Był to poważny błąd – bez kłopotu można było wbudować do programu małe opóźnienie, aby kilka dodatkowych milisekund przekonało hakera, że Renegat jest oddalony o tysiąc mil. Gillette nie rozumiał, dlaczego Miller o tym nie pomyślał.
– Kurwa! – powiedział krótko cyberglina i pokręcił głową, gdy zdał sobie sprawę z własnego błędu. – To moja wina. Przykro mi… po prostu nie wpadło mi to do głowy.
Rzeczywiście, pomyślał Gillette.
A tak niewiele brakowało.
Cichym i zrezygnowanym głosem Bishop rzekł do Sheltona:
– Odwołaj brygadę specjalną.
Detektyw wyciągnął komórkę i zadzwonił.
– A to ostatnie w wiadomości od Trzy-X? – zapytał Bishop. – ESAD?
– Sympatyczny akronim – odparł z goryczą Gillette. – Oznacza „Pierdol się” [9].
– Nerwus z niego – zauważył Bishop.
Nagle zadzwonił telefon – jego komórka – i detektyw odebrał.
– Tak? – Po chwili spytał szorstkim tonem: – Gdzie? – Zapisał coś i powiedział: – Skierujcie tam wszystkie wolne patrole. I skontaktujcie się z policją miejską San Jose. Szybko, nie ma czasu.
Wyłączył telefon i spojrzał na zespół.
– Coś się ruszyło. Jest zgłoszenie na nasz komunikat o poszukiwaniu wozu. Policjant z drogówki z San Jose jakieś pół godziny temu zauważył zaparkowanego nowego szarego jaguara. Samochód stał w starej części miasta, gdzie rzadko widuje się tak drogie auta. – Podszedł do mapy i zakreślił skrzyżowanie, gdzie widziano jaguara.
– Znam trochę tę okolicę – odezwał się Shelton. – Sporo domów mieszkalnych, kilka winiarni, parę sklepów monopolowych. Dość uboga dzielnica.
Bishop pokazał mały kwadracik na mapie. Podpis brzmiał „Szkoła im. św. Franciszka”.
– Pamiętasz tamtą sprawę sprzed kilku lat? – zapytał Sheltona detektyw.
– Aha.
– Jakiś psychopata wdarł się do szkoły i zabił ucznia czy nauczyciela. Dyrektor kazał zamontować Bóg wie jakie zabezpieczenia – same najnowocześniejsze urządzenia. Pisały o tym wszystkie gazety. – Wskazał ruchem głowy tablicę. – Phate lubi wyzwania, pamiętacie?
– Jezu – mruknął wściekle Shelton. – Teraz zabrał się do dzieci. Bishop chwycił telefon i przekazał centrali kod alarmowy oznaczający groźbę ataku.
Nikt nie miał odwagi powiedzieć na głos tego, o czym wszyscy myśleli: że raport o odnalezieniu samochodu pochodził sprzed pół godziny. Phate miał dużo czasu, żeby przystąpić do makabrycznej rozgrywki.
Wszystko było tak jak w życiu, pomyślał Jamie Turner.
Bez fanfar, brzęczyka, głuchych grzechotów jak w filmach, nawet bez najcichszego kliknięcia, po prostu w drzwiach zgasła lampka.
W Realu nie ma efektów dźwiękowych. Robisz to, do czego się zabrałeś, i jedyną reakcją otoczenia jest tylko bezgłośne wyłączenie maleńkiej lampki.
Wstał i zaczął nasłuchiwać. Z głębi korytarzy szkoły dobiegały odgłosy muzyki, okrzyków, śmiechu, radia – wszystko to zostawiał za sobą, wyruszając na superwieczór z bratem.
Delikatnie uchylił drzwi.
Cisza. Ani alarmu, ani krzyków Booty’ego.
Jego nozdrza wypełniło chłodne powietrze pachnące trawą. Przypomniały mu się długie samotne godziny po kolacji spędzone latem w domu rodziców w Mili Valley – Mark był wtedy w Sacramento, gdzie znalazł pracę, żeby wyrwać się z domu. Wieczory bez końca… matka częstowała Jamiego deserami i słodyczami, żeby tylko dał jej spokój, ojciec mówił mu: „Idź się pobawić na dwór”, gdy tymczasem rodzice razem ze swoimi przyjaciółmi snuli różne bezsensowne opowieści, które z każdą butelką miejscowego wina stawały się coraz mniej wyraźne.
Idź się pobawić na dwór…
Jakby chodził do pieprzonego przedszkola!
Jednak Jamie w ogóle nie wychodził na dwór. Wchodził za to do Sieci i hakował bez opamiętania.
Takie wspomnienia wywołało w nim chłodne wiosenne powietrze. Jednak w tym momencie był zupełnie odporny na obrazy z domu rodzinnego. Podniecała go myśl o tym, że się udało i zaraz spędzi fantastyczny wieczór z bratem.
Unieruchomił zatrzask drzwi taśmą samoprzylepną, żeby móc później wrócić do szkoły. Zatrzymał się jeszcze i odwrócił, nasłuchując. Żadnych kroków ani Booty’ego czy duchów. Postawił stopę za progiem.
Pierwszy krok na wolność. Tak! Zrobił go! Uda…
Właśnie wtedy dopadł go duch.
Nagle chwyciło go mocne męskie ramię, zaciskając się boleśnie na klatce piersiowej, a dłoń zasłoniła mu usta.
O Boże, Boże…
Jamie próbował uskoczyć, uciec z powrotem do szkoły, lecz napastnik ubrany w jakiś kombinezon roboczy był silny i powalił go na ziemię. Potem mężczyzna zerwał mu z twarzy grube nietłukące okulary.
– O, cóż tu mamy? – szepnął, ciskając okulary na ziemię i pieszczotliwie przesuwając palcami po powiekach chłopca.
– Nie, nie! – Jamie próbował zasłonić oczy rękami. – Co robisz?
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kombinezonu przedmiot, który wyglądał jak butelka z rozpylaczem. Zbliżył to do twarzy Jamiego. Co on…
Z butelki trysnął mu prosto w oczy jakiś mlecznobiały płyn.
Chwilę później chłopiec poczuł straszliwy, palący ból i zaczął krzyczeć i trząść się w panice. Stała się rzecz, której bał się najbardziej na świecie. Będzie ślepy!
Jamie Turner zaczął wściekle potrząsać głową, usiłując pozbyć się bólu i przerażenia, ale piekło coraz mocniej. Wrzeszczał: „Nie, nie, nie…”, lecz słowa tłumiła ręka zasłaniająca mu usta.
Mężczyzna nachylił się i zaczął coś szeptać chłopcu do ucha, lecz Jamie nie miał pojęcia, co do niego mówi; ból i przerażenie trawiły go jak ogień pożerający suchy krzew.
Rozdział 00010001/siedemnasty
Frank Bishop i Wyatt Gillette minęli stare łukowe wejście szkoły im. św. Franciszka. Ich buty skrzypiały na wystających kamieniach bruku.
Bishop skinął głową Huerto Ramirezowi, którego zwalista sylwetka wypełniała połowę wejścia i zapytał:
– To prawda?
– Taa, Frank. Przykro mi. Uciekł.
Ramirez i Tim Morgan, który teraz rozmawiał ze świadkami na ulicach wokół szkoły, byli jednymi z pierwszych na miejscu zdarzenia.
Ramirez odwrócił się i wprowadził Bishopa, Gillette’a i idących z tyłu Boba Sheltona i Patricię Nolan na teren szkoły. Dogoniła ich Linda Sanchez, która ciągnęła za sobą dużą walizkę na kółkach.
Na zewnątrz stały dwie karetki i kilkanaście radiowozów z bezgłośnie migającymi kogutami. Na chodniku po drugiej stronie ulicy tłoczył się tłum gapiów.
– Co się stało? – spytał go Shelton.
– Z tego, co już wiemy, wynika, że jaguar stał za tamtą bramą. – Ramirez wskazał na podwórko oddzielone od ulicy wysokim murem. – Podjeżdżaliśmy cicho, ale wygląda na to, że usłyszał, jak się zbliżamy, wypadł ze szkoły i uciekł. Ustawiliśmy blokady osiem i szesnaście przecznic dalej, ale jakoś się przedostał. Pewnie znał drogę przez aleje i boczne uliczki.
Gdy szli ciemnymi korytarzami, Patricia Nolan zrównała się z Gillette’em. Wydawało się, jakby chciała coś powiedzieć, ale zmieniła zdanie i nie odezwała się.
Gillette nie widział po drodze żadnych uczniów; może nauczyciele nie wypuszczali ich z pokoi, dopóki nie przyjadą rodzice i psychologowie.
– Kryminalistyczny coś znalazł? – spytał Ramireza Bishop. – Wiesz, nic takiego, co pozwoliłoby nam od razu ustalić dokładny adres sprawcy.