I znów Perrin zatracił się w pracy. Kuł stal. Wszystkie troski zniknęły, rozwiały się. Odgłosy rytmicznych uderzeń metalu o metal niczym bicie jego serca. Jarzący się metal - gorący i niebezpieczny. W tym skupieniu odnalazł jasność myśli. Świat pękał, a z każdym dniem ziejące w nim szczeliny stawały się szersze. Potrzebował pomocy, i to zaraz. Kiedy pęknięcia staną się zbyt szerokie, świat rozpadnie się i nic go nie sklei.
- Neald - zabrzmiał głos Grady’ego. W tonie głosu znać było napięcie, ale zatopiony w pracy Perrin puścił je mimo uszu. - Neald, co robisz?
- Nie wiem - odparł tamten. - Wydało mi się to jak najbardziej sensowne.
Perrin nie przerywał miarowych uderzeń, bił coraz mocniej. Kształtował metal, spłaszczając przylegające do siebie sztaby. Asha’man radził sobie wspaniale, utrzymując stal w idealnej temperaturze. To uwalniało Perrina od konieczności przerywania kucia i systematycznego podgrzewania sztaby na palenisku.
Metal zdawał się płynąć, jakby kształtowała go wyłącznie wola Perrina. W pewnym momencie zapytał sam siebie: co właściwie chcę wykonać? Wyjął z ognia dwie pozostałe sztaby, potem na przemian kuł wszystkie trzy. Pierwszą - największą - zaginał kilkukrotnie, równocześnie kształtując odpowiednio techniką zwaną w kowalstwie „spęczaniem”, która nadaje sztabie grubości. Skutkiem była wielka bryła stali, do której dodawał kolejne porcje materiału, póki nie nabrała rozmiarów ludzkiej głowy. Drugą sztabę wydłużył, uzyskując stosunkowo cienki pręt. Trzecią, najmniejszą, spłaszczył.
Dyszał ciężko, ale równomiernie. Jego płuca pracowały jak miechy. Spływający po czole pot był niczym woda, w której studzi się sztabę. Ramiona - kowadło. Stał się kuźnią!
Nagle odezwał się Neald, w jego głosie słychać było napięcie:
- Mądre, potrzebny mi jest krąg. Zaraz. Nic nie mówicie! Sam sobie nie dam rady!
Iskry leciały z Perrinowego kowadła. Za każdym uderzeniem coraz większe. Czuł, jakby coś się z niego wylewało, jakby kuty metal wchłaniał nie tylko siłę bijącego weń młota, ale również siłę samego Perrina, a wraz z nią jego uczucia. Lęki i nadzieje. Wszystko to spływało zeń w trzy surowe sztaby.
Świat umierał. Nie był w stanie go uratować. Zresztą nie na nim spoczywał ten obowiązek, lecz na Randzie. Perrin chciał przecież tylko wrócić do prostego życia, o jakim śnił, czyż nie?
Nie. Nieprawda, przecież chciał Faile, chciał całej złożoności świata. Chciał żyć. Nie miał się gdzie skryć, jak nie mieli ci, co za nim poszli.
Nie chciał ich wierności, lennych ślubów. Ale co z tego, skoro sprawa sama się zdecydowała? Jakby się czuł, gdyby ktoś inny objął nad nimi władzę, a potem poprowadził na śmierć?
Uderzenie za uderzeniem. Snopy iskier. Zdecydowanie zbyt wiele - jakby kuł baryłkę stopionego płynu. Mrowie iskier wylatywało w powietrze płoszone siłą jego młota, wysoko, aż po korony drzew, a potem opadały ognistym deszczem w kręgu o promieniu dziesiątków kroków. Obserwatorzy cofali się z każdą chwilą coraz bardziej, wszyscy, prócz Asha’mana i Mądrych, skupionych wokół Nealda.
„Nie chcę być ich władcą” - myślał Perrin. „Ale jeżeli nie ja, to kto? Jeżeli ich porzucę, a potem zginą, to będzie moja wina”.
Wreszcie zrozumiał, co tworzy, co przez cały czas próbował stworzyć. Największa z brył metalu przybrała wreszcie oczekiwany kształt jakby wielkiej cegły. Długa sztaba stała się prętem grubym na trzy palce. Spłaszczona sztaba zmieniła się w obejmę - fragment metalu wykuty tak, żeby można go założyć na głowicę młota i przymocować do trzonu.
Młot. Wykuwał młot. A to były jego części.
Teraz już rozumiał.
Musiał dojrzeć do tego aktu stworzenia. Uderzenie za uderzeniem. Takie donośne. Wraz z każdym ziemia zdawała się drżeć wokół niego, poruszało się płótno namiotów. Perrin czuł uniesienie. Wiedział już, co tworzy. Wreszcie wiedział, jaki ma przed sobą cel.
Nie prosił się o władzę nad tymi ludźmi, ale czy to zwalniało go od odpowiedzialności? Potrzebowali go. Świat go potrzebował. A wraz ze zrozumieniem tego faktu, zrozumieniem, które właśnie stygło w nim niczym lawa tworząca skalną formację, wraz z tym zrozumieniem przyszła świadomość, że tak naprawdę chce tej władzy.
Jeżeli ktoś miał czy też musiał był lordem tych ludzi, to on chciał być tym kimś. Ponieważ tylko wtedy będzie mógł zadbać, żeby było to zrobione we właściwy sposób.
Za pomocą przecinaka i przebijaka uformował otwór w centrum głowicy młota, następnie schwycił kleszczami trzon, uniósł wysoko nad głowę i wbił na miejsce. Potem położył na kowadle obejmę, włożył w nią głowicę i zabrał się za zakuwanie. Jeszcze kilka chwil temu akt tworzenia karmił się jego gniewem. Teraz wyraźnie czerpał z jego zdecydowania, z jego determinacji.
Metal żyje. Każdy kowal znał tę prawdę. Kiedy już się go podgrzało, kiedy pracowało się nad nim, on żył. Perrin wziął więc młotek i przecinak, a potem za ich pomocą zabrał się za wykańczanie kształtów, krawędzi, za ostateczne poprawki. Wokół sypały się snopy iskier, dźwięczenie młota z każdym uderzeniem było silniejsze, głośniejsze, w końcu brzmiało niczym dzwon. Przecinakiem oddzielił niewielki kawałek stali, uderzył parę razy, nadając mu odpowiedni kształt, wreszcie umieścił na głowicy wykuwanego młota.
Krzyknął z głębi gardła, wzniósł do góry swój stary, wysłużony młot, a potem opuścił go na ten nowy, właśnie wykuwany, tworząc ornament z boku głowicy. Wilk w skoku.
Wreszcie odłożył narzędzia. Na kowadle - wciąż jarzącym się blaskiem ciepła, które pochłonęło - leżał jego piękny młot. Dzieło dalece wykraczające poza wszystko, co dotychczas stworzył, czy też mógłby, jak mu się wydawało, stworzyć. Młot miał ciężką, mocarną głowicę, kształtem przypominającą trochę nadziak[2], ale z drugiej strony ścięty i spłaszczony obuch. Czyli jak narzędzie kowala. Mierzył może cztery stopy, był więc wręcz gigantyczny jak na tego typu młot.
Trzon był w całości stalowy - Perrin nigdy w życiu nie widział tak skonstruowanego młota. Wziął go do ręki - dał radę podnieść go jedną ręką, choć ledwie. Młot był ciężki, masywny. Ozdobiony był siatką żłobkowań, z jednej strony głowicy miał skaczącego wilka. Perrin pomyślał, że przypomina mu Skoczka. Wyciągnął dłoń i pokrytym odciskami kciukiem dotknął metalu, który uspokoił się pod tym dotykiem. Wciąż był ciepły, ale nie oparzył go.
Odwrócił się i zdumiał rozmiarem tłumu, który ściągnął pokaz jego kowalskich umiejętności. Ludzie z Dwu Rzek na przedzie: Jori Congar, Azi al’Thone, Wil al’Seen, a oprócz nich jeszcze setki. Ghealdanie, Cairhienianie, Andoranie, Mayeńczycy. Na kilkanaście kroków od niego ziemia była pokryta deszczem iskier, krople srebrzystego metalu układały się promieniście z kuźnią pośrodku niczym słońcem.
Neald osunął się na kolana, dyszał ciężko, po jego twarzy spływały strumienie potu. Grady i kobiety, które wcześniej tworzyły krąg, siedzieli na ziemi, wyglądając na wyczerpanych. Okazało się, że wcześniej wszystkie sześć Mądrych wzięło udział w przenoszeniu Mocy. Co oni stworzyli?
Perrin też czuł się wyczerpany, jakby wcześniej całą swą siłę i wszystkie uczucia zakuł w metal. Ale nie nadszedł jeszcze czas na spoczynek.
- Wil. Kilka tygodni temu wydałem ci rozkaz. Żebyś spalił wszystkie sztandary z wilczym łbem. Zrobiłeś to? Spaliłeś wszystkie?
Wil al’Seen spojrzał mu w oczy, po czym szybko spuścił wzrok, zawstydzony.
- Lordzie Perrinie, chciałem. Ale… Światłości, nie potrafiłem tego zrobić. Jeden zatrzymałem. Ten, który pomagałem szyć.
- Przynieś go, Wil - polecił Perrin. We własnym głosie słyszał stalowe tony.
Wil pobiegł spełnić rozkaz, biła od niego woń lekkiego przerażenia. Zaraz wrócił, niosąc ze sobą zwiniętą materię: białą z czerwonym krajem. Perrin wziął sztandar, uniósł go z szacunkiem jedną ręką, w drugiej wzniósł młot. Popatrzył po zebranych. Faile też tam była, ręce trzymała splecione z przodu. Pachniała nadzieją. Dostrzegła to w nim. Wiedziała.
2