Выбрать главу

- I macie rację, cholera, macie rację - powiedział, zarzucając drzewce ashandarei na ramię i wychodząc z namiotu. Przez drugie ramię przewiesił pasek plecaka. Od dzisiejszego dnia miał zamiar spędzać noce w mieście.

Maszerował przez obóz, kiwając głową salutującym mu Czerwonorękim. Po ostatnich wydarzeniach podwoił straże. Martwił się nie tylko gholam, lecz innymi zgrupowaniami wojskowymi stacjonującymi na tym terenie. Połowę stanowili najemnicy, drugą połowę drużyny takiego czy innego pomniejszego lorda, który przybył oddać pokłon królowej - wygodnie dobierając sobie termin już po bitwie.

Bez wątpienia każdy z nich wyznawał teraz dozgonną wierność Elayne, dowodząc, że jego ludzie wspierali ją od samego początku. Ich słowa zapewne brzmiały cokolwiek nieprzekonująco, ponieważ Mat w trzech różnych tawernach słyszał przy kieliszku, że Elayne wcześniej intensywnie Podróżowała w poszukiwaniu poparcia dla siebie. Łatwiej było udawać spóźnione przybycie w odpowiedzi na pisemne wezwanie niż na słowo, które się słyszało na własne uszy.

- Mat! Mat!

Mat przystanął na ścieżce niedaleko swego namiotu i pozwolił, żeby Olver go dogonił. Chłopak ostatnio, na wzór pozostałych Czerwonorękich, zaczął przepasywać prawe ramię czerwoną opaską, wciąż jednak trzymał się swoich brązowych spodni i kaftana. Pod pachą niósł zwiniętą planszę do gry w Węże i Lisy, przez drugą miał przewieszony plecak.

W pobliżu zobaczył Setalle, razem z Lussinem i Edderem, dwoma Czerwonorękimi, których przydzielił jej i chłopakowi do ochrony. Wkrótce mieli ruszyć do miasta.

- Mat - wydyszał Olver. - Wyjeżdżasz?

- Nie mam czasu teraz z tobą grać, Olver - powiedział Mat, zniżając ashandarei i układając drzewce w zagięciu łokcia. - Muszę się spotkać z królową.

- Wiem - odparł Olver. - Ale wymyśliłem sobie, że skoro i ty, i my wybieramy się do miasta, moglibyśmy pojechać razem i ułożyć plany po drodze. Mam kilka pomysłów, jak pokonać węże i lisy! Pokażemy im, Mat. Żebym sczezł, dopiero im pokażemy!

- Kto cię nauczył takich słów?

- Mat - upierał się chłopak. -To jest ważne! Musimy ułożyć plan! Jeszcze nie rozmawialiśmy o tym, co trzeba zrobić.

Mat w milczeniu przeklinał samego siebie za nieostrożność dyskusji planów ratunku Moiraine w obecności Olvera. Chłopak nie ucieszy się, kiedy mu powiedzą, że zostaje.

- Muszę się zastanowić nad tym, co powiem królowej - uspokajał go Mat, drapiąc się po brodzie. - Z drugiej strony masz pewnie rację, planowanie jest ważne. Dlaczego nie omówisz z Noalem swoich pomysłów?

- Już to zrobiłem - poinformował go Olver. - Thom też wie. I Talmanes.

Talmanes? Talmanes na pewno nie pojedzie z nimi do Wieży! Światłości, komu jeszcze Olver rozgadał o sprawie, która powinna raczej zostać tajemnicą?

- Olver - zaczął Mat, kucając, aby móc spojrzeć chłopakowi w oczy- musisz być bardziej dyskretny. Nie chcemy, aby zbyt wielu ludzi wiedziało, co zamierzamy.

- Nie powiedziałem nikomu, komu nie ufamy, Mat - zapewnił go Olver. - Nie martw się. Większość jest od nas, od Czerwonej Ręki.

„Świetnie” - pomyślał Mat. Cóż sobie żołnierze pomyślą, gdy dowiedzą się, że ich dowódca wyprawia się na wojnę z istotami z dziecięcych bajek? Cała nadzieja w tym, że potraktują opowieści Olvera jako wymysły młodego chłopaka.

- Chcę tylko, żebyś był bardziej ostrożny - powiedział Mat. - Jutro zatrzymam się w waszej karczmie, wtedy będziemy mogli porozmawiać i zagrać. W porządku?

Olver pokiwał głową.

- W porządku, Mat. Ale… krew i krwawe popioły! - Odwrócił się nagle i odszedł.

- I przestań przeklinać! - zawołał za nim Mat, następnie pokręcił głową. „Zanim skończy dwanaście lat, przeklęci żołnierze zepsują go zupełnie”.

Potem ruszył w swoją drogę z glewią[1] wciąż wspartą na ramieniu. Znalazł Thoma i Talmanesa: siedzieli na koniach tuż za obozem, mając do towarzystwa jakichś pięćdziesięciu Czerwonorękich. Thom przywdział ekstrawagancki kaftan w barwie czerwonego wina i takież spodnie. Kaftan miał rękawy haftowane złotą nicią, spod niego, przy mankietach i pod szyją, wylewała się biała koronka, stroju dopełniał jedwabny krawat. Guziki były ze szczerego złota. Wąsy przystrzygł i schludnie rozczesał. Całość ubioru była świeżo spod igły, włączywszy w to czarny płaszcz obszyty złotem. Mat zamarł. W jaki sposób ten człowiek dokonał idealnej i natychmiastowej metamorfozy z oberwanego obozowego barda w królewskiego dworzanina? Światłości!

- Z twojej reakcji wnoszę, że moja prezencja odpowiada zamierzeniom - stwierdził Thom.

- Krew i krwawe popioły! - wykrzyknął Mat. - Co się stało? Może się pochorowałeś po tych kiełbaskach, co były na śniadanie?

Thom odrzucił za plecy połę płaszcza, ukazując harfę - zawsze gotów. Wyglądał niczym dworski trubadur!

- Doszedłem do wniosku, że jeśli mam, po wszystkich tych latach, znów pojawić się w Caemlyn, powinienem wyglądać odpowiednio.

- Teraz już wiem, dlaczego codziennie śpiewałeś za pieniądze - powiedział Mat. - Ale okazuje się, że ci ludzie w tawernach mają ich naprawdę za dużo.

Talmanes uniósł brew - w jego przypadku ten skąpy gest mógł być traktowany jak szeroki uśmiech. Czasami zdawał się tak ponury, że burzowa chmura była przy nim uosobieniem radości. Odziany był też znakomicie - choć zdecydował się na barwy kobaltu i srebra. Mat wsunął dłonie w rękawy swojego kaftana. Mógł chociaż zdecydować się na koronkowe mankiety. Gdyby Lopin był na miejscu, zadbałby o odpowiedni strój, nie pytając Mata o zgodę. Odrobina koronki nigdy żadnemu mężczyźnie nie zaszkodziła. Dzięki niej lepiej się prezentował.

- Naprawdę taki strój wybrałeś sobie na audiencję u królowej, Mat? - zapytał Talmanes.

- Oczywiście, że tak - odrzekł odruchowo, zanim zdążył się zastanowić nad sensem wypowiadanych słów. - To bardzo dobry kaftan. - Dał kilka kroków, żeby wziąć wodze Oczka z rąk koniuszego.

- Może i dobry, ale na plac ćwiczeń - zauważył Talmanes.

- Elayne jest teraz królową Andoru, Mat - wyjaśniał Thom. - A królowe są trochę inne niż reszta z nas. Lubią jak się im okazuje szacunek.

- Okazuję jej przeklęty szacunek - upierał się Mat, wspinając się na siodło. Najpierw dał glewię do potrzymania któremuś z żołnierzy. Zaraz też wyciągnął po nią rękę, potem skręcił Oczko w taki sposób, żeby koń stanął naprzeciw wierzchowca Thoma. - To jest jak najlepszy kaftan dla wieśniaka.

- Nie jesteś już wieśniakiem, Mat - stwierdził Talmanes.

- Jestem, jak najbardziej - dalej trwał przy swoim Mat.

- Ale Musenge nazwał cię… - zaczął Thom.

- Był w błędzie - uciął Mat. - Z samego faktu, że się człowiek ożeni z kimś, nie wynika, iż od razu jest jakąś tam szlachtą.

Thom i Talmanes wymienili znaczące spojrzenia.

- Mat - kontynuował Thom. - Właśnie w ten sposób to się dzieje. Praktycznie rzecz biorąc, nie ma innego sposobu, żeby stać się kimś ze szlachty.

- Być może u nas tak to jest - rzekł Mat. - Ale Tuon jest z Seanchan. Któż wie, jakie tam panują zwyczaje? Widzieliśmy, jak oni się dziwnie zachowują. Nic nie będziemy wiedzieli, póki z nią nie porozmawiamy.

Thom zmarszczył czoło.

- Z rzeczy, które od niej słyszałem, wnoszę z pewnością…

- Nic nie będziemy wiedzieli, póki nie porozmawiamy z Tuon - powtórzył Mat, tym razem podniesionym głosem. - Póki co, jestem Mat. Żaden jakiś tam Książę Czegoś czy inne bzdury.

Thom wydawał się zbity z tropu. Usta Talmanesa wygięły się nieznacznie w kącikach. Żeby sczezł. Mat powoli dochodził do przekonania, że cała powaga tego człowieka to jedna wielka komedia. Może w środku cały czas się skręcał ze śmiechu?

вернуться

1

Glewia (łac. glavea, glavia) - broń drzewcowa, zaopatrzona w żeleźce w postaci grotu o kształcie szerokiego, jednosiecznego noża, niekiedy odgiętego lekko do tyłu, osadzonego na drzewcu o długości 2-2,5 m. (Przyp. red.)