Tony milczał. Wiedziałem, że jeżeli nawet przyjechał do Las Vegas na stałe, to nie ma pozwolenia chicagowskiej mafii na jakąkolwiek działalność. Nie wyjechał z Chicago ze zgodą na wymuszanie forsy od kogokolwiek ani na trudnienie się lichwą.
Gdy pojawił się w Vegas i zaczął wymuszać pieniądze od każdego alfonsa, handlarza narkotykami i lichwiarza w mieście, robił to na własną rękę. Tony był bystry. Prawidłowo ocenił reakcje najważniejszych gangsterów w Chicago. Wiedział, jak daleko może się posunąć. Joey Aiuppa, ówczesny szef chicagowskiej mafii, był człowiekiem lubiącym spokój i unikającym kłopotów. Tony obchodził go tyle co zeszłoroczny śnieg. Spilotro wiedział, że z chwilą gdy tutaj trafi, będzie prawie zupełnie niezależny.
Gdy wróciliśmy do domu, okazało się, że Nancy i Geri wychyliły już parę głębszych. Obydwie były zalane. Tony wszedł w swoją rolę. Zaczął wrzeszczeć na Nancy:
– Jak możesz to robić?! Wstyd mi za ciebie! Jeżeli nadal będziesz się tak zachowywać, Frank nie zechce się z nami zadawać.
Usiłował mi wmówić, że wszystko będzie w porządku. Że oboje z Nancy będą się zachowywać jak anioły.
No i parę tygodni później przyjechali na stałe. Ich przyjazd był niczym alarm dla FBI. Zaczęła się nagonka. Zaczęli nas obserwować. W pewnym sensie trudno mieć im to za złe. Zakładali – nie oni jedni – że Tony przyjechał do Vegas z instrukcjami gangsterów z Chicago. Że jest ich przedstawicielem w mieście, a ja ich człowiekiem w kasynach.
Nic nie mogło być dalsze od prawdy, lecz Tony wykorzystał to błędne przekonanie. Pogodził się z nim. Afiszował się wręcz. Mówił ludziom:
– Jestem doradcą Franka. Jestem jego protektorem.
Nawet Geri myślała, że Tony jest moim szefem. Pewnego dnia wszedłem do klubu golfowego z paroma dyrektorami i jeden z nich powiedział, że mój szef siedzi w rogu sali. Spojrzałem, licząc, że zobaczę jednego z dyrektorów hotelu Stardust, a tymczasem ujrzałem Tony'ego przy kartach. Gdy się wkurzyłem, dyrektor stwierdził, że tylko żartował, ale tak właśnie od samego początku odbierano to w mieście.
Tony był w Vegas dopiero od dwóch, trzech dni, a już szeryf Ralph Lamb telefonuje do mnie i mówi:
– Powiedz swojemu przyjacielowi, że w ciągu tygodnia ma się wynieść z miasta.
Próbowałem wstawić się za Tonym.
– Ralph, nie jestem jego niańką, ale on przecież nie robi nic złego. Daj człowiekowi szansę – powiedziałem, ale to nie pomogło. Lamb żądał, żeby Tony wyniósł się z miasta.
Przekazałem Tony'emu tę wiadomość, ale chyba zbliżały się jego imieniny lub jakaś inna okazja i nie dość, że nie opuścił miasta przed końcem tygodnia, to jeszcze przyjechało pięciu jego braci. Żaden nie był przestępcą. Jeden z nich to dentysta. Ale szeryf Lamb zgarnął braci Tony'ego, gdy tylko dotarli do miasta, i wpakował na parę godzin do mamra.
Tony'ego przenocował w izbie wytrzeźwień, wilgotnej norze, w której polewają cię wodą z węża, ponieważ wszyscy pensjonariusze mają wszy.
Gdy Spilotro w końcu wydostał się stamtąd, szalał z wściekłości.
– Zabiję tego skurwysyna! – krzyczał. W końcu jednak się uspokoił. Prawdę powiedziawszy, miał pełne prawo zostać w mieście i ostatecznie zawarto rozejm, choć Spilotro i szeryf Lamb nie darzyli się szczególną sympatią.
Nie sądzę, by Tony przeprowadzając się tu przewidywał, co się wydarzy. Nie sądzę, by miał gotowy plan gry. Myślę, że sytuacja rozwijała się z dnia na dzień, a co najważniejsze, Chicago pozwoliło mu się spokojnie zainstalować w Vegas”.
Tony, Nancy i ich czteroletni syn, Vincent, zadomowili się w mieszkaniu, a Nancy w gronie miejscowych żon. Mańkut i Geri pomogli im w tym: Mańkut wstawił się w Bank of Nevada za Tonym, a Geri poznała Nancy ze swymi fryzjerkami i manikiurzystkami w Caesar's Palace. Geri i Nancy zaprzyjaźniły się serdecznie. Wspólnie robiły zakupy, razem jadały kolacje, gdy ich mężowie byli zajęci (co zdarzało się często) i trzy lub cztery razy w tygodniu grały w tenisa w Las Vegas Country Club, do którego zdołał wprowadzić je Mańkut.
W przeciwieństwie do wytwornych Rosenthalów, posiadających drogie samochody i dom na polu golfowym, Nancy i Tony żyli skromnie. Jeździli niedrogimi samochodami i kupili czteropokojowy dom przy Balfour Avenue, w niezbyt zamożnej dzielnicy. Nancy zapisała małego Vincenta do katolickiej szkoły biskupa Gormana i wstąpiła do PTA *, a gdy sprzed ich domu skradziono rower jej syna, odważnie pomaszerowała na lokalny posterunek policji. Tony był stałym bywalcem na meczach Małej Ligi, podczas których siedział na trybunach lub za trenerem, razem z innymi ojcami dopingującymi swoich synów.
Otworzył przy Circus Circus sklep z biżuterią, nazwany Anthony Stuart Ltd., i Nancy często tam pracowała. Tony spędzał większość czasu w sali gry w pokera w Circus lub w Dunes, pożyczając spłukanym krupierom pieniądze na lichwiarski procent. Wkrótce niemal wszyscy krupierzy w tych dwóch kasynach byli jego dłużnikami.
Lichwiarski proceder, szantaże i oszustwa karciane szybko ściągnęły na niego tak dużą uwagę, że wizerunek porządnej amerykańskiej rodziny, który oboje chcieli stworzyć, prysł niczym bańka mydlana. Tony przesunął betonowy blok usytuowany w pobliżu tylnej ściany domu, żeby móc patrzeć przez płot i sprawdzać, czy jest śledzony. Zazwyczaj był. Agenci FBI przyłapywali go na całonocnych zabawach z najmłodszymi i najbardziej naiwnymi dziewczynami, jakie trafiały do miasta. W międzyczasie Nancy została zatrzymana za jazdę po pijanemu. Przy tej okazji podała nazwisko Geri – nie Tony'ego – jako osoby, do której należało dzwonić w nagłym wypadku.
Tony nie zdążył jeszcze spędzić w Vegas dwóch tygodni, a już agenci federalni mieli go na podsłuchu. FBI w Chicago ostrzegło swych kolegów w Las Vegas, że Spilotro wybiera się do nich z wizytą. Śledzili go w drodze na jedno z pierwszych spotkań w Vegas, na którym poproszono go o „pomoc” we wprowadzeniu wyrobów związanej z mafią wytwórni mięsa do wszystkich wielkich hoteli w mieście. Śledzili go, gdy jechał na spotkanie z przywódcami lokalnego związku kucharzy. Później owi związkowi oficjele odbyli spotkanie z głównymi zaopatrzeniowcami w hotelach prowadzących kasyna i przed końcem wiosny wszystkie hotele kupowały mięso i wędliny z tej wytwórni.
„Zgarnialiśmy go co trzy, cztery miesiące. Tak po prostu, dla zasady – wspomina detektyw policji miejskiej, sierżant William Keeton – przedstawialiśmy mu zarzuty, a on skarżył się, że ktoś go wrabia i chce udupić. Potem puszczaliśmy go wolno.
Tony lubił rozgłos. Miał zmienne usposobienie. Był zadziorny, ale potrafił również być czarujący. Chicagowska Komisja ds. Przestępczości wysłała nam zdjęcie człowieka, któremu Tony rzekomo wsadził głowę w imadło. Co pewien czas spoglądam na nie, aby ponownie uzmysłowić sobie, jak bardzo był niebezpieczny. Głowa tego nieszczęśnika została zwężona do szerokości pięciu cali. Potem Tony oblał mu twarz płynem z zapalniczki i podpalił. Gałki oczne wyszły ofierze na wierzch.
We wrześniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego zgarnęliśmy Spilotra pod zarzutem udziału w mordzie dokonanym w Chicago w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku. Przebywał w areszcie – rzecz normalna w przypadku sprawy o morderstwo – oczekując na ekstradycję do Chicago. Przypuszczam, że nie chciał spędzić nocy w pudle, bo prawie natychmiast po aresztowaniu pojawił się w sądzie Rosenthal na przesłuchaniu w sprawie zwolnienia Spilotra za kaucją. Mańkut nie postąpił najmądrzej, ale chyba po prostu nie miał wyboru”.