Выбрать главу

Biskup był wściekły, ponieważ Lee odpowiedział uprzejmie, lecz zdecydowanie.

Uśmiechnąwszy się od ucha do ucha, Ruby mrugnęła do syna i wymamrotała pod nosem.

– Wpieprzyłeś go, Lee!

Dobry Boże – pomyślała Elizabeth, czytając słowa Ruby z ruchu jej warg – pozwól mi przez to przebrnąć! Posadzenie przy jednym stole dwojga Costevanow i przedstawicieli Kościoła anglikańskiego to pewny przepis na całkowitą klapę.

Na szczęście Chang był w doskonałej formie i przyrządził wspaniały posiłek: francuską terynę z konserwowanymi truflami, idealnie upieczone filety z makreli, obowiązkowy sorbet, pieczoną wołowinę ze zwierzęcia karmionego kukurydzą, lody z ogromną liczbą owoców.

– Cudowne! Wspaniałe! – zawołał biskup, kosztując deser. – Jak pani to robi, pani Kinross, że nie rozmarzają?

– Mamy chłodnię, ekscelencjo. Gdy pan Samuel Mort zbudował w Lithgow fabrykę chłodni, mój maż szybko dostrzegł zalety tego wynalazku. Kiedyś stosowałam go, żeby przedłużyć świeżość ryb, teraz nie ma już takiej potrzeby. Możemy je przywozić z Sydney, nie obawiając się zatrucia.

– Przecież tu na miejscu też są ryby – powiedział Lee, jedząc z apetytem, ale bez pośpiechu, w trudny dla siedemnastolatka sposób.

– Nie – zapewniła go Ruby.

– Ależ są. Widziałem je dzisiaj podczas wyprawy do buszu w pięknej sadzawce, kilka kilometrów w górę rzeki. – Uśmiechnął się rozbrajająco do Elizabeth. Dlaczego nie stajała? – Musi pani znać tę sadzawkę, pani Kinross. Dotarłem tam ścieżką, którą zapewne sama pani wyrąbała.

Widzę, że w towarzystwie nie jestem Elizabeth. Jakie to sprytne z jego strony.

– Owszem, znam tę sadzawkę, Lee, ale nawet gdybym bardzo tęskniła za rybami, co dawniej często mi się zdarzało, nie pozwoliłabym ich stamtąd wyławiać. Są takie swobodne, takie nieskrępowane. Takie radosne. Czy dzisiaj skakały nad wodą?

Zarumienił się, wyglądał na skruszonego.

– Hm… nie, chyba nie. Przestraszyłem je, udając, że sam jestem rybą.

Znalazłem lukę w jej zbroi – pomyślał. Elizabeth zazdrości rybom – nie czuje się ani wolna, ani nieskrępowana, ani radosna. Dom i życie, jakie pędzi, są dla niej więzieniem, z którego nie może uciec. Biedna Elizabeth! Ciekawe, ile ma lat. Trudno odgadnąć wiek kobiety, gdy ma na sobie cały ten majdan, który musi nosić. Mama zbliża się do czterdziestki, ale Elizabeth jest młodsza. Może ma trzydzieści dwa, trzydzieści trzy lata? „Idzie w piękności; jak noc, która kroczy w cichym gwiazd gronie przez bezchmurne kraje” *. Skąd Byron mógł wiedzieć, jak wygląda noc w Australii? Elizabeth jest niezwykła, głównie z powodu swojej nieprzystępności. Ludzie tacy jak ja w ogóle dla niej nie istnieją. Ciekawe, czy istnieje Alexander.

Kiedy mężczyźni wrócili do salonu po wypaleniu cygar i wypiciu porto, Lee zobaczył, że Elizabeth siedzi na maleńkiej sofie z przyciągniętym do siebie krzesłem. Ruby rzuciła mu pełne wdzięczności spojrzenie, ponieważ mogła już usiąść przy fortepianie i odpracować kolację.

– Wiesz – szepnął Lee do Elizabeth – moja mama naprawdę wspaniale gra na fortepianie i jestem pewien, że została zaakceptowana przez mieszkańców tego miasta w takiej samej mierze dzięki swojemu talentowi, jak i pieniądzom. Podsłuchałem gości, którzy wysiadając z kolejki, mieli ogromną nadzieję, że zagra i zaśpiewa.

– Doskonale wiem, że jest bardzo utalentowana – powiedziała Elizabeth pruderyjnie.

– Zakłóciłem dzisiaj spokój twojego ulubionego miejsca – wyznał – i bardzo mi przykro z tego powodu. Nie wrócę tam więcej, obiecuję. Twoje ryby będą mogły spokojnie skakać.

– Nie musisz z niego rezygnować – oznajmiła. – Nie mogę jeździć tam codziennie, bywam tylko we środy i soboty. W niedzielę chodzę do kościoła w Kinross, we czwartki spędzam kilka godzin z twoją matką w hotelu. Jeśli chcesz, odwiedzaj sadzawkę wtedy, kiedy ja nie mogę – w poniedziałki, wtorki, czwartki i piątki. Podejrzewam, że nie chodzisz do kościoła, więc możesz robić sobie wycieczki również w niedziele.

– To miło z twojej strony, ale mogę jeździć gdzie indziej.

– Dlaczego? Może rybom dobrze zrobi, gdy ktoś od czasu do czasu zakłóci im spokój.

Tobie też dobrze by zrobiło, gdyby ktoś zakłócił twój spokój – pomyślał. Jesteś taka opanowana, uprzejma, obojętna. Bardzo lubisz tę sadzawkę, Elizabeth Kinross, ale nie możesz albo nie chcesz mi tego okazać.

– Chciałbym poznać twoje córeczki – wyznał.

– Poznasz je, jeżeli jutro zdecydujesz się na lunch w hotelu. W niedziele razem z nimi jadam lunch u twojej mamy.

– Jesteś bardzo cichy – powiedziała Ruby do syna.

Spacerowali po ogrodach Kinross House, czekając na powrót kolejki. Obszerne, niezgrabne suknie kobiet zajmowały więcej miejsca niż górnicy czy mężczyźni w strojach wieczorowych, więc kolejka zjechała bez nich dwojga.

– Myślałem o Elizabeth.

– Naprawdę? A konkretnie co?

– Po pierwsze, zastanawiałem się, ile ona ma lat. Wiesz, że Alexander w ogóle o niej nie mówi.

– Elizabeth we wrześniu skończy dwadzieścia cztery lata.

– Chyba żartujesz! – zawołał, zaskoczony. – Przecież jest mężatką od siedmiu lat.

– Owszem. Alexander ożenił się z nią, gdy miała szesnaście lat. Sprowadził ją ze Szkocji, chociaż wcześniej nigdy nie widział jej na oczy. Nie mówił o niej, ponieważ ich związek nie należy do szczęśliwych. W innym przypadku po co miałby nadal się ze mną widywać? Z pewnością w Europie też nie brak mu pocieszycielek.

– Mylisz się, mamo. Żyje w celibacie jak mnich. – Lee się uśmiechnął. – Co nie przeszkodziło mu w opłaceniu najpiękniejszego rajskiego ptaka, żeby wprowadził mnie w arkana seksu.

– Och, to miło z jego strony – powiedziała szczerze. – Martwiłam się o to: o rzeżączkę, syfilis, nieodpowiednie dziewczyny, łowczynie posagów. Muszą kręcić się wokół takiej szkoły jak Proctor's i czekać, kiedy uda im się złapać w sidła niedoświadczonych chłopców, którzy mają mnóstwo pieniędzy.

– Tak samo myślał Alexander. „Dyskryminuj, ale tylko tam, gdzie jest to słuszne” – powiedział. „Miłość może tobą rządzić, ale seks nie powinien”.

– Mądre słowa. Masz w tej chwili jakiegoś rajskiego ptaka?

– Och, wciąż tego samego. Lubię leżeć w damskich ramionach, ale nie jestem rozwiązły. Po prostu korzystam z jej usług raz na jakiś czas. Trzymam ją w ładnym mieszkanku wynajętym wystarczająco daleko od Proctor's, by nie naruszać dobrych obyczajów, a kiedy zacznę studiować w Cambridge, poszukam jej tam większego mieszkania. Będę mógł spotykać się u niej z przyjaciółmi – powiedział Lee, wyraźnie zadowolony.

– Prawdopodobnie podczas twojej nieobecności będzie cię zdradzać.

– Nie, nie będzie. Wie, jak mi się przypodobać, mamo. Zwłaszcza że dostaje za to brylanty.

– Co jeszcze pomyślałeś o Elizabeth?

– Niewiele więcej – burknął wymijająco.

Skłamał i dobrze wiedział, że matka o tym wie, mimo to z jakichś niezrozumiałych dla siebie powodów nie chciał dzielić się z Ruby swoimi dalszymi przemyśleniami na ten temat. Zaledwie dwadzieścia trzy lata! Prosto ze szkoły do małżeńskiego łoża. To wyjaśniało wiele jego wątpliwości, zwłaszcza że znał sporo szesnastoletnich dziewcząt. Niektóre z nich były siostrami i kuzynkami jego kolegów, ale narodowość nie miała znaczenia – dziewczęta zawsze będą dziewczętami, a te konkretne dziewczęta przeważnie nie znały ograniczeń, które bieda i ścisłe nakazy religijne nakładają na zwykłych ludzi w ich krajach. Dlatego często chichoczą, są niezmordowane, jeśli chodzi o plotki, mdleją na widok młodego mężczyzny, który im się podoba, i marzą o romantycznym małżeństwie, nie zważając na fakt, że może to być związek zaaranżowany przez rodziców. Dopóki nie znają przyszłego pana młodego, zawsze mogą mieć nadzieję, że będzie przystojnym, młodym synem któregoś ze szlachetnie urodzonych, a nie starym przyjacielem ich ojca. Rzeczywiście mają na to spore szanse. Żeni się więcej przystojnych synów niż starych przyjaciół. Oprócz tych dziewcząt Lee znał uczennice pobliskiej szkoły Miss Rockleigh's Academy for Young Ladies. Proctor's miało umowę z Miss Rockleighs, dzięki której uczniowie obu szkół wspólnie organizowali bardzo stateczne wieczorki taneczne i bal z okazji pierwszego maja. Takie zajęcia określano mianem „przygotowywania uczniów do debiutu”.

вернуться

* G. G. Byron, Poezje wybrane, tłum. Stanisław Egbert Koźmian, Warszawa 1972, s. 41.