

— Tej kotce to nie można wierzyć — szepcze.

— To był twój pomysł, prawda? — pyta Su Ang, próbując schować się za zombie-damami dworu, niosącymi tren Amber. Po obu stronach stoją szpalery żołnierzy, zapewniających królowej swobodne przejście.

— Żeby dać kotce swobodę? Tak. — Amber jest rozdrażniona. — Ale zaburzać ciągłości nie pozwalałam! Nie ma mowy!

— Ja od początku nie rozumiałam, po co to całe średniowiecze — zauważa Ang. — Nawet w przeszłości nie schowasz się przed osobliwością.

Pierre, idący w należytej odległości za królową, kręci głową — on nie wszczynałby z Amber sprzeczki na temat jej gustu w kwestii scenografii.

— Ale za to ładnie wygląda — rzuca lakonicznie Amber. Staje przed tronem i czeka, aż damy dworu ustawią się wokół. Siada ostrożnie wśród obfitych spódnic, trzymając się prosto jak struna. Suknia to misterna rzeźba wykorzystująca jej ciało jako szkielet. — Robi wrażenie na prostakach, wygląda przekonująco w wąsko sprofilowanych mediach. Daje takie prefabrykowane poczucie tradycji. Kojarzy się z grozą i strachem, a mój dwór wymaga tego, żeby działać, sugeruje ludziom, że mają mi nie podskakiwać. Przypomina nam, skąd pochodzimy… i w niczym nie zdradza, dokąd podążamy.

— Ale dla bandy obcych langust to żadna różnica — zauważa Su Ang. — Brakuje im układu odniesienia. — Przesuwa się, stając za tronem.

Amber zerka na Pierre’a, kiwa na niego.

Pierre rozgląda się, wypatrując prawdziwych ludzi, nie pustych zombiakowych twarzy charakterystycznych[11], przydających scenografii biologicznej głębi. Ta w czerwonej sukni, czy to czasem nie Donna Dziennikarka? I tam też, z krótszymi włosami, w męskim stroju, ona wszędzie się wepchnie. A to Borys, siedzi za biskupem.

— Ty jej powiedz — prosi go Ang.

— Nie mogę — przyznaje. — Próbujemy nawiązać łączność, prawda? Ale nie chcemy za wiele zdradzać o sobie, o tym, jak myślimy. Taki historyczny sztafaż nie pozwoli im dowiedzieć się o nas zbyt wiele: przestrzeń fazowa kultur technicznych, które mogły potencjalnie wyewoluować z takich korzeni, jest zbyt obszerna, by łatwo ją przeanalizować. Dlatego będziemy gadać przez languścianą warstwę tłumaczącą i nic nie zdradzimy. Staraj się nie wypaść z roli piętnastowiecznej księżnej Albi — to kwestia bezpieczeństwa narodowego.

— Hmmm. — Ang marszczy brwi, gdy przepycha się ku niej fagas w liberii, stawiając jej za plecami składane krzesełko. Odwraca się przodem do rozwiniętego od drzwi czerwonozłotego dywanu, grzmią trąby, wrota się otwierają, wpuszczając delegację langust.

Są wielkie jak wilki, czarne, kolczaste i groźne. Monochromatyczne pancerze nie pasują do pstrokatego ludzkiego tłumu. Czułki mają ogromne i ostre jak brzytwy. Pomimo to idą naprzód niepewnie, kręcąc na boki oczami na słupkach. Ogony wloką mozolnie po dywanie, ale ze staniem nie mają problemu.

вернуться

11

Twarz charakterystyczna (ang. eigenface) to wykorzystywany przy komputerowym rozpoznawaniu twarzy zestaw wektorów własnych, dobranych tak, aby minimalny ich zestaw dobrze opisywał cechy poszczególnych twarzy. Mogą to być na przykład wzajemne odległości poszczególnych składowych twarzy.