Emily wsunęła swoją kartę w elektroniczny czytnik i ramię w ramię przeszłyśmy w milczeniu przez kręte korytarze do centralnej części piętra, gdzie mieściło się zaprojektowane w amfiladzie biuro Mirandy. Przyglądałam się, gdy otwierała przeszklone drzwi do biura i rzuciła torbę oraz płaszcz na jedno z biurek, które stały tuż przed przepastnym gabinetem szefowej.
– To oczywiście twoje biurko. – Wskazała na gładki blat z drewnianego laminatu w kształcie litery L, który umieszczono dokładnie naprzeciw. Stał na nim nowiutki turkusowy komputer, telefon i kilka segregatorów, a w szufladach były już długopisy, spinacze i jakieś notatniki. – Zostawiłam dla ciebie większość moich rzeczy. Będzie łatwiej, jeżeli po prostu zamówię nowe dla siebie.
Emily awansowała na stanowisko starszej asystentki, zwalniając dla mnie pozycję młodszej. Allison opuściła już teren biura Mirandy na rzecz nowego posterunku w dziale urody, gdzie miała być odpowiedzialna za testowanie nowych podkładów, kremów nawilżających oraz środków do włosów i ich opisywanie. Nie bardzo rozumiałam, w jaki sposób praca na stanowisku asystentki Mirandy przygotowała ją do tego zadania, ale i tak byłam pod wrażeniem. Obietnice były prawdziwe: ludzie, którzy pracowali dla Mirandy, dostawali posady.
Reszta personelu zaczęła napływać około dziesiątej, w sumie jakieś pięćdziesiąt osób, do redakcji. Największy był oczywiście dział mody, z blisko trzydziestoma osobami, wliczając w to wszystkich asystentów od dodatków. Styliści z działu urody i pracownicy działu artystycznego dopełniali tę ludzką mieszaninę. Niemal każdy zatrzymywał się w biurze Mirandy, żeby uciąć sobie pogawędkę z Emily, wysłuchać ostatnich plotek na temat szefowej i obejrzeć nową dziewczynę. Tego pierwszego poranka poznałam dziesiątki ludzi, z których każdy olśniewał gigantycznym uśmiechem pełnym białych zębów i sprawiał wrażenie szczerze zainteresowanego poznaniem mnie.
Wszyscy mężczyźni byli ostentacyjnie gejowscy, ustrojeni w obcisłe jak druga skóra skórzane spodnie i prążkowane podkoszulki, które opinały pękate bicepsy oraz idealne torsy. Dyrektor artystyczny, starszy mężczyzna prezentujący rzednące włosy w kolorze blond, który wyglądał, jakby poświęcił życie na rywalizację z Eltonem Johnem, pojawił się w mokasynach z króliczego futra i z eyelinerem na powiekach. Nikt nawet nie mrugnął okiem. W campusie mieszkały gejowskie grupy, a ja miałam kilku przyjaciół, którzy ujawnili się jako geje, ale nikt z nich tak nie wyglądał. Zupełnie jakbym znalazła się w towarzystwie całej obsady i ekipy z Rent * – z lepszymi kostiumami, oczywiście.
Kobiety, czy raczej dziewczyny, oglądane pojedynczo były piękne. W grupie powalające. Większość sprawiała wrażenie dwudziestopięciolatek, kilka wyglądało na dzień po trzydziestce. Chociaż niemal wszystkie z nich nosiły na serdecznych palcach pierścionki z gigantycznymi, lśniącymi brylantami, wydawało się niemożliwe, żeby którakolwiek rzeczywiście już rodziła – czy kiedykolwiek miała urodzić. Tam i z powrotem, tam i z powrotem z gracją poruszały się na dziesięciocentymetrowych cienkich obcasach, paradując przed moim biurkiem, żeby wyciągnąć mlecznobiałe ręce o długich, wymanikiurowanych palcach, przedstawiając się jako „Jocelyn, która pracuje z Hope”, „Nicole z mody” i „Stef, która nadzoruje dodatki”. Tylko jedna, Shayna, miała mniej niż sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, ale była tak drobna, że wydawało się niemożliwe, by poradziła sobie z kolejnymi centymetrami wzrostu. Wszystkie ważyły poniżej pięćdziesięciu pięciu kilogramów.
Gdy tak siedziałam na obrotowym krześle, starając się zapamiętać wszystkie imiona, wpadła najładniejsza dziewczyna, jaką do tej pory widziałam w biurze. Miała na sobie kaszmirowy sweter w różowym kolorze, który wyglądał jak utkany z różowych chmur. Oszałamiające białe włosy w lokach spływały jej po plecach. Przy wzroście ponad metr osiemdziesiąt jej sylwetka wydawała się mieć tylko tyle ciała, żeby utrzymać się w pozycji wyprostowanej, ale poruszała się z zaskakującym wdziękiem tancerki. Policzki jej płonęły, a nieskazitelny, sześciokaratowy brylantowy pierścionek zaręczynowy emanował niesamowitym blaskiem. Myślałam, że przyłapała mnie na tym, że się na niego gapię, kiedy gwałtownie podsunęła mi rękę przed nos.
– Ja to stworzyłam – oznajmiła, uśmiechając się do własnej dłoni i spoglądając na mnie. Obejrzałam się na Emily, szukając wyjaśnienia, ale znów rozmawiała przez telefon. Myślałam, że dziewczyna nawiązuje do pierścionka, chcąc powiedzieć, że faktycznie go zaprojektowała, ale potem stwierdziła: – Czy to nie cudowny kolor? Jedna warstwa „Marshmallow” i jedna „Ballet Slipper”. Właściwie najpierw położyłam „Ballet Slipper”, a potem drugą warstwę dla wykończenia. Idealne – jasny kolor bez tego wrażenia, że pomalowałaś paznokcie na biało. Chyba będę to stosować przy każdym manikiurze! – Zrobiła zwrot do wyjścia. Ach, tak, mnie też miło cię poznać, zwróciłam się w duchu do jej pleców, gdy wyszła z wysoko uniesioną głową.
Było mi przyjemnie poznać współpracowników; wszyscy wydawali się mili, uroczy i, oprócz tej pięknej dziwaczki, fetyszystki lakieru do paznokci, sprawiali wrażenie zainteresowanych zawarciem ze mną znajomości. Jak na razie Emily nie opuściła stanowiska przy moim boku, korzystając z każdej okazji, żeby mnie czegoś nauczyć. Na bieżąco komentowała, kto jest naprawdę ważny, kogo nie wkurzać, z kim opłaca się zaprzyjaźnić, bo urządza najlepsze imprezy. Kiedy opisałam Dziewczynę od Manikiuru, twarz Emily pojaśniała.
– Och! – westchnęła z większym entuzjazmem niż przy wszystkich innych do tej pory. – Jest niesamowita, prawda?
– Hm, taak, wydawała się miła. Właściwie nie miałyśmy okazji porozmawiać, ona tylko, no wiesz, pokazywała mi swój lakier do paznokci.
Emily uśmiechnęła się szeroko, z dumą.
– Tak, cóż, wiesz, kim jest, prawda?
Przekopałam mózg, próbując sobie przypomnieć, czy wyglądała jak któraś z gwiazd filmowych, piosenkarek czy modelek, ale nie mogłam jej zaklasyfikować. Więc była sławna! Może dlatego się nie przedstawiła, powinnam była ją rozpoznać. Ale nie rozpoznałam.
– Nie, właściwie to nie wiem. Czy jest sławna?
Spojrzenie, które otrzymałam w odpowiedzi, zawierało po części niedowierzanie, po części niesmak.
– Hm, taak – powiedziała Emily, podkreślając „taak” i mrużąc oczy, jakby chciała stwierdzić: Ty kompletna popieprzona idiotko. – To Jessica Duchamps. – Czekała. I ja czekałam. Nic. – Wiesz, kto to taki, prawda? – Znów przebiegłam w głowie listę, starając się dopasować cokolwiek do tej nowej informacji, ale byłam raczej pewna, że nigdy, przenigdy o niej nie słyszałam. Poza tym, zabawa zaczęła robić się nudna.
– Emily, nigdy wcześniej jej nie widziałam, a nazwisko nie brzmi znajomo. Czy mogłabyś mi powiedzieć kto to taki? – zapytałam, z wysiłkiem zachowując spokój. Ironia polegała na tym, że w ogóle nie obchodziło mnie, kim była, ale Emily wyraźnie nie zamierzała mi odpuścić, dopóki nie sprawi, że wyjdę na kompletną i stuprocentową idiotkę.
Tym razem jej uśmiech był protekcjonalny.
– Oczywiście. Wystarczyło zapytać. Jessica Duchamps to, cóż, Duchamps! No wiesz, jak w najbardziej znanej francuskiej restauracji w mieście! Jej rodzice są właścicielami, niesamowite, prawda? Są tacy niewiarygodnie bogaci.
– Och, naprawdę? – stwierdziłam, udając entuzjazm dla faktu, że ta superładna dziewczyna była warta poznania, ponieważ miała rodziców restauratorów. – Wspaniale.
Odebrałam kilka telefonów z nieodzownym „biuro Mirandy Priestly”, chociaż obie z Emily obawiałyśmy się, że mogłaby zadzwonić sama Miranda, a ja nie wiedziałabym, co robić. Panika zapanowała, gdy niezidentyfikowana kobieta warknęła coś bezsensownego z silnym brytyjski akcentem, więc rzuciłam telefon Emily, nie troszcząc się o to, żeby najpierw przełączyć na oczekiwanie.