– Typowy kodolog/chipowiec z górnej warstwy klasy średniej – podsumował Mott.
Bishop skinął głową.
– Jest tylko jeden problem. Przez cały czas, gdy pan Holloway wydawał się Najporządniejszym Obywatelem, po nocach zajmował się hakerstwem i działał w cybergangach. Najbardziej znany nazywał się Rycerze Dostępu. Założył go z innym hakerem, niejakim Valleymanem. Nie mamy żadnych informacji na temat jego prawdziwego nazwiska.
– Rycerze Dostępu? – rzekł zaniepokojony Miller. – Grupa o złej sławie. Wyzwali Panów Zła – gang z Austin. I Mistyfikantów z Nowego Jorku. Włamali się do serwerów obu gangów i przesłali ich dane do biura FBI na Manhattanie. Doprowadzili do aresztowania połowy z nich.
– Prawdopodobnie to Rycerze wyłączyli na dwa dni centralę pogotowia 911 w Oakland – powiedział Bishop, zaglądając do notatek. – Zmarły przez to dwie osoby – ofiary wypadków, których nie można było zgłosić. Ale prokurator okręgowy nie potrafił im udowodnić winy.
– Kutasy – rzucił ze złością Shelton.
– Holloway nie występował wtedy jako Phate – ciągnął Bishop. – Używał pseudonimu CertainDeath [7]. Znasz go? – zapytał, zwracając się do Gillette’a.
– Osobiście nie. Ale słyszałem o nim. Każdy haker słyszał. Kilka lat temu był na topie wśród czarodziejów.
Bishop wrócił do notatek.
– Ktoś na niego doniósł, kiedy pracował na Harvardzie, i policja stanowa Massachusetts złożyła mu wizytę. Całe jego życie okazało się maskaradą. Wykradał z Harvardu oprogramowanie i części superkomputerów, a później sprzedawał. Policja sprawdziła Western Electric, Sun, NEC – wszystkich poprzednich pracodawców – i wyglądało na to, że to samo robił u nich. Zwolniono go za kaucją i zniknął z Massachusetts. Od trzech czy czterech lat nikt o nim nie słyszał.
– Trzeba ściągnąć akta tej sprawy od policji z Massachusetts – powiedział Mott. – Na pewno jest tam sporo dowodów, które będziemy mogli wykorzystać.
– Nie ma akt – odparł krótko Bishop.
– Też je zniszczył? – spytała ponuro Linda Sanchez.
– A jak sądzisz? – odparł sarkastycznie Bishop, po czym spojrzał na Gillette’a. – Możesz zmienić bota – ten program przeszukujący? I dodać nazwiska Holloway i Valleyman?
– Nie ma sprawy. – Gillette jeszcze raz zaczął wstukiwać kod. Bishop zadzwonił do Huerta Ramireza i rozmawiał z nim przez chwilę. Kiedy odłożył słuchawkę, powiedział do zespołu:
– Huerto mówi, że na miejscu morderstwa Andy’ego Andersona nie ma żadnych tropów. Chce sprawdzić Jona Patricka Hollowaya w VICAP-ie i sieciach stanowych.
– Szybciej by było przez ISLEnet – mruknął Stephen Miller. Bishop zignorował przytyk i ciągnął:
– Potem zamierza ściągnąć z Massachusetts zdjęcie Hollowaya z kartoteki. Razem z Timem Morganem rozprowadzą kopie zdjęć w Mountain View w okolicy sklepu z rekwizytami teatralnymi, na wypadek gdyby Phate wybrał się na zakupy. Później zadzwonią do wszystkich firm, w których Phate pracował, i zbiorą informacje o przestępstwach, jakie tam popełnił.
– Zakładając, że ich nie usunął – zauważyła pesymistycznie Linda Sanchez.
Bishop spojrzał na zegar. Dochodziła szesnasta. Pokręcił głową.
– Musimy się brać do roboty. Jeśli zamierza w ciągu tygodnia zabić jak najwięcej osób, być może wybrał już następną ofiarę. – Wziął flamaster i zaczął przepisywać na tablicę swoje notatki.
Patricia Nolan wskazała na słowo „Trapdoor” wypisane na tablicy dużymi czarnymi literami.
– Zbrodnia dwudziestego pierwszego wieku – powiedziała. – Gwałt.
– Gwałt?
– W dwudziestym wieku ludzie kradli pieniądze. Teraz gwałcą cudzą prywatność, kradnąc tajemnice, fantazje.
Bóg to dostęp…
– Jednak z drugiej strony – zauważył Gillette – trzeba przyznać, że Trapdoor jest znakomity. Program całkowicie odporny.
– Odporny? – odezwał się gniewny głos zza jego pleców. – Co to znaczy? – Gillette stwierdził, że pytanie padło z ust Sheltona, co wcale go nie zdziwiło.
– To znaczy, że to proste oprogramowanie o dużym potencjale. – Jezu – powiedział Shelton. – Mówisz, jak gdybyś żałował, że to nie ty napisałeś to cholerstwo. Gillette odrzekł spokojnie:
– To niesamowity program. Nie wiem, jak działa, chciałbym wiedzieć. To wszystko. Jestem po prostu ciekawy.
– Ciekawy? Zapominasz chyba o takim drobiazgu, że on dzięki niemu zabija ludzi.
– Nie, tylko…
– Gnojku… dla ciebie to też tylko gra, nie? Tak jak dla niego. – Ruszył do wyjścia, wołając do Bishopa: – Spadajmy stąd i znajdźmy tego świadka. Więcej się dowiemy niż z tego komputerowego gówna. – Wypadł z biura jak burza.
Przez chwilę nikt się nie ruszał. Wszyscy popatrywali zmieszani na białą tablicę, terminale albo wbijali wzrok w podłogę.
Bishop skinął na Gillette’a, aby poszedł z nim do kuchenki, gdzie detektyw nalał sobie kawy do styropianowego kubka.
– Jennie, moja żona, wydziela mi dzienne racje – rzekł Bishop, spoglądając na ciemny napar. – Uwielbiam kawę, ale mam kłopoty z żołądkiem. Lekarz powiedział, że to stan przedwrzodowy. Głupia nazwa, co? Jak gdybym trenował, żeby osiągnąć właściwą formę.
– Ja mam refluks – powiedział Gillette. Dotknął klatki piersiowej. – Jak wielu hakerów. Od kawy i napojów gazowanych.
– Posłuchaj, Bob Shelton… kilka lat temu przytrafiło mu się coś złego. – Detektyw pociągnął łyk kawy, spojrzał na koszulę wyłażącą ze spodni i wepchnął ją z powrotem. – Czytałem listy dołączone do twoich akt sądowych – e-maile, które przysyłał do sędziego twój ojciec przed rozprawą. Odniosłem wrażenie, że mieliście ze sobą świetny kontakt.
– Aha, faktycznie niezły – powiedział Gillette, kiwając głową. – Zwłaszcza po śmierci mamy.
– W takim razie chyba zrozumiesz. Bob miał syna. Miał?
– Bardzo kochał dzieciaka – pewnie tak jak twój ojciec kocha ciebie. Ale kilka lat temu chłopak zginął w wypadku samochodowym. Miał szesnaście lat. Od tamtego czasu Bob nie jest już taki sam. Wiem, że proszę o dużo, ale spróbuj okazać mu trochę wyrozumiałości.
– Przykro mi. – Gillette pomyślał nagle o swojej byłej żonie. O wielu godzinach spędzonych w więzieniu, gdy żałował, że nie są już małżeństwem, że nie mają z Ellie ani syna, ani córki; gdy się zastanawiał, jak mógł to wszystko tak spieprzyć i sam pozbawić się szczęśliwego życia rodzinnego. – Spróbuję.
– Dzięki.
Wrócili do głównego pomieszczenia. Gillette zajął miejsce przed komputerem. Bishop wskazał w stronę parkingu przed budynkiem.
– Bob i ja sprawdzimy tego świadka z „Vesta Grill”. – Detektywie – powiedział Tony Mott, wstając. – Mógłbym z wami jechać?