Gdy zniknął za drzwiami, Grandy pyta:
– Hej! Kim jest ten facet? Za kogo on się, kurwa, uważa?
– Ten facet tu nie pracuje. I nieważne, kim jest – odpowiadam.
Ale Grandy czuje, że coś nie gra. Schodzi do kasyna, spostrzega Bobby'ego Stellę i ciągnie go do baru, by poszukać Tony'ego.
– Bobby, kim jest ten wpieprzający facet? – pyta. – Co on sobie, kurwa, wyobraża? – Zaczyna wpadać w złość.
Bobby zauważył, że John pokazuje na Tony'ego i starał się go uspokoić.
– Powoli. Nie gorączkuj się.
– Co to znaczy «powoli»?
– Ten facet to Tony Spilotro.
Grandy stał jak słup i powtarzał:
– O kurwa! O kurwa!
Najwyraźniej znał Tony'ego z nazwiska. Podszedł do niego i przeprosił go parę razy.
– Strasznie mi przykro. Naprawdę nie chciałem cię obrazić. Śpieszyliśmy się, a ja nie wiedziałem, kim jesteś. Przyjmiesz moje przeprosiny?
Tony mruknął, że przyjmie i odwrócił się. Grandy błyskawicznie zniknął z baru”.
Frank Cullotta wyszedł z więzienia po odsiedzeniu pięciu lat za napad na ciężarówkę. Spilotro poleciał do Chicago na przyjęcie z tej okazji.
„Na moim urodzinowym torcie widniał napis: «Nareszcie wolny» – wspomina Cullotta. – Przyszli wszyscy znajomi i każdy dał mi kopertę. W końcu wieczoru miałem około dwudziestu tysięcy dolarów, ale najbardziej ucieszyło mnie, że tylu ludzi było ze mną i lubiło mnie. Byłem na zwolnieniu warunkowym, więc nie mogłem od razu wyjechać z Chicago, ale Tony powiedział, że gdy tylko dostanę zgodę kuratora, mam przyjechać do Newady.
Gdy tam dotarłem, Tony rządził już miastem. Wszyscy byli na jego liście płac. Miał w kieszeni paru gości w biurze szeryfa. W sądzie zaś ludzi, którzy mogli zdobyć dla niego protokoły posiedzeń ławy przysięgłych, a w firmie telefonicznej takich, co donosili nam o podsłuchach.
Tony obstawił całe miasto. Stale pisali o nim w gazetach. Przyjeżdżały do niego rolls – royce'ami babki, które chciały pokazać się z nim na mieście. Każdy pragnął pobyć w towarzystwie gangstera. Gwiazdy filmowe. Wszyscy. Nie wiem, co w tym, kurwa, atrakcyjnego, ale tak właśnie było. Chyba chodzi o poczucie siły, no wiesz. Ludzie rozumują tak: no cóż, ci faceci to przecież płatni mordercy i jeżeli będę musiał coś załatwić, zrobią to za mnie.
Tony wiedział, że potrafię kraść, i twierdził, że możemy zgarniać sporo szmalu. Zawsze potrzebował forsy. Szybko wyzbywał się gotówki. Lubił grać w totka. Nigdy nie siedział w domu. Był w porządku. Zawsze sam płacił. Obojętne, czy siedziało z nami dziesięć, czy piętnaście osób, zawsze to on brał ze stołu rachunek.
Powiedział mi tak:
– Posłuchaj, zorganizuj sobie grupę ludzi. Cokolwiek musisz z nimi, kurwa, zrobić, masz moje błogosławieństwo. Odpal mi tylko moją dolę. Masz tutaj carte blanche.
Posłałem po Wayne'a Matekiego, Larry'ego Neumana, Erniego Davina, prawdziwych desperado, i zaczęliśmy wszystkich przyciskać: bukmacherów, lichwiarzy, sprzedawców prochów, alfonsów. Kurza twarz, aleśmy im grozili i ubliżali. Dawaliśmy im wycisk. Strzelaliśmy do ich pieprzonych psów obronnych. Czym się mieliśmy przejmować? Przecież posiadałem błogosławieństwo Tony'ego. Prawdę powiedziawszy, w połowie przypadków to właśnie Tony nadawał nam skok.
A potem okradzeni i wystraszeni przybiegali do Tony'ego po ochronę. Nie mieli pojęcia, że to Tony nasłał nas na nich.
Sporo zarabialiśmy na domach. Kradliśmy wyłącznie gotówkę i biżuterię. Mówię o trzydziestu, czterdziestu, pięćdziesięciu tysiącach dolarów w dwudziestkach i setkach upchanych w szufladach. Raz przy łóżku właściciela znalazłem piętnaście tysiącdolarowych banknotów. No i jak miałem się ich pozbyć, do kurwy nędzy? Trudno puścić w obieg tysiącdolarowe banknoty. Jeżeli próbujesz je rozmienić w banku, żądają podania nazwiska. Więc wymieniłem je w hotelu Stardust. Wręczyłem forsę Lou Salerno, a on wsadził ją do szuflady i oddał mi piętnaście kawałków w setkach.
Myślisz, że skąd wziąłem pieniądze na moją restaurację Upper Crust? * Zdobyłem ją w ciągu dwóch dni. Obrobiliśmy z Erniem domy dwóch maître d'hôtel. Zgarnęliśmy ponad sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Maître d'hôtel biorą po dwadzieścia dolców od ludzi szukających w knajpach dobrego stolika. No cóż, po prostu odebraliśmy im te dwudziestodolarówki. Jeden z tych gości miał również zegarek Patka wart trzydzieści tysięcy. Opchnęliśmy go Bobby'emu Stelli za trzy kawałki, a Bobby dał go komuś w prezencie.
Informacje otrzymywaliśmy od pracowników kasyn, nadzorców chłopców hotelowych, rejestratorów, urzędników bankowych, pracowników biur podróży. Ale najlepszym źródłem informacji byli pośrednicy ubezpieczeniowi, sprzedający polisy na ubezpieczenie rzeczy, które potem rabowaliśmy. Mówili nam o wszystkim. O tym, jakiego rodzaju biżuteria jest w posiadaniu ich klientów i na jaką sumę się ubezpieczyli. O tym, gdzie znajdują się najcenniejsze przedmioty i o rodzajach zabezpieczeń przeciwwłamaniowych. Wszystkie te informacje należało umieścić w polisie w momencie zawierania umowy.
Jeżeli drzwi, okna i zabezpieczenie były trudne do sforsowania, dostawaliśmy się do środka przez mur. To ja wpadłem na ten pomysł. Jest bardzo prosty. Prawie wszystkie domy w Vegas mają gipsowe elewacje. Wystarczy pięciofuntowy młot kowalski, by zrobić w takiej ścianie dziurę pozwalającą dostać się do środka. Nożycami do metalu przecinasz drucianą siatkę służącą jako podkład pod tynk. Potem walisz jeszcze parę razy, dopóki nie przebijesz wewnętrznej warstwy suchego tynku, i jesteś w środku.
Można było to robić tylko w Las Vegas, ponieważ miejscowe domy mają nie tylko gipsowe elewacje, lecz otoczone są również wysokimi murami, chroniącymi przed ciekawskimi. Ludzie mają przed domami baseny i inne bajery i lubią żyć w odosobnieniu. Nie znają swych sąsiadów. Takie jest Vegas. Gdy ludzie słyszą hałas w sąsiednim domu, ignorują go. Zrobiliśmy tyle tego rodzaju włamań, że dziennikarze zaczęli nas nazywać gangiem «Dziura w Murze». Gliny nigdy nie wpadły na nasz trop.
– Podłe świnie – z dumą powiedział o nas Tony. – Patrzcie, co udało mi się stworzyć.
Opanowaliśmy włamania do perfekcji. Załatwialiśmy sprawę w ciągu trzech, góra pięciu minut. Ilekroć robiliśmy skok, zostawialiśmy przed domem swojego człowieka w samochodzie dostawczym z anteną radarową, wyłapującą policyjne komunikaty. W środku był nawet deszyfrator, tak więc rozumieliśmy również meldunki FBI. Deszyfratorów i danych o policyjnych częstotliwościach dostarczył nam Tony.
Ale bez względu na to, jak dobrze nam szło, pieniędzy nigdy nie było za wiele. Forsa z włamań szybko się rozchodzi. Musieliśmy ją dzielić na cztery części: dla mnie i dwóch moich ludzi oraz dla Tony'ego, który zawsze dostawał swą dolę. Z łupu wartości czterdziestu tysięcy dolarów Tony otrzymywał dziesięć kawałków. Nie ruszając się z domu. Za każdym razem dostawał taką samą część.
Czasem, gdy potrzebowaliśmy gotówki, a w interesie panował słaby ruch, dokonywaliśmy zwykłych kradzieży. W ten sposób załatwiliśmy Rose Bowl. Właścicielem biura był wtedy człowiek, do którego należał Chateau Vegas. Tony przekazał mi wszystkie potrzebne informacje, a potem mówi:
– Będzie wam potrzebna nowa twarz.
Sprowadziłem więc z Chicago chłopaka, którego nikt nie znał. Nie mogłem posłużyć się kimś znanym głównie dlatego, że nie powinniśmy dokonywać takich kradzieży. Gdyby szefowie odkryli, że Tony urządza w środku miasta napady z bronią w ręku, długo by tu nie pomieszkał. Ale w Chicago nikt nie wiedział o tym, że dokonujemy włamań i napadów. Było to naszą słodką tajemnicą.