Выбрать главу

Zirytowany, znajduje trawiasty wzgórek paręset metrów od brzegu, nieco za budynkami muzeum. Na tyle daleko od innych ludzi, żeby móc bez przeszkód pogrążyć się w myślach, na tyle blisko krawędzi, żeby móc za nią wyjrzeć, nie ryzykując jednocześnie bombardowania guanem przez stada latających szczurów. (Latające miasto, choć to produkt niewyobrażalnej dwadzieścia lat temu technologii, roi się od błędów konstrukcyjnych — skomplikowanie oprogramowania i prawo wielkich liczb sprawiły, że owe dwa dziesięciolecia okazały się dla błędów projektowych czymś w rodzaju okresu inflacji kosmologicznej, a plaga gołębi wędrownych nie jest bynajmniej najbardziej zagadkowym problemem tej biosfery).

Próbując powstrzymać co bardziej nieprzyjemne wcielenia cyberprzyrody, siada w cieniu jabłoni i ustawia swoje światy w okręgu.

— Kiedy przyjeżdża babcia? — pyta jednego z nich, mówiąc przez zabytkowy telefon do świata służących, gdzie wszystko jest posłuszne i zna swoje miejsce. Miasto, z jakichś powodów, toleruje go.

— Wciąż jest w zasobniku, ale hamowanie atmosferyczne prawie się zakończyło. Jej ciało trafi na dół studni w czasie poniżej dwóch megasekund.

Awatarem miasta w tej machinimie[16] jest pełen szacunku dyskretny wiktoriański kamerdyner o kamiennej twarzy. Sirhan unika inwazyjnych interfejsów pamięciowych; jak na osiemnastolatka jest do egzaltacji konserwatywny, od niewidzialnego łączenia wirtualnych sieci neuronowych woli bowiem polecenia wydawane głosem i antropomorficznych agentów.

— Jesteś pewien, że przetransferowała się poprawnie? — pyta niespokojnie Sirhan. Kiedy był mały, sporo słyszał o babce i rzadko były to pochlebne słowa. I tak jednak staruszka musi być o wiele elastyczniejsza, niż przyznałaby to jej córka, skoro w tym wieku po raz pierwszy poddaje się takiemu procesowi.

— Jestem pewien, paniczu, w stopniu w jakim można być pewnym w przypadku kogoś, kto nalega na zachowanie swego pierwotnego fenotypu, jednocześnie nie korzystając z dobrodziejstwa kopii zapasowych ani medycznych wszczepek. Boleję, że wszechwiedza nie leży w zakresie moich kompetencji. Czy chciałby pan, ażebym się o czymś jeszcze doinformował?

— Nie. — Sirhan zerka w górę na jaskrawy płomień laserowego światła, widoczny nawet przez mydlaną błonę utrzymującą nad nimi bąbel nadających się do oddychania gazów i biliony litrów gorącego wodoru w gondoli nad nią. — O ile jesteś pewien, że dotrze tu przed statkiem?

Przestawia oczy na ultrafiolet i obserwuje impulsy emisji, widząc powolne migotanie ślimaczej transmisji z modulacją amplitudy — to wszystko, na co na razie stać statek w kwestii wysyłania, dopóki nie wejdzie w zasięg systemowego kolektora. I od tygodnia przez cały czas nadaje niestrudzenie to samo nudne pytanie — dlaczego przekierowuje się go na Saturna? — zapytując dodatkowo o powody odmowy dostarczenia na kredyt terawatów energii napędowej.

— Jeśli ich promień napędowy nie wzmocni się nagle, można być tego pewnym — pocieszająco odpowiada miasto. — Panicz może być także pewien, że pańska babka zostanie wskrzeszona w komfortowych warunkach.

— Miejmy nadzieję. — W jej wieku, bez wszczepek i ulepszeń, podjęcie podróży międzyplanetarnej wymaga sporej odwagi. — Jeśli nie będzie mnie w pobliżu, kiedy się zbudzi, poproście w moim imieniu o godzinkę na wywiad. Oczywiście dla archiwów.

— Z przyjemnością. — Miasto uprzejmie skłania głowę.

— To wszystko — mówi lekceważąco Sirhan, okno do przestrzeni służebnej się zamyka.

Potem znów unosi głowę i spogląda na igiełkę błękitnego lasera, prawie w zenicie. „Pech, mamo”, subwokalizuje do swego dziennika. Większość jego uwagi koncentruje się w teraźniejszości, skupiając się na przebogatym w historyczne materiały, nadlatującym tutaj w formie kartezjańskiego teatru z trzydziestotrzyletniego ministateczka, niespodziewanego prezentu z czeluści osobliwości. Wciąż jednak pozostaje nieco Schadenfreude z rodzinnych losów. Wszystkie twoje aktywa należą do mnie. Uśmiecha się. Muszę tylko tym razem zapewnić im jakieś sensowne wykorzystanie.

* * *

— Nie rozumiem, czemu przekierowują nas na Saturna. Przecież chyba nie zdążyli jeszcze rozmontować Jowisza, prawda? — pyta Pierre, w zamyśleniu obracając między kciukiem i palcem wskazującym zimną butelkę z piwem.

— Może zapytaj Amber? — odpowiada przycupnięty za stołem z bali welociraptor. (Krtań dromeozaura nie psuje ukraińskiego akcentu Borysa — to ewidentna poza, mógłby to łatwo naprawić, podładowując sobie łatkę z angielską wymową, gdyby tylko chciał).

— No… — Pierre kręci głową. — Cały czas siedzi z tym Ślimakiem, żadnych kanałów dostępu, pozamykane wszystkie furtki prywatności. Mógłbym być zazdrosny. — Jego głos nie sugeruje ani cienia obawy.

— A o co tu być zazdrosnym? Poproś, żeby wypączkowała instancję, która z tobą pogada, pokocha się, poprzytula, wszystko jedno.

— Ha! — Pierre chichocze ponuro, potem opróżnia butelkę z ostatnich kropli piwa. Ciska ją w kierunku kępy sagowców, pstryka palcami i jej miejsce zajmuje kolejna.

— W każdym razie, jesteśmy dwie megasekundy od Saturna — zauważa Borys, potem urywa, zaczynając ostrzyć parocentymetrowe siekacze o krawędź stołu. Zęby przegryzają się przez drewno jak przez mokry karton. — Grrrn. W wewnętrznym układzie widzę bardzo osobliwe widma emisyjne. Na dnie studni jest pełno mgły. Zastanawiam się, dokąd ta głupia materia jest już zbystrowana, może poza orbitę Jowisza?

— Hm. — Pierre upija łyk i odstawia butelkę. — To może tłumaczyć zmianę kierunku. Ale dlaczego nie odpalili dla nas laserów na Pierścieniu? Tego też nie zauważyłeś.

Z nieznanych powodów, olbrzymia bateria laserów napędowych wyłączyła się parę milionów sekund po wejściu załogi Wędrownego cyrku do routera, pozostawiając statek dryfujący w zimnej ciemności.

— Nie wiem, czemu nic nie mówią. — Borys wzrusza ramionami. — Ale przynajmniej wiadomo, że żyją, po tym „kurs na Saturna zgodnie z takimi i takimi składowymi”. Ktoś nas obserwuje. Od początku mówiłem, że zamiana całego Układu Słonecznego w komputronium to kiepski pomysł. Skąd wiadomo, jak daleko to już zaszło?

— O nie, znowu. — Pierre rysuje w powietrzu kółko. — Aineko! — woła. — Ty słuchasz?!

— Nie zawracaj mi głowy. — W kółku pojawia się przezroczysty, zielonkawy uśmiech, sugestia ząbków i ostrych jak igły wąsów. — Miałam ideę, którą zaciekle śniłam.

Borys przewraca jednym okiem na słupku i ślini się na blat.

— Mniam, mniam! — porykuje, pozwalając wtrącić słowo swojemu gadziemu móżdżkowi.

— A po co ty w ogóle śpisz? Przecież to, kurwa, symulacja, może nie zauważyłaś?

— Lubię spać — odpowiada kotka, gniewnie bijąc swym dopiero co pojawiającym się ogonem, — A co byś chciał? Parę pcheł?

— Dzięki — rzuca pośpiesznie Pierre.

Kiedy ostatnim razem skłonił Aineko do wykonania groźby, zapełniła rozbieganymi szarymi myszkami całe trzy kieszonkowe światy. Jedną z wad podróżowania statkiem wielkości puszki fasoli pełnym inteligentnej materii jest ryzyko, że któryś z pasażerów zacznie nieco zbyt kreatywnie kręcić przy systemie sterowania rzeczywistością. Ta kawiarenka na pogawędki z epoki kredy to po prostu przestrzeń rozrywkowa Borysa; w porównaniu z paroma innymi symulacjami na pokładzie Wędrownego cyrku jest wręcz konserwatywna.

— Posłuchaj, a masz jakieś wieści z dołu studni? Do wejścia na orbitę zostało nam tylko dwadzieścia obiektywnych dni, a tak mało wiemy…

вернуться

16

Machinima — animacja komputerowa nie zrealizowana przy użyciu specjalizowanych programów do modelowania, lecz „odegrana” w trójwymiarowej grze komputerowej.