Duch na moment zastyga i Amber czuje mokrą falę przerażenia. Może posunęłam się za daleko?
— Wydarzył się nieszczęśliwy wypadek — złowieszczo odpowiada duch. Morfuje z półprzejrzystej kopii ciała Amber w zarys ludzkiego szkieletu z misternymi naroślami na kościach sugerującymi więcej niż śmiertelnego kostniakomięsaka. — My-konsensus wierzymy, że jesteś najlepszą osobą, żeby zaradzić tej sytuacji. To dotyczy strefy zdemilitaryzowanej.
— Zdemilitaryzowanej? — Amber kręci głową, po czym upija łyk kawy. — Co masz na myśli? Co to za miejsce?
Duch znów migoce, przybierając za awatar abstrakcyjny obracający się hipersześcian.
— My zajmujemy przestrzeń wieloraką przyległą do strefy zdemilitaryzowanej. Strefa mieści się poza naszą główną rzeczywistością, mają do niej dostęp istoty, które swobodnie przechodzą przez nasz firewall, podróżując do zewnętrznej sieci i z zewnętrznej sieci. My-my używamy DMZ-a[15], żeby szacować wartość informacyjną istot migrujących, rozumnych jednostek walutowych i tym podobnych. My-my, kiedy przybyliście, złożyliśmy was w depozyt na zabezpieczenie przyszłych transakcji opcjami na kontrakty terminowe na gatunek ludzki.
— Waluta! — Amber nie wie, czy powinna być rozbawiona, czy zbulwersowana — obie reakcje wydają się stosowne. — Wszystkich gości tak traktujecie?
Duch ignoruje pytanie.
— Strefa padła ofiarą niekontrolowanej agresji semiotycznej. My-my sądzimy, że tylko ty możesz jej zaradzić. Jeśli zgodzisz się to uczynić, dokonamy wymiany wartości, zapłacimy, wynagrodzimy współpracę, wypłacimy wynagrodzenie, wyzwolimy, zrepatriujemy.
Amber opróżnia filiżankę.
— Wy w ogóle wchodziliście dotąd w ekonomiczne interakcje ze mną albo podobnymi do mnie ludźmi? — pyta. — Jeśli nie, to czemu mam wam wierzyć? Jeśli tak, dlaczego mnie wskrzesiliście? Spotkam tu może jakieś bardziej doświadczone wersje samej siebie? — Patrzy nań, unosi sceptycznie brew. — Wygląda to na początek dość opresywnej relacji.
Na wszystkie próby dowiedzenia się czegoś o własnej sytuacji duch reaguje unikami. Robi się przejrzysty, urasta do rozmiarów zamglonego okna na świat pełen niesamowitych kształtów. Nad krajobrazem pełnym zielonych jajowatych wzgórz i domków z sernika płyną chmury, z których wyrastają drzewa.
— Natura tego ataku: w DMZ-cie grasuje obca inteligencja — stwierdza. — Obcy przykłada błędną semiotykę do złożonych struktur służących do wspierania handlu. Amber, ty znasz tego obcego. Potrzebne nam rozwiązanie. Zabij potwora, a otrzymasz linię kredytową. Własną, zarządzaną przez siebie samą rzeczywistość, wgląd do umów handlowych, ulepszone zmysły, możliwość przemieszczania się. Możemy nawet unowocześnić cię do poziomu konsensusu ty-my, jeśli wyrazisz życzenie.
— A ten potwór… — Amber pochyla się i zagląda w okno.
Ma szczerą ochotę zignorować tę podejrzaną propozycję — nie wygląda ona zbyt kusząco. Unowocześnić mnie do poziomu widmowego fragmentu obcego umysłu grupowego? — myśli z ironią.
— Co to za obcy? — Bez możliwości wsparcia się w skomplikowanych wnioskowaniach wieloma wątkami naraz, czuje się ślepa i niepewna. — To któryś z Fajansistów?
— Brak danych. On-oni przybyli razem z tobą — odpowiada duch. — Przypadkowo zaktywizował się parę sekund przed teraźniejszością. Szaleje w strefie zdemilitaryzowanej. Amber, pomóż nam. Uratuj nasz węzeł, bo inaczej stracimy łączność z siecią. A kiedy to się stanie, zginiesz razem z nami-nami. Uratuj nas…
Pojedyncze wspomnienie, należące do kogoś innego, rośnie szybciej niż pocisk kierowany, jest też znacznie bardziej od niego śmiercionośne.
Jedenastoletnia Amber jest niezdarnym dzieckiem o zbyt długich kończynach, wałęsającym się po ulicach Hongkongu, turystką ze wsi podziwiającą rozpalone do czerwoności jądro Królestwa Środka. To jej pierwsze i ostatnie wakacje, zanim Trust Franklina przypnie ją pasami w ładowni kosmicznego samolotu Shenzhou i wystrzeli z Xinkiang na orbitę. Na razie cieszy się wolnością, choć jest zastawiona na jakieś parę milionów euro; przyszła mała taikonautka, gotowa do wieloletniej harówki na okołojowiszowej orbicie, żeby spłacić samonapędzającą się siatkę opcji, które mają do niej prawo własności. To niezupełnie niewolnictwo: dzięki temu, że tata wymyślił tę sztuczkę ze spółkami-wydmuszkami, nie musi obawiać się, że matka ją gdzieś dopadnie i z powrotem wtrąci do posthumanistycznego więzienia, polegającego na wychowywaniu jej jak staroświeckiej małej dziewczynki. Zatem teraz, gdy ma już trochę kieszonkowego, pokój w Hiltonie, a towarzystwa dotrzymuje jej połączony z Franklinami osobisty komunikator, postanawia wreszcie zabawić się w te osiemnastowieczne bzdury o oświeceniu w podróży, ale chce zrobić to porządnie.
Jest to bowiem jej ostatni dzień na wolności w tej przypadkowo wyewoluowanej biosferze.
W tej dekadzie wszystko dzieje się w Chinach, gorących, gęstych i pełnych drakońskich kar dla przestarzalców. Nacjonalistyczna żądza dogonienia Zachodu została zastąpiona konsumerystyczną żądzą posiadania wszystkich najnowszych gadżetów, najbardziej malowniczych pamiątek ze staroświeckich ulic Ameryki; najszybszych, najnowszych i najbardziej wypasionych upgrade’ów dla ciała i duszy. A Hongkong jest jeszcze szybszy i bardziej gorączkowy niż cała reszta Chin, albo i całego cholernego świata. Tu właśnie rozdziawiają gęby turyści z Tokio, przeżywając szok przyszłości, olśnieni stechnologizowanym życiem.
Idzie przez Jardine’s Bazaar. Wystawa cudów i dziwów, a nie „Żaden Bazar” myśli, zanurzając się w falach wilgotnego hałasu. Ze szkła i chromu dachów drogich centrów handlowych i luksusowych hoteli wyrastają szkieletowe grzybki kopuł geodetycznych, grożąc odfrunięciem w powiewie upalnej morskiej bryzy. Z Kai Tak nie wylatują już z hukiem samoloty pasażerskie, żadne połyskliwe aluminiowe chmury burzowe nie rozsiewają pasażerów o wybałuszonych oczach po galeriach i rybnych targach Kowloon i Nowych Terytoriów. W tych napiętych ostatnich dniach Wojny z Bezrozumiem na niebie poruszają się całkiem nowe i niesamowite kształty; Amber obserwuje z rozdziawionymi ustami startującego niemal pionowo shenyanga F-30, plątaninę w niepojęty sposób pozakrzywianych powierzchni, znikających w punkcie zbieżności perspektywy przeczącej tak wzrokowi, jak i radarowi. Chiński… myśliwiec? nosiciel rakiet? superkomputer? zmierza nad Morze Południowochińskie, by dołączyć do nieustającego patrolu, zapewniającego kapitalistyczny świat, że jest ono strzeżone przed Panami Wszelkiej Negacji, Wahabickim Złem.
Przez chwilę jest po prostu rozwiniętym nad wiek ludzkim dzieckiem. Jej podświadomość została odłączona od sieci przez potężne infowojenne demony, chińskie rządowe cenzuroboty uniemożliwiające jej pozyskanie informacji o ich najgroźniejszej broni. Gdy umysł ma przez chwilę pusty jak wydmuszka, facet o pociągłej twarzy, z niebieskimi włosami szturcha ją w nerki i zrywa z ramienia torbę.
— Ej! — krzyczy, potykając się.
Widzi wszystko nieostro, optyka nie reaguje, nie chce zapamiętać biometrycznego modelu napastnika. To ten martwy moment, martwa strefa bez zasięgu sieci, a złodziej ucieka, zanim Amber zdąży złapać równowagę. Poza tym, z odłączonymi od sieci rozszerzeniami nie ma pojęcia, jak się po kantońsku krzyczy „Łapać złodzieja!”.
Parę sekund później myśliwiec znika z zasięgu wzroku i państwowe cenzorskie pole się luzuje.
— Łapcie go, palanty! — krzyczy, ale ciekawscy kupujący po prostu gapią się na niegrzeczne cudzoziemskie dziecko.
15
DMZ — często używany w informatyce skrót od