Выбрать главу

Pierre’owi rozjaśnia się w głowie. Delikatnie nią kręci. Nie miałaś szans, bo należę do Amber, myśli, ale kasuje tę myśl przed wysłaniem. Może w innej instancji jego problemy z królewskim prawem pierwszej nocy nabrzmiałyby bardziej i złamały jego upór; może w innym świecie to by się już stało?

— Myślę, że to pochopny krok — mówi szybko. — Bardzo mało wiemy o postosobliwościowych cywilizacjach.

— To nie jest osobliwość — rzuca kąśliwie Amber. — To tylko krótka fala przyśpieszenia. Coś jak inflacja kosmologiczna.

— Wygładza nierównomierności w początkowym rozkładzie świadomości — mruczy kotka. — A ja też mogę głosować?

— Pewnie — wzdycha Amber. Rozgląda się. — Pierre?

— Idę z tobą — odpowiada z duszą na ramieniu.

Amber uśmiecha się promiennie.

— No dobrze. Wszyscy krytykanci, proszę wyjść z tego świata.

Sala audiencyjna nagle niemal pustoszeje.

— Ustawiam wartownika, żeby zrestartował nas od tego punktu za miliard sekund, jeśli router niczego w tym czasie nie odeśle — obwieszcza grobowym głosem Amber, patrząc na poważne twarze tych, którzy zostali. Dodaje z zaskoczeniem: — Sadeq! Nie myślałam, że podejdzie ci ta…

Sadeq ma poważną minę.

— Czyż nie sprzeniewierzyłbym się mojej wierze, gdybym nie był gotów nieść słowa Proroka tym, którzy zapewne nigdy ich nie słyszeli?

Amber kiwa głową.

— Może i masz rację.

— No to jedziemy — niecierpliwi się Pierre. — Nie można tego odkładać w nieskończoność.

Aineko unosi głowę.

— Zawsze wszystko zepsujesz!

— Okej — potakuje Amber. — No to…

Wciska wyimaginowany przełącznik i czas się zatrzymuje.

* * *

Na drugim końcu czasoprzestrzennego tunelu, o dwieście lat świetlnych w rzeczywistej przestrzeni, spójna wiązka fotonów zaczyna odtańcowywać przed sensoriami obserwatorów opowieść o ludzkiej tożsamości. A na orbicie wokół Hyundaia+4904/-56 chwilowo wszystko pozostaje bez zmian…

ROZDZIAŁ 6

ZMIERZCH

Syntetyczny klejnocik wielkości puszki coli spada przez milczący mrok. Noc jest cicha jak grób i mroźniejsza niż środek zimy na Plutonie. Cienkie jak bańki mydlane żagle fotonowe zwisają smętnie, bo dawno zbladł nadymający je powiew szafirowego laserowego światła. Przedwieczny blask gwiazd rysuje pod martwym ciałem kosmolociku kontur potężnego planetowatego ciała.

Minęło osiem ziemskich lat odkąd dzielny Wędrowny cyrk wkradł się na niską orbitę zimnego brązowego karła Hyundai+4904/-56. Pięć lat odkąd lasery napędowe w Imperium Pierścienia zamilkły bez ostrzeżenia, pozostawiając napędzany świetlnym żaglem statek trzy lata świetlne od domu. Router, dziwny obcy artefakt orbitujący wokół brązowego karła, nie odpowiada, od czasu kiedy załoga statku przesłała się jego cudaczną siecią opartą na splątaniu kwantowym do jakiejś obcej sieci po drugiej stronie. Właściwie nie dzieje się nic: nic poza powolnym ciurkaniem sekund, gdy zegar-wartownik odmierza chwile pozostałe do wskrzeszenia członków załogi z kopii zapasowej — zakładając, że przetransferowanym egzemplarzom nie da się już pomóc.

Tymczasem poza stożkiem światła…

* * *

Amber budzi się raptownie, jak z koszmaru. Siada pośpiesznie, z jej piersi zsuwa się cienkie prześcieradło; zimny powiew na plecach chłodzi ją natychmiast, odparowując zimny pot. Mruczy coś, niezdolna subwokalizować.

— Gdzie ja jestem… A, sypialnia. Skąd się tu wzięłam? — Bełkot. — Aha, rozumiem. — Jej oczy rozszerzają się w przestrachu. — To nie był sen…

— Witam, człowieku Amber — rozlega się głos ducha, na oko dochodzący znikąd. — Widzę, że się obudziłaś. Chcesz coś?

Amber przeciera zmęczone oczy. Trzymając się ramy łóżka, rozgląda się uważnie wokół.

Rejestruje lustro obok łóżka i swoje odbicie w nim: młoda kobieta, chuda, jak wszyscy noszący w genomie sztuczkę p53 ograniczającą kalorie, ma jasne rozczochrane włosy i ciemne oczy. Mogłaby uchodzić za tancerkę lub żołnierza, raczej nie za królową.

— Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Kim jesteś i co ja robię w twojej głowie?

Jej oczy się zwężają. Inwentaryzuje otoczenie, do głosu dochodzi analityczny umysł.

— Router — szepcze. Konstrukcja z materii osobliwej orbitująca wokół brązowego karła, zaledwie parę lat świetlnych od Ziemi. — Jak dawno przeszliśmy na tę stronę?

Rozglądając się, widzi pokój wyłożony ściśle dopasowanymi kamieniami. Między nimi znajduje się głęboka wnęka z oknem, w stylu niegdysiejszych zamków krzyżowców, ale nie ma w niej szyby — tylko biały, pusty ekran. Jedyny mebel, oprócz perskiego dywanu na zimnych kamieniach, to łóżko, na którym siedzi. Przypomina jej to scenę ze starego filmu, zagadkę Kubricka — cała ta scenografia musi być zrobiona celowo, i to wcale nie jest zabawne.

— Czekam — oświadcza i z powrotem opiera się o wezgłowie.

— Według naszych zapisów taka reakcja oznacza, że jesteś już w pełni samoświadoma — mówi duch. — Dobrze. Bardzo długo byłaś nieświadoma. Wyjaśnienia będą długie i chaotyczne. Czy mogę zaproponować coś do jedzenia? Czego byś sobie życzyła?

— Kawę, jeśli macie. Chleb i humus. Coś do ubrania. — Amber, nagle onieśmielona, krzyżuje ręce. — Wolałabym jednak mieć dostęp administracyjny do tego świata. Trochę tu brakuje wygód, jak na rzeczywistość, w której mam żyć.

To nie do końca jest prawda — ma na przykład zaawansowany i przyjazny człowiekowi model biofizyczny, nie jest to tylko podrasowana trójwymiarowa pierwszoosobowa strzelanka. Wbija wzrok w lewe przedramię, gdzie opalona skóra i wypukła okrągła blizna stanowią pamiątkę po młodzieńczym wypadku z uszczelką ciśnieniową na orbicie Jowisza. Amber zastyga na chwilę. Porusza w milczeniu ustami, ale w tym wszechświecie jest uwięziona w jednym miejscu, nie może się rozdzielać ani zlewać w jedną z zagnieżdżonych rzeczywistości, po prostu wywołując podprogramy, które zainstalowano jej w zakamarkach umysłu jeszcze kiedy była nastolatką. Wreszcie pyta:

— Ile czasu nie żyłam?

— Dłużej, niż żyjesz, o parę rzędów wielkości — odpowiada duch.

Z powietrza nad jej łóżkiem zestala się taca z chlebkami pita, humusem i oliwkami, z boku pokoju pojawia się szafa na ubrania.

— Mogę zacząć wyjaśniać teraz albo zaczekać, aż skończysz jeść. Jak wolisz?

Amber rozgląda się raz jeszcze, potem skupia na białym ekranie we wnęce okiennej.

— Teraz. Dam sobie radę — mówi z ledwie wyczuwalną goryczą. — Chciałabym jak najszybciej zrozumieć, jakie popełniłam błędy.

— Widzę-widzimy, że jesteś zdecydowanym człowiekiem — mówi z nutką dumy w głosie duch. — To dobrze, Amber. Żeby tu przeżyć, będziesz potrzebować całej swojej stanowczości…

* * *

W świątyni obok wieży górującej nad suchą równiną nadszedł czas pokuty — myśli mieszkającego w wieży kapłana zabarwiają się żalem. Według zegara czasu rzeczywistego wciąż nastawionego na takt innej ery, jest Aszura, dziesiąty dzień Muharramu, tysiąc trzysta czterdziesta rocznica męczeństwa Trzeciego Imama, Saida asz Szuhady[12].

Kapłan w wieży był pogrążony w modlitwie przez nieskończoną ilość czasu, zatrzymany w wiecznej chwili medytacji i deklamacji. Teraz, gdy ogromne, czerwone słońce wpływa nad horyzont bezkresnej pustyni, jego myśli płyną ku teraźniejszości. Aszura to szczególny dzień — dzień zadośćuczynienia za zbiorowe winy, za zło wyrządzone zaniedbaniem; lecz Sadeq ma zwyczaj patrzeć w przyszłość. Wie, że to wada, ale jakże typowa dla jego pokolenia: pokolenia szyickiego duchowieństwa reagującego na zeszłowieczne ekscesy, pokolenia, które pozbawiło ulemów władzy doczesnej, zerwało z wilajatem al-fakih[13]Chomeiniego i jego następców, pozostawiło rządzenie ludziom i zaczęło się mierzyć z paradoksami współczesności. Teologiczną obsesją Sadeqa, jego specjalnością, jest program rewizji eschatologii i kosmologii. Tu, w wieży z białej, wysuszonej słońcem gliny, na bezkresnej równinie istniejącej tylko w wyimaginowanej przestrzeni stateczku wielkości puszki do napoju, kapłan zużywa swe cykle procesora na rozmyślania nad najbardziej złośliwym z trapiących mudżtahidów problemów — paradoksem Fermiego.

вернуться

12

Husajn ibn Ali — młodszy syn Alego i wnuk Mahometa, który zginął w bitwie pod Karbalą w roku 680.

вернуться

13

Wilajat al-fakih — dosł. „zwierzchność uczonego w piśmie”, rozwinięta przez Chomeiniego teoria, wg której władzę w państwie powinna sprawować zwierzchność religijna.