– Hej – powiedział jeden z najwspanialszych facetów, jakich w życiu widziałam. Odczekałam, żeby się zorientował, że podszedł do niewłaściwej osoby, bo pewnie wyglądałam z tyłu tak samo jak jego dziewczyna, ale on tylko obdarzył mnie szerszym uśmiechem. – Nie jesteś specjalnie rozmowna, co?
– Och, domyślam się, że powiedzenie „hej” czyni cię wygadanym? – Andy! Zamknij buzię! – upomniałam się w myślach. Absolutnie przepiękny mężczyzna zaczepia cię niespodziewanie na przyjęciu pełnym sław, a ty go z miejsca spławiasz? Ale nie sprawiał wrażenia obrażonego i chociaż nie wydaje się to możliwe, jego uśmiech poszerzył się do rozmiaru „szczerzyć zęby”. – Przepraszam – wymamrotałam, bacznie wpatrując się w swoją niemal pustą szklankę. – Nazywam się Andrea. Proszę. To chyba lepszy sposób, żeby zacząć. – Wyciągnęłam rękę i zaczęłam się zastanawiać, czego chce.
– Właściwie całkiem mi się podobało takie powitanie. Jestem Christian. Miło mi cię poznać, Andy. – Odsunął brązowy lok z lewego oka i pociągnął łyk budweisera z butelki. Uznałam, że wydaje mi się jakby znajomy, ale nie potrafiłam go nigdzie przyporządkować.
– Bud, co? – zapytałam, wskazując na butelkę. – Nie przypuszczałam, że na tego rodzaju przyjęciu serwują coś tak prostackiego.
Roześmiał się głębokim, szczerym śmiechem, podczas gdy spodziewałam się cichego śmieszku.
– Mówisz, co myślisz, prawda? – Musiałam wyglądać na zawstydzoną, bo znów się uśmiechnął i stwierdził: – Nie, nie, to pozytywna cecha. I rzadka, szczególnie w tej branży. Nie mogłem się zmusić do picia szampana z miniaturowej butelki przez słomkę, wiesz? Bardzo niemęskie. No więc barman wyszukał mi coś w kuchni dla pracowników. – Kolejne odsunięcie loczka, ale opadł z powrotem na oko w chwili, gdy cofnął rękę. Z kieszeni czarnej sportowej marynarki wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował mnie. Wzięłam jednego i natychmiast upuściłam, skwapliwie korzystając z okazji, żeby obejrzeć faceta, gdy schylałam się, chcąc odzyskać zgubę.
Papieros wylądował kilka centymetrów od lśniących mokasynów z kwadratowym czubkiem, ozdobionych charakterystycznymi frędzlami Gucciego, a podnosząc się, zauważyłam, że dżinsy marki Diesel były idealnie sprane, długie i dość szerokie, żeby dół ciągnął się trochę za lśniącymi butami, a końcówki postrzępiły od stałego kontaktu z podeszwami. Czarny pasek, prawdopodobnie Gucci, ale na szczęście nie rzucający się w oczy, utrzymywał dżinsy w idealnie płaskim miejscu poniżej pępka. Do środka wetknięty zwykły biały bawełniany podkoszulek – który mógłby nosić znak Hanesa, ale zdecydowanie należał do kolekcji Armaniego albo Hugo Bossa i pojawił się tam wyłącznie w celu podkreślenia pięknie opalonej skóry. Czarna marynarka wyglądała na równie kosztowną i równie dobrze skrojoną, być może nawet szytą na zamówienie, żeby pasowała do sylwetki średnich rozmiarów, ale niewytłumaczalnie seksownej. Ale to zielone oczy naprawdę przykuwały uwagę. Piana morska, pomyślałam, wspominając kolory ciuchów od J. Crew, które tak lubiłyśmy w liceum, albo po prostu morski. Wzrostem, budową i całą posturą przypominał nieco Aleksa, ale w znacznie bardziej europejskim stylu i ze znacznie mniejszą domieszką Abercrombiego *. Trochę bardziej wyrafinowany, trochę przystojniejszy. Zdecydowanie starszy, koło trzydziestki. I prawdopodobnie znacznie bardziej przebiegły.
Natychmiast podał mi ogień i nachylił się mocno, chcąc sprawdzić, czy mój papieros na pewno się zapalił.
– Więc cóż sprowadza cię na przyjęcie tego rodzaju, Andrea? Czy należysz do tej nielicznej grupy wybranych, którzy mogą mówić o Marshallu Maddenie „mój fryzjer”?
– Nie, obawiam się, że nie. Przynajmniej jeszcze nie, aczkolwiek niezbyt subtelnie zaznaczył, że powinnam – roześmiałam się, w jednej chwili orientując się, że dałabym się zabić, żeby zrobić wrażenie na tym nieznajomym. – Pracuję w Runwayu i przyszłam z jednym z asystentów.
– A, magazyn Runway, co? Odlotowe miejsce pracy, jeżeli kręci cię S and M i takie sprawy. No i jak, lubisz to?
Nie byłam pewna, czy miał na myśli S & M, czy samą pracę, ale wzięłam pod uwagę możliwość, że wiedział, że siedział w tym dostatecznie głęboko, by się orientować, iż wygląda to niezupełnie tak, jak wydaje się ludziom z zewnątrz. Być może powinnam oczarować go opowieścią o koszmarze, który miał miejsce wcześniej, przy odnoszeniu dziś wieczorem Książki? Nie, nie, nie miałam pojęcia, co to za facet… równie dobrze mógł pracować w Runwayu w jakimś odległym dziale, którego jeszcze nie poznałam, albo w innym czasopiśmie Elias – CIark. A może, tylko może, był jednym z tych podstępnych reporterów Page Six, przed którymi tak skrupulatnie ostrzegała mnie Emily.
– Po prostu się zjawiają – oznajmiła złowieszczo. – Zjawiają się i próbują tak wymanewrować, żebyś powiedziała coś pieprznego o Mirandzie albo Runwayu. Musisz być tego świadoma. – Z jednej strony to, z drugiej śledzenie kart identyfikacyjnych; byłam całkiem pewna, że zakres inwigilacji w Runwayu mógłby zawstydzić mafię. Paranoidalna Pętla Runway’a zaczynała się zaciskać.
– Jasne – zaśmiałam się, chcąc, żeby to zabrzmiało zwyczajnie i bez nacisku. – To dziwne miejsce. Nie za bardzo siedzę w modzie, właściwie wolałabym pisać, ale to chyba niezłe na początek. A czym ty się zajmujesz?
– Jestem pisarzem.
– Och, naprawdę? To pewnie przyjemne. – Miałam nadzieję, że nie wypadło to protekcjonalnie, ale fakt, że w Nowym Jorku wszyscy razem i każdy z osobna ogłaszał się pisarzem albo aktorem, poetą bądź artystą, bywał irytujący. Pomyślałam sobie, że w college'u pisywałam do studenckiej gazetki, a kiedyś w liceum krajowy organ Hadassah * opublikował nawet mój esej, do licha. Ale czy to czyni ze mnie pisarkę? – Co piszesz?
– Jak na razie głównie fikcję, ale aktualnie pracuję nad pierwszą powieścią historyczną. – Pociągnął kolejny łyk i jeszcze raz odrzucił ten irytujący, choć uroczy lok.
„Pierwsza” powieść historyczna sugerowała, że były inne powieści, niehistoryczne. Ciekawe.
– O czym jest?
Przez chwilę się zastanawiał, a potem powiedział:
– Rzecz jest opowiedziana z perspektywy fikcyjnej młodej kobiety o tym, jak się żyło w tym kraju podczas drugiej wojny światowej. Wciąż jeszcze kończę zbieranie materiałów, przepisuję wywiady i takie tam sprawy, ale na razie niezbyt wiele napisałem. Mam wrażenie…
Mówił dalej, ale ja już zdążyłam go wyciszyć. O cholera. Natychmiast rozpoznałam opis książki z artykułu w New Yorkerze, który ostatnio czytałam. Wyglądało na to, że cały literacki świat niecierpliwie czeka na jego następne dzieło i nie przestaje gadać o realizmie, z jakim przedstawia swoją bohaterkę. Stałam sobie na przyjęciu i zwyczajnie gawędziłam z Christianem Collinsworthem, młodym literackim geniuszem, który pierwszą rzecz wydał w dojrzałym wieku lat dwudziestu, startując z kącika do pracy w bibliotece Yale. Krytycy poszaleli, ogłaszając debiut jednym z najbardziej znaczących literackich osiągnięć dwudziestego wieku, a od tamtej pory dorzucił do puli jeszcze dwa dzieła, z których każde spędziło na liście bestsellerów więcej czasu niż poprzednie. Tekst z New Yorkera zawierał wywiad, którego autor nazwał Christiana nie tylko „czynnikiem, który będzie miał wpływ na przyszłość” rynku księgarskiego, ale „piekielnie przystojnym, zabójczo stylowym i mającym dość wrodzonego wdzięku, żeby – w tym nieprawdopodobnym wypadku, gdyby nie uczynił tego literacki sukces – zapewnić mu dożywotnie powodzenie u dam”.