(Enrico Fermi jadł pewnego dnia obiad, a jego koledzy dyskutowali o tym, czy inne światy mogą być zamieszkane przez rozwinięte cywilizacje. „Skoro tak”, powiedział, „to czemu dotąd nas nie odwiedzili?”).
Sadeq kończy wieczorne obrzędy w niemal zupełnej ciszy, potem wstaje, przeciąga się, jak to ma w zwyczaju, i wychodzi z małego, bezludnego dziedzińca u podstawy wieży. Brama — ogrzane słońcem wrota z kutego żelaza — delikatnie poskrzypuje przy otwieraniu. Sadeq zerka na górny zawias, marszczy brwi, zaklinając go, by był czysty i nieuszkodzony. Model fizyki uznaje jego uprawnienia dostępu: cienka obrączka czerwieni wokół sworznia robi się srebrzysto-nowa i skrzypienie ustaje. Sadeq zamyka bramę i wchodzi do wieży.
Wspina się ciężkim, równym krokiem po spiralnych schodach, wijących się równomiernie ponad nim. Zewnętrzne ściany są pełne wąskich okienek-strzelnic. Przez każde z nich widzi inny świat. Tutaj, miesiąc ramadan, zmierzch. W kolejnym zielone, zamglone niebo i o wiele zbyt bliski horyzont. Starannie unika zastanawiania się nad implikacjami tej wielorakiej przestrzeni. Jest po modlitwie, po obcowaniu ze świętością i nie chce tracić bliskości wiary. I tak już znalazł się bardzo daleko od domu i ma wiele spraw do przemyślenia. Otaczają go dziwne i osobliwe idee, od których erozyjna pustynia wiary wcale nie daje wytchnienia.
U szczytu schodów dochodzi do drzwi z okutego żelazem starego drewna. Nie pasują tutaj — to architektoniczna i kulturowa anomalia. Klamkę stanowi pętla czarnego metalu. Sadeq spogląda na nią jak na czającą się do jadowitego ataku głowę żmii. Wyciąga jednak dłoń i przekręca klamkę, przestępuje przez próg i wchodzi do pałacu fantazji.
Nic tu nie jest prawdziwe, upomina się. Nie bardziej niż iluzje wyczarowane przez dżinów w opowieściach z tysiąca i jednej nocy. I tak jednak, widząc tę scenę, nie może powstrzymać się od uśmiechu — łagodzonego frustracją sardonicznego, samokrytycznego uśmiechu.
Ci, którzy pojmali Sadeqa, ukradli mu duszę i zamknęli ją — go — w bardzo osobliwym więzieniu: świątyni z wieżą sięgającą raju. Jest to cała klasyczna litania średniowiecznych marzeń, wydestylowana z piętnastu wieków piśmiennictwa. Otoczone kolumnadami dziedzińce, chłodne baseny wyłożone przebogatymi mozaikami, komnaty wypełnione wszelkimi wyobrażalnymi luksusami, na jakie pozwala głupia materia, bezkresne bankiety czekające na jego apetyt — i dziesiątki przepięknych niekobiet, chętnych, by spełnić każdą jego fantazję. Sadeq jest człowiekiem, fantazji ma więc aż nadto, ale nie pozwoli sobie ulec pokuszeniu.
Nie umarłem, rozumuje. Więc jakże mogę być w raju? Jest to zatem fałszywy raj, pokusa mająca sprowadzić mnie na manowce. Zapewne. Chyba że jestem martwy, ponieważ Allach, pochwalone bądź imię Jego, uznaje, że ludzka dusza oddzielona od ciała jest martwa. Ale skoro tak, to czyż transfer osobowości nie jest grzechem? W takim razie jestem grzesznikiem, i to nie może być raj. A poza tym, te dekoracje są takie infantylne!
Sadeq, zawsze skłonny do filozoficznych rozważań, wizję życia pośmiertnego też ma bardziej wyintelektualizowaną niż większość ludzi, włączył bowiem do niej idee równie podejrzane w kontekście wiary islamskiej, jak myśli Teilharda de Chardin dla XX-wiecznego Kościoła Katolickiego. Dla niego żaden wskaźnik nie sygnalizuje fałszywości raju lepiej niż właśnie obecność czekających na każde skinienie siedemdziesięciu i dwóch przepięknie bezmózgich hurys. Wynika z tego, że naprawdę nie może być martwy…
Cała ta kwestia realności jest tak drażniąca, że Sadeq co wieczór robi to samo. Idzie, nie bacząc na bezcenne dzieła sztuki, pośpiesznie mija nisze, w których nogi rozkładają niemal nagie supermodelki, po czym dociera do małego, nieumeblowanego pokoiku z pojedynczym wysokim oknem w jednej ze ścian. Tam siada po turecku na podłodze i medytuje; nie modli się, lecz intensywnie w skupieniu rozmyśla. Każdej fałszywej nocy (nie ma bowiem sposobu poznać, jak szybko płynie czas poza jego cyberprzestrzenną niszą) siada tak i myśli, w samotności umysłu biorąc się za bary z demonem Kartezjusza. A pytania, które sobie zadaje, co noc brzmią tak samo: czy jestem w stanie sprawdzić, czy to prawdziwe piekło? A jeśli nie, to jak z niego uciec?
Duch mówi Amber, że była martwa przez prawie jedną trzecią miliona lat. Po drodze wiele razy inkarnowano ją z zapisu — i umierała ponownie — ale nic o tym nie wie, bo jest odgałęzieniem głównego pnia, a wszystkie inne gałęzie umierały w izolacji.
Samą w sobie kwestią wskrzeszenia niespecjalnie się przejmuje — urodziła się w epoce postmoravcowej[14], więc po prostu pewne aspekty opisów wyjaśnień ducha wydają jej się rozczarowująco niepełne. Coś jakby powiedział, że uśpiono ją i przywieziono tutaj, ale nie dodał, czy samolotem, pociągiem, czy samochodem.
Nie ma problemu ze stwierdzeniem ducha, że znajduje się bardzo daleko od Ziemi — czyli w odległości około ośmiu tysięcy lat świetlnych. Gdy ona i inni zaryzykowali przesłanie swoich osobowości znalezionym na orbicie Hyundaia+4904/-56 routerem, zdawali sobie sprawę, że mogą wylądować gdziekolwiek — albo nigdzie. Ale żeby miała wciąż znajdować się w stożku światła punktu źródłowego — to już jest bardzo wątpliwe. Pierwszy odebrany przez SETI przekaz wyraźnie sugerował, że router jest częścią sieci samopowielających się natychmiastowych komunikatorów, rozsiewających się po wszystkich chłodnych brązowych karłach, których pełno w galaktyce. Spodziewała się więc wylądować znacznie dalej.
Znacznie bardziej bulwersujące jest stwierdzenie ducha, że ludzki genotyp już co najmniej dwa razy wymarł, że nieznana jest jego macierzysta planeta oraz że Amber jest prawdopodobnie jedynym ocalałym w publicznych archiwach człowiekiem. W tym momencie mu przerywa:
— Nie rozumiem, co to ma ze mną wspólnego! — Potem dmucha na filiżankę z kawą, chcąc ostudzić zawartość. — Nie żyję — wyjaśnia z nutą porozumiewawczego sarkazmu w głosie. — Nie pamiętasz? Po prostu tutaj przyjechałam. Tysiąc sekund temu, czasu subiektywnego, siedziałam w węźle kontrolnym statku kosmicznego, zastanawiając się, co zrobić z routerem, wokół którego orbitowaliśmy. Zdecydowaliśmy się przez niego przesłać, w ramach misji handlowej. I obudziłam się tutaj w łóżku, po fafnastu bimbalionach stuleci, gdziekolwiek i cokolwiek znaczy „tutaj”. Bez dostępu do sterowania rzeczywistością i moich rozszerzeń, nie mogę nawet sprawdzić, czy ta symulacja jest prawdziwa, czy osadzona w innej. Żebym zorientowała się w swojej sytuacji, musisz mi wyjaśnić po co ci w ogóle jakaś stara wersja mnie; a poza tym, dopóki nie dowiem się, kim jesteś, w niczym ci nie pomogę. Aha, a propos, co z resztą? Gdzie oni są? Bo wiesz, nie byłam sama.
14
Hans Moravec (ur. 1948) — profesor robotyki specjalizujący się m.in. w widzeniu maszynowym, interesujący się także ideami transhumanizmu — nurtu filozoficznego postulującego wykorzystanie nauki i techniki do zlikwidowania ograniczeń fizycznego umysłu i organizmu człowieka.