FRANK ROSENTHAL: – Jestem przygotowany na wszystkie twoje pytania.
PAM PEYTON: – Okay, oto kolejne, bez ogródek.
FRANK ROSENTHAL: – Słucham.
PAM PEYTON: – Brzmi ono następująco: „Szanowny Panie! Mam wrażenie, że Pan i urzędnicy zakopaliście topór wojenny i jesteście bardziej pasywni. Czy prawidłowo oceniam sytuację? J.M. z Las Vegas w stanie Newada”.
FRANK ROSENTHAL: – Nie zakopuje się topora wojennego z urzędnikami. Czyniąc to, dałbym się wciągnąć w zasadzkę. Trzeba natomiast stawić im czoło i mieć świadomość ich rzeczywistych zamiarów. To ludzie skłonni przepędzić mnie stąd do Chicago. Ale bardzo wątpię, czy im się to uda.
PAM PEYTON: – Do Chicago i Timbuktu?
FRANK ROSENTHAL: – Będziemy zmagać się z nimi wszędzie, a gdy oni zakopią topór, zrobię to samo. Ale na razie nie zanosi się na to.
PAM PEYTON: – Dali panu popalić, to pewne.
FRANK ROSENTHAL: – Owszem, są twardzi. Ale co z tego? Jesteśmy przecież nadal tutaj. Jesteśmy.
PAM PEYTON: – Życie toczy się dalej, prawda?
FRANK ROSENTHAL: – Jesteśmy tutaj.
PAM PEYTON: – Mam teraz naprawdę ciekawe pytanie. Bardzo mi się podoba… „Drogi Panie. Pewnie pomyśli Pan, że to idiotyczne pytanie. – Mogłabym dodać, że to również długie pytanie. – Ale ciekawi mnie, czy człowiek, który przeprowadził się do Las Vegas niespełna trzy miesiące temu, może znaleźć miłą i atrakcyjną dziewczynę, chodząc do Jubilation? Wygląda pan na człowieka bywałego, szczególnie w Jubilation. A parę spotkanych przeze mnie osób twierdzi, że zna pan wszystkie atrakcyjne dziewczyny w mieście. Może udzieliłby pan samotnemu nowicjuszowi paru rad albo w liście, albo w trakcie naboru do programu? Byłbym bardzo wdzięczny. Z pewnością szczególnie wdzięczni byliby inni moi przyjaciele, którzy jadą na tym samym wózku. Tak naprawdę nie jestem wybredny, dobrze wyglądam i mam nadzieję zamieszkać w Las Vegas na stałe. Lecz obok kobiet w tym mieście, przynajmniej mnie, trudno przejść obojętnie”. Autorem listu jest R.L. z Las Vegas.
FRANK ROSENTHAL: – To przypomina autobiografię… No cóż, mówiąc poważnie…
PAM PEYTON: – Chce pan, żebym powtórzyła?
FRANK ROSENTHAL: – Nie… Rzeczywiście znam wiele bardzo uroczych tancerek w Vegas. Miałem przyjemność pracować jako dyrektor do spraw rozrywki w hotelu Stardust. No i w związku z tym człowiek ma okazję spotykać wiele pięknych młodych dam, takich jak ty. Ale pamiętaj, że jestem żonaty, a człowiek, który napisał ten list… Cóż mógłbym mu powiedzieć? Jeżeli chce przyjść do Jubilation i rozejrzeć się, dziś wieczorem wszystkie są tutaj.
PAM PEYTON: – Jest tutaj mnóstwo miłych dziewczyn. Ten facet oszalał. Nie może bać się rozmowy z którąkolwiek z nich…
FRANK ROSENTHAL: – Zapewniam, że jeżeli czuje się samotny, nie będzie samotny w Jubilation.
PAM PEYTON: – To prawda. Oto kolejny list. „Szanowny Panie! Czy odejście dawnych członków Komisji ds. Gier Hazardowych, Claire Haycock i Waltera Coxa… wywarło jakiś wpływ na sprawę pana licencji i strategię prawną?” Podpisano B.J.
FRANK ROSENTHAL: – Nie, nie sądzę. Myślę, że Komisja ds. Gier Hazardowych jest do mnie uprzedzona…
PAM PEYTON: – Coś w rodzaju As the World Turns *.
FRANK ROSENTHAL: – Owszem. Zanim zadasz następne pytanie, zrobimy krótką przerwę na reklamy. Tuż po nich wystąpi wspaniały duet baletowy Sharon Tagano i David Wright.
„The Frank Rosenthal Show” rozpoczął się w kwietniu 1977 roku i pojawiał, z przerwami, w soboty o jedenastej wieczorem przez dwa lata. W pewnym momencie zajmujący się lokalną telewizją felietonista, Jim Seagrave z „Valley Times”, pisząc o nieregularności, z jaką program trafiał na antenę, opatrzył go tytułem Where's Frank? ** Jednak po pierwszej jego emisji z entuzjazmem pisał: Frank Rosenthal ma w sobie coś, co skłania jego rozmówców do szczerości. Może to zimne jak stal, zmrużone oczy, hipnotyzerskie i przenikliwe? A może to ten powolny, wyważony sposób mówienia, przywodzący na myśl sędziego wydającego wyrok. Najprawdopodobniej jednak chodzi o całą postawę, z której bije belferska surowość i brak zrozumienia dla ludzkiej frywolności.
Pierwszymi gośćmi Rosenthala byli Allen Glick i bracia Doumani, mający udziały w czterech hotelach w Las Vegas. Fred Doumani oznajmił, że Newada staje się państwem policyjnym; opinię tę posłusznie zacytowały poniedziałkowe gazety. Program z reguły zawierał wzmianki o hotelach Argent Corporation, nocnych klubach i wykonawcach występujących w Lido Show, wywiady z Joeyem Bostonem i Martym Kane'em, specjalistami od przewidywania wyników meczów (handicappers), informacje o zbliżającej się kolejce rozgrywek ligowych, wizyty znakomitości jutra, takich jak Jill St. John i O.J. Simpson, oraz sporadyczne występy prawdziwych supergwiazd, takich jak Frank Sinatra. Rosenthal przedstawiał wszystkich w żargonie, którym zasłynął równie niesamowity gospodarz innego telewizyjnego spektaklu, Ed Sullivan: kobiety zawsze były „urocze”, zespoły „doskonałe”, tancerki nie tylko „doskonałe”, ale i „świetnie wyszkolone” i „bardzo gibkie, bardzo ładne i bardzo długonogie”, wykonawcy w Starduście „wielce utalentowani”. Program był amatorski i służył interesom gospodarza i Argent Corporation, ale przyciągał widzów jak magnes i niebawem miał najwyższe wskaźniki oglądalności spośród wszystkich programów lokalnych.
FRANK ROSENTHAL: – Pozwól, że zapytam cię o coś.
MINNESOTA FATS *: – Słucham.
FRANK ROSENTHAL: – Czy to Minnesota, czy Fats?
MINNESOTA FATS: – Urodziłem się i wychowałem w Nowym Jorku, a mieszkam w Illinois, ale reżyser „The Hustler”, Robert Rossen, chciał Minnesotę Fatsa. Twierdzi, że to znakomite nazwisko. I je właśnie chciał zobaczyć na afiszach. W Illinois, gdzie mieszkam, napisali o mnie obszerny artykuł. Ożeniłem się z Miss Ameryki z Illinois. Znali mnie tam od czterdziestu paru lat. No i stan Illinois napisał duży artykuł o swojej największej znakomitości. I o to w tym wszystkim chodziło.
FRANK ROSENTHAL: – Gdybyś musiał zrobić to jeszcze raz, jak byś to zrobił?
MINNESOTA FATS: – Gdybym musiał to zrobić jeszcze raz, na pewno zrobiłbym to w ten sam sposób. Snułem się po salach bilardowych i barach od drugiego roku życia. Nie miałem w życiu złego dnia.
(Śmiech. Oklaski.)
MINNESOTA FATS: – Bywałem w towarzystwie najwspanialszych stworzeń, jakie znał świat. Jeździłem limuzynami, gdy milionerzy skakali z okien. W 1930 roku można było ich łapać siatką, jak motyle. Siatką, na Broadwayu…
FRANK ROSENTHAL: – W twoim niezwykłym życiu najbardziej imponuje mi to, że sława bilardzisty przysporzyła ci wspaniałych miłosnych przeżyć.
MINNESOTA FATS: – Chodzi ci o romanse? Miałem najpiękniejsze kobiety na Ziemi. Jedną z moich sympatii była Jane Russel.
FRANK ROSENTHAL: – Mówisz poważnie?
MINNESOTA FATS: – Na długo przedtem, zanim poznała Howarda Hughesa.
FRANK ROSENTHAL: – Naprawdę?
MINNESOTA FATS: – Mae West wciąż wysyła mi świąteczne pozdrowienia. A Hope Hampton była moją przyjaciółką. Moją dziewczyną. W 1890 roku uprawiała taniec brzucha. No i Fatima. Fatima tańczyła dla mnie w pałacu sułtańskim w Stambule, a potem w Kairze, w hotelu Shepheard. W sumie miałem bardzo udane życie. Zjeździłem cały świat. W zeszłym roku dwa razy byłem na biegunie północnym… Na zlecenie „Sports Illustrated”. Zabawiałem grupę wybitnych naukowców. Osiemdziesiąt trzy stopnie * poniżej zera. Występowałem w letnim garniturze. A te skurczysyny miały na sobie niedźwiedzie futra… Jeden gość przewiózł mnie trzydzieści mil saniami z psim zaprzęgiem. Nie mogłem podnieść kurtki, którą nosił. A ja byłem tylko w jedwabnym garniturze. Nigdy w życiu nie zmarzłem.