– Cześć ptysiu, to ja – powiedziałam, przytrzymując słuchawkę ramieniem, żeby móc zacząć się logować do poczty elektronicznej. – Zacznijmy ten dzień. – Jorge i ja byliśmy przyjaciółmi. Trzy, cztery, pięć rozmów co rano potrafią w zabawny sposób w krótkim czasie związać ludzi.
– Hej, mała, zaraz wysyłam jednego z chłopaków. Już przyszła? – zapytał, rozumiejąc, że „ona” to moja szalona szefowa i że pracuję dla Runwaya, ale niezupełnie zdając sobie sprawę, kto właściwie będzie konsumował zamówione przeze mnie śniadanie. Jorge należał do moich porannych panów, jak lubiłam ich nazywać. Eduardo, Jurij, Jorge i Ahmed zapewniali mi najprzyzwoitszy z możliwych początek dnia. Wszyscy byli rozkosznie niezwiązani z Runwayem, nawet jeśli istnieli w moim życiu tylko o tyle, o ile mogli uczynić życie redaktorki tego pisma bardziej idealnym. Żaden z nich nie rozumiał w pełni władzy i prestiżu Mirandy.
Śniadanie numer jeden miało lada chwila znaleźć się w drodze do Madison sześćset czterdzieści i istniały spore szansę, że będę musiała je wyrzucić. Miranda co rano jadała cztery plasterki ociekającego tłuszczem bekonu, dwie kiełbaski i drożdżówkę z serem, a spłukiwała to dużym latte ze Starbucks (nie zapomnieć o dwóch kostkach nierafinowanego cukru!). Z tego, co wiedziałam, zdania w firmie były podzielone: albo była permanentnie na diecie Atkinsa, albo miała dość szczęścia, żeby mieć nadludzki metabolizm w wyniku posiadania jakichś absolutnie fantastycznych genów. W każdym razie bez zastanowienia wsuwała najbardziej tłuste, w najobrzydliwszy sposób niezdrowe jedzenie – mimo że Jej dziewczęta” nie mogły sobie pozwolić na taki luksus. Ponieważ wszystko stygło w najwyżej dziesięć minut, zamawiałam i wyrzucałam śniadania, dopóki się nie zjawiła. Mogłam się wykpić jednokrotnym podgrzaniem każdego zestawu w mikrofalówce, ale zyskiwałam najwyżej pięć dodatkowych minut, w dodatku zwykle umiała to rozpoznać. („Ahn – dre – ah, to jest ohydne. Natychmiast podaj mi świeże śniadanie”). Zamawiałam co mniej więcej dwadzieścia minut, aż wreszcie dzwoniła ze swojej komórki i kazała mi zamówić śniadanie („Ahn – dre – ah, niedługo będę w biurze. Zamów moje śniadanie”). Oczywiście zwykle oznaczało to wyprzedzenie dwu lub trzyminutowe, więc wcześniejsze składanie zamówienia było konieczne zarówno z powodu krótkiego czasu, jak i tych częstych okazji, gdy nie zadawała sobie trudu, żeby zadzwonić. Jeśli zrobiłam, co do mnie należało, do chwili, gdy dzwoniła w sprawie śniadania, dwa albo trzy zestawy były w drodze.
Zadzwonił telefon. Na pewno ona, za wcześnie na kogoś innego.
– Biuro Mirandy Priestly – pisnęłam, przygotowując się na jej lodowaty ton.
– Emily, będę za dziesięć minut i chcę mieć gotowe śniadanie.
Nabrała zwyczaju zwracania się zarówno do Emily, jak i do mnie „Emily”, co sugerowało, całkiem słusznie, że byłyśmy nie do odróżnienia i w pełni do zastąpienia. Gdzieś głęboko w głowie czułam się obrażona, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. A poza tym, byłam zbyt zmęczona, żeby szczerze przejmować się czymś tak mało ważnym jak własne imię.
– Tak, Mirando, natychmiast. – Zdążyła się już rozłączyć. Do biura weszła prawdziwa Emily.
– Hej, jest już? – zaszeptała, tradycyjnie zerkając ukradkiem w stronę gabinetu Mirandy, bez halo czy dzień dobry, dokładnie jak jej mentorka.
– Nie, ale właśnie dzwoniła, że będzie za dziesięć minut. Zaraz wracam.
Szybko przełożyłam komórkę oraz papierosy do kieszeni płaszcza i wybiegłam. Miałam tylko parę minut, żeby dostać się na dół, przeciąć Madison i wyprzedzić kolejkę do Starbucks – w trakcie wciągając pierwszego cennego papierosa. Zadeptując niedopałek, potknęłam się, wpadłam do Starbucks na rogu Pięćdziesiątej Siódmej i Piątej Alei i oceniłam długość kolejki. Jeśli było mniej niż osiem osób, wolałam zaczekać jak zwykły człowiek. Przeważnie jednak, jak dziś, kolejka składała się z około dwudziestu zapracowanych biedaków, ze znużeniem oczekujących na przygotowanie porcji kosztownej kofeiny, więc musiałam ich wszystkich wyminąć. Nie przepadałam za tym, ale Miranda wydawała się nie rozumieć, że latte, które co rano jej podawałam, nie tylko nie mogło zostać zamówione, ale w godzinach największej „spożywalności” często trzeba było zaczekać na jego zakup do pół godziny. Po paru tygodniach wiercących w uszach, wściekłych telefonów na moją komórkę („Ahn – dre – ah, po prostu nie rozumiem. Dzwoniłam do ciebie pełnych dwadzieścia pięć minut temu i powiedziałam, że będę w biurze, a moje śniadanie nie jest gotowe. To nie do przyjęcia”) wybrałam się na rozmowę z menedżerem.
– Hm, cześć. Dzięki, że znalazła pani chwilkę, żeby ze mną porozmawiać – powiedziałam do niedużej ciemnoskórej kobiety, która pełniła tę funkcję. – Wiem, że to brzmi absolutnie po wariacku, ale tak się zastanawiałam, czy mogłybyśmy coś zrobić, żebym nie musiała stać w kolejce. – Wdałam się w wyjaśnienia, najlepiej jak umiałam, że pracuję dla dość ważnej i nierozsądnej osoby, która nie lubi czekać na poranną kawę, i czy jest jakiś sposób, żebym mogła minąć kolejkę, oczywiście jakoś subtelnie, i żeby ktoś natychmiast przygotował moje zamówienie. Ślepym trafem Marion, menedżerka, wieczorami chodziła na FIT *, żeby uzyskać dyplom z marketingu w modzie.
– O mój boże, żartujesz? Pracujesz dla Mirandy Priestly? I ona pija nasze latte? Duże? Co rano? Niewiarygodne. Ależ tak, tak, oczywiście! Powiem wszystkim, żeby natychmiast się tobą zajmowali. O nic się nie martw. Przecież ona jest, no wiesz, najbardziej wpływową osobą na rynku mody. – Marion zalała mnie potokiem słów, a ja zmuszałam się do entuzjastycznego potakiwania.
Tak się więc złożyło, że mogłam, jeśli chciałam, ominąć długą kolejkę zmęczonych, agresywnych, obłudnych nowojorczyków i zamówić przed tymi, którzy czekali od wielu, wielu minut. Nie poprawiało mi to samopoczucia, nie czułam się z tego powodu ważna ani odlotowa i obawiałam się dni, kiedy musiałam to robić. Gdy kolejka była piekielnie długa jak dziś – wężowo wiła się wokół całej lady i wychodziła na zewnątrz – czułam się wręcz gorzej i wiedziałam, że wyjdę z pełnymi rękami. W tym momencie w głowie mi już pulsowało, powieki miałam ciężkie, a oczy suche. Starałam się zapomnieć, że to moje życie, efekt, dla osiągnięcia którego cztery długie lata spędziłam na uczeniu się na pamięć wierszy i badaniu prozy, wynik dobrych stopni i masy studenckiego całowania.
Zamiast myśleć, zamówiłam duże latte Mirandy i uzupełniłam zamówienie o kilka napojów wybranych przeze mnie. Duże cappuccino amaretto, mocha frappuccino i macchiato z karmelem wylądowały w moim nosidełku na cztery kubki razem z kilkoma muffinami i croissantami. Należność wyniosła dwadzieścia osiem dolarów i osiemdziesiąt trzy centy i upewniłam się, że wsadziłam paragon do i tak już przepełnionej, specjalnie przeznaczonej na rachunki przegródki w portfelu. Wszystkie miały zostać zrefundowane przez zawsze wypłacalną firmę Elias – Clark.
Teraz musiałam się pośpieszyć, ponieważ minęło już dwadzieścia minut, odkąd Miranda dzwoniła, i wiedziałam, że pewnie siedzi tam, kipi ze złości i zastanawia się, gdzie właściwie znikam co rano – logo Starbucks na boku kubka nie było dla niej wystarczającą wskazówką. Ale zanim zdążyłam zabrać wszystkie rzeczy z lady, zadzwonił telefon. I jak zwykle serce podeszło mi do gardła. Wiedziałam, że to ona, byłam tego absolutnie, całkowicie pewna, ale i tak się bałam. Identyfikacja rozmówcy potwierdziła moje podejrzenia, ale z zaskoczeniem usłyszałam, że to Emily, która dzwoniła z linii Mirandy.