Sirhan chrząka.
— Pozwoliłem sobie zarejestrować niektóre z jej słów — mówi wolno — ale przecież nie wierzyła w kopie zapasowe. Ani w transfery. Ani w interfejsy. — Rozgląda się. — Naprawdę zginęła?
Amber patrzy przez niego na wskroś.
— Na to wygląda — odpowiada cicho. — Sama nie do końca w to wierzę. — Wbija wzrok w najbliższe gołębie i gniewnie woła: — No i co?! Co macie teraz do powiedzenia? Cieszycie się, że już jej nie ma?!
Lecz gołębie, wszystkie co do jednego, siedzą dziwnie cicho. Sirhan zaś ma bardzo osobliwe przeczucie, że to stadko, które było kiedyś jego dziadkiem, opłakuje jej śmierć.
ROZDZIAŁ 8
ELEKTOR
Na Saturnie mija pół roku — na Ziemi to ponad dziesięciolecie — a w tym czasie zmienia się wiele rzeczy. Wielki projekt terraformowania jest niemal zakończony, cała planeta wystrojona na święto, które potrwa prawie dwadzieścia tutejszych lat — cztery długości ludzkiego życia sprzed osobliwości — a zakończy się Rozbiórką Układu. Habitaty-nenufary rozmnożyły się, łącząc się krawędziami w płaty wielkości kontynentów, dryfujące wśród wierzchołków saturnowych chmur. I zaczęli wprowadzać się uchodźcy.
Około pięćdziesięciu kilometrów od przeszczepionego tutaj muzeum, w którym mieszka matka Sirhana, jest targ specjalizujący się w ubraniach i galanterii, tuż przy łączącym trzy nenufary węźle komunikacyjnym, gdzie tory linii metra przecinają się w kształt ogromnej koniczynki na poduszce magnetycznej. Targ kipi od dziwnych, robiących wrażenie efektów wizualnych, algorytmów rozwijających się w czasie rzeczywistym pod cukierkowo-pasiastymi markizami namiotów. Kopulaste jurty buchają aromatycznym dymem z prymitywnych palenisk — o co chodzi z tą piromanią u bezwłosych naczelnych? — u podnóży drapaczy ziemi o diamentowych ścianach, ostrożnie podążających inteligentnymi jezdniami. Tłumy są pstrokate i mocno wymieszane; imigranci ze wszystkich kontynentów robią tu zakupy, targują się, a niekiedy także wychodzą z siebie, podkręceni dziwnymi środkami na chodnikach przed gigantycznymi ślimakowatymi szemranymi barami i przysadzistymi bunkrami zbudowanymi z cienkiej warstwy betonu natryśniętej na bańkę mydlaną aerożelu. Nie ma samochodów, ale z pieszymi i zwierzętami konkuruje o miejsce oszałamiająca rozmaitość osobistych ustrojstw transportowych, od stabilizowanych żyroskopowo kijów do skakania i segwayów, poprzez kettenkrady[18] i arachnopalankiny.
Dwie kobiety przystają przed czymś, co w poprzednim stuleciu mogłoby być witryną butiku z ubraniami: młodsza (blondynka, z włosami splecionymi w drobne misterne warkoczyki, ubrana w czarne legginsy i długą skórzaną kurtkę narzuconą na koszulkę w panterkę wskazuje wymyślną sukienkę retro.
— Miałabym w tym wielki tyłek, co? — pyta powątpiewająco.
— Ma chérie, musisz przymierzyć… — Druga kobieta (wysoka, w zeszłowiecznym prążkowanym męskim garniturze) pstryka myślą w wystawę i manekin morfuje, wyrasta mu głowa młodszej z kobiet, naśladuje jej postawę i wyraz twarzy.
— Ominęło mnie doświadczenie prawdziwego chodzenia po sklepach, wiesz? Ciągle dziwnie się czuję, że jestem w miejscu ze sklepami. Tak to jest, kiedy się zbyt długo żyje na bibliotekach publicznie dostępnych wzorów. — Amber eksperymentalnie wygina biodra. — Człowiek odzwyczaja się od polowania.
— Jesteś dwudziestopierwszowieczną platformą oferującą się elektorom, którzy pochodzą z Pozłacanego Wieku, a tu są zresymulowani i na nowo wcieleni. I, no tak, tiurniura podkreśla twoją derriére.
— Hm. — Amber marszczy czoło; sklepowy manekin obraca się i kręci biodrami, szeleszcząc po podłodze warstwami spódnic. Zmarszczka się pogłębia. — Jeśli mamy naprawdę wygrać to gówno, to muszę przekonać nie tylko resymulantów, ale i współczesnych, a to kwestia merytoryczna, a nie wizerunkowa. Bo oni widzieli już sto wojen medialnych. Są odporni na wszystkie pociski semiotyczne, nie licząc frontalnego ataku kognicyjnego. Jak wyślę moje duchy do agitacji, poczują, że próbuję naciskać guziki…
— …wysłuchają tego, co masz do powiedzenia, i nie zwiedzie ich ani twoje ubranie, ani styl mówienia. Nimi się, ma chérie, nie przejmuj. Ci naiwni zresymulowani to inna historia, na nich może da się powpływać. To jest twoja pierwsza wycieczka w krainę demokracji od ilu lat? Twoja prywatność to iluzja. Pytanie brzmi: jaki wizerunek sobie wypracujesz? Kiedy już zdobędziesz czyjąś uwagę, ów ktoś wysłucha cię tylko raz. Trzeba też zdobyć głosy niezdecydowanych wyborców, tych cierpiących na szok przyszłości, wystraszonych. Twoja platforma jest radykalna. Może przynajmniej wizerunek powinnaś mieć uspokajająco konserwatywny?
Amber wykrzywia twarz, wyrażając delikatne zbrzydzenie całym tym populizmem.
— Tak, chyba tak, muszę, jeśli to konieczne. Ale po namyśle, to… — pstryka palcami, manekin obraca się jeszcze raz wokół osi, po czym z powrotem przybiera neutralną postać, ukazując obwódki brodawek jak idealne, wypukłe dyski tuż nad krawędzią dekoltu -…to chyba przegięcie.
Nie musi nawet integrować zdań kilku innych ułamkowych osobowości, tak krytyków mody, jak i psefologów, by wiedzieć, że kanon wiktoriańsko-kreteńskiej mody fusion — czysta fantazja fetyszysty mającego pierdolca na punkcie dupy i cycków — nie przystoi poważnemu politykowi, chcącemu się sprzedać poosobliwościowym wyborcom rodem z XIX wieku.
— Nie idę do tych wyborów jako matka narodu. Startuję, bo myślę, że mamy jeszcze z miliard sekund, żeby wydostać się z pułapki tej studni grawitacyjnej, zanim Wyrodne Potomstwo zrobi nam jesień średniowiecza z cykli naszych procesorów, a jeśli nie przekonam ich, by poszli za mną, są zgubieni. Poszukajmy czegoś bardziej praktycznego, co da się uzupełnić odpowiednimi desygnatami.
— Coś jak twoja szata koronacyjna?
Amber się krzywi.
— Touché. — Imperium Pierścienia upadło, razem z ostatnimi niedobitkami jego prekursorskiej orbitalnej legislatury, Amber zaś ma szczęście, że w ogóle żyje jako prywatna obywatelka na skraju halo. — Ale przecież to była tylko dekoracja. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam, co robię.
— Witamy w świecie doświadczenia i dojrzałości. — Annette uśmiecha się chłodno do jakiegoś wątłego wspomnienia. — Nie czujesz się starsza, po prostu tym razem wiesz, co robisz. Czasem zastanawiam się, jak wykorzystałby to Manny, gdyby był tutaj z nami.
— Ten ptasi móżdżek — mówi lekceważąco Amber, urażona samym pomysłem, że ojciec mógłby tu coś wnieść. Idzie za Annette i mijając stadko żebrzących ulicznych ewangelistów zachwalających jakąś nową religię, wchodzi w drzwi prawdziwego domu towarowego, takiego z ludzkimi ekspedientami i pracowniami dopasowującymi ubrania do figury. — Zaraz. Skoro rozsyłam ułamkowe elementy mojej osobowości, przykrojone do różnych grup demograficznych, czy to nie bez sensu ograniczać się do jednego wizerunku? Moglibyśmy zejść w głąb danych i przystosować dla każdego wyborcy po jednej częściówce…