Zrobiłam wdech i postanowiłam kolejno ją wypunktować – na każdy temat oprócz Mirandy.
– Cóż, oczywiście uwielbiam Michaela Korsa, ale muszę przyznać, że z pewnością nie za bliźniaki. Futra od J. Mendela są do przyjęcia, ale prawdziwa dziewczyna z Runwaya - to znaczy ktoś o wyróżniającym się, nieskazitelnym guście – wolałby coś szytego na miarę od George'a Polegeorgisa z Madison. Och, i na przyszłość preferowałabym użycie słowa „płatna pomoc” zamiast czegoś tak kategorycznego i ostrego jak „służąca”. A teraz oczywiście z przyjemnością sprostuję wszelkie błędne założenia, jakie pani poczyniła, ale czy mogłabym najpierw zapytać, z kim rozmawiam?
– Punkt dla ciebie, nowa asystentko Mirandy, punkt dla ciebie. Ty i ja m – m – możemy jednak zostać przyjaciółkami. Zwykle n – n – n – niezbyt lubię te roboty, które zatrudnia, ale to pasuje, bo i ją niezbyt lubię. Nazywam się Judith Mason i w razie gdybyś n – n – nie wiedziała, jestem autorką comiesięcznych artykułów o podróżach. A teraz powiedz mi, proszę, skoro jesteś wciąż relatywnie nowa: czy m – m – miesiąc miodowy już się skończył?
Milczałam. Co miała na myśli? Przypominało to rozmowę z bombą zegarową.
– I jak? Znajdujesz się w tym fascynującym przedziale czasu, k – k – k – kiedy pracujesz odpowiednio długo, żeby wszyscy poznali twoje imię, ale nie dość długo, żeby odkryli i wykorzystali wszystkie twoje słabości. Kiedy do t – t – t – tego dojdzie, to naprawdę słodkie uczucie, możesz mi wierzyć. Pracujesz w bardzo specyficznym miejscu.
Ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, stwierdziła:
– Dość już tego f – f – f – flirtowania, moja nowa przyjaciółko. Nie t – t – t – trudź się zawiadamianiem jej, że to ja, bo i tak nigdy nie odbiera moich t – t – telefonów. Chyba jąkanie ją wkurza. Tylko nie zapomnij umieścić mojego nazwiska w Biuletynie, żeby mogła kazać komuś do mnie oddzwonić. Dzięki, s – s – słodka. – Kliknięcie.
Odłożyłam słuchawkę oszołomiona i zaczęłam się śmiać. Emily podniosła wzrok znad jednego z zestawień wydatków Mirandy i zapytała, kto to był. Kiedy wyjaśniłam, że Judith, przewróciła oczyma dość gwałtownie, żeby ledwie dały radę wrócić na miejsce, i powiedziała:
– To skończona suka. Pojęcia nie mam, jak Miranda w ogóle z nią rozmawia. W każdym razie nie odbiera jej telefonów, więc możesz jej nie mówić, kiedy dzwoni. Po prostu umieść ją w Biuletynie i Miranda każe komuś do niej oddzwonić. – Wyglądało na to, że Judith rozumiała tajne prawidła działania naszego biura lepiej ode mnie.
Dwukrotnie kliknęłam w ikonę o nazwie „Biuletyn” na ekranie mojego lśniącego iMaca i przejrzałam jego dotychczasową zawartość. Biuletyn był kwintesencją biura Mirandy Priestly i, z tego, co zdążyłam zauważyć, całym sensem jej życia. Wymyślony wiele lat temu przez jakąś znerwicowaną, znajdującą się pod presją asystentkę, Biuletyn był dokumentem utworzonym w Wordzie, a mieścił się w folderze, do którego obie, Emily i ja, miałyśmy dostęp. Tylko jedna osoba naraz mogła go otwierać i dodawać nową wiadomość lub pytanie do ułożonej w punkty listy. Potem drukowałyśmy uaktualnioną wersję i umieszczałyśmy ją na podkładce na półce przy moim biurku, usuwając starą. Miranda sprawdzała ją co kilka minut przez cały dzień i Emily oraz ja trudziłyśmy się, żeby zapisać, wydrukować i przypiąć nową wersję po każdym kolejnym telefonie. Często syczałyśmy na siebie, żeby zamknąć Biuletyn, bo tej drugiej potrzebny był dostęp do niego i możliwość zapisania wiadomości. Jednocześnie drukowałyśmy nasze wersje na oddzielnych drukarkach i rzucałyśmy się w stronę podkładki, nie wiedząc, która ma wydruk bardziej aktualny, dopóki nie stanęłyśmy twarzą w twarz.
– Na moim ostatnia wiadomość jest od Donatelli – powiedziałam, wyczerpana napięciem związanym z próbą zakończenia wpisu, zanim Miranda wejdzie do biura. Eduardo dzwonił ze stanowiska ochrony na dole, żeby nas ostrzec. Była w drodze na górę. Sophy jeszcze nie zatelefonowała, ale wiedziałyśmy, że to kwestia sekund.
– Mam portiera z paryskiego Ritza po Donatellim – prawie krzyknęła tryumfująca Emily, przypinając swój wydruk do podkładki. Zabrałam własny, nieaktualny od czterech sekund Biuletyn na biurko do przejrzenia. Myślniki w numerach telefonów nie były dozwolone, tylko kropki. W oznaczeniach czasu żadnych dwukropków, tylko kropki. Czas należało zaokrąglić w górę lub w dół do najbliższego kwadransa. Numery, pod które trzeba oddzwonić, zawsze widniały w osobnych linijkach, żeby łatwiej było je odróżnić. Podanie czasu sygnalizowało, że ktoś dzwonił. Słowo „nota” oznaczało coś, co Emily lub ja miałyśmy jej do powiedzenia (ponieważ zwracanie się do niej bez pytania nie wchodziło w grę, wszystkie związane z daną sprawą informacje trafiały do Biuletynu). „Przypomnienie” to polecenie pozostawione przez Mirandę w naszych skrzynkach głosowych między pierwszą w nocy a piątą rano danego dnia. Wiedziała, że coś, co nagrała, mogła uznać za załatwione. O sobie miałyśmy wspominać w trzeciej sobie – oczywiście o ile tego rodzaju odwołanie było całkowicie konieczne. Często nakazywała nam dowiedzieć się dokładnie, kiedy i pod jakim numerem dana osoba była osiągalna. W takim przypadku owoce naszych poszukiwań mogły trafić zarówno pod szyld „nota”, jak i „przypomnienie”. Pamiętałam, że kiedyś czytałam Biuletyn jak wersję „kto jest kim” w tym tłumie w ciuchach od Prady, ale mój znieczulony mózg przestał rejestrować jako „wyjątkowe” nazwiska właścicieli superwielkich pieniędzy, supergwiazd mody i w ogóle wszystkich robiących superwielkie wrażenie. W mojej runwayowskiej rzeczywistości sekretarz osobisty z Białego Domu był niewiele bardziej interesujący niż weterynarz, który chciał z nią porozmawiać o diecie szczeniaka (słabe szansę, żeby do niego oddzwoniła!).
Czwartek, 28 czerwca
7.30: Dzwoniła Simone z paryskiego biura. Ustaliła z panem Testino daty zdjęć w Rio i potwierdziła wszystko z agentem Giselle, ale musi jeszcze przedyskutować z tobą kwestie stylu. Zadzwoń od niej, proszę. 011.33.1.55.91.30.80
8.15: Dzwonił pan Tomlinson. Jest pod komórką. Zadzwoń od niego, proszę.
Nota: Andrea rozmawiała z Bruce'em. Powiedział, że w dużym lustrze w twoim foyer brakuje kawałka gipsowej ozdoby w lewym górnym rogu. Zlokalizował identyczne lustro w sklepie z antykami w Bordeaux. Czy ma je zamówić?
8.25: Dzwonił Jonathan Cole. W sobotę wyjeżdża do Melbourne i przed wyjazdem chciałby doprecyzować szczegóły. Zadzwoń od niego, proszę. 555.6960
Przypomnienie: Zadzwonić do Karla Lagerfelda w sprawie przyjęcia dla Modelki Roku. Będzie osiągalny w swoim domu w Biarritz dziś wieczorem od 8.00 – 8.30 jego czasu 011.33.1.55.22.06.85: dom 011.33.1.55.22.58.85: studio w domu 011.33.1.55.22.92.01: kierowca 011.33.1.55.43.75.50: telefon komórkowy 011.33.1.55.66.76.49: numer asystenta w Paryżu, w razie gdybyś nie mogła go znaleźć 9.00: Dzwoniła Natalie z Glorious Foods z pytaniem, czy wolisz, żeby vacherin * napełniono mieszanymi owocami w syropie, czy ciepłym kompotem rabarbarowym. Zadzwoń od niej, proszę 555.7089
9.00: Dzwoniła Ingrid Sischy pogratulować kwietniowego numeru. Mówi, że okładka jest „spektakularna, jak zawsze”, i chce wiedzieć, kto stylizował zdjęcie na pierwszą stronę okładki. Zadzwoń od niej, proszę 555.9473: biuro 555.9382: dom
NOTA: Dzwonił Miho Kosudo z przeprosinami, że nie udało się dostarczyć kwiatów dla Damiena Hirsta. Prosił, żeby na pewno przekazać, że czekali przed jego budynkiem przez cztery godziny, ale ponieważ nie ma portiera, musieli zrezygnować. Jutro spróbują ponownie
9.10: Dzwonił pan Samuels. Będzie osiągalny dopiero po lunchu, ale chce przypomnieć o zebraniu rodziców z nauczycielami dziś wieczorem w Horace Mann. Chciałby przedtem przedyskutować z tobą projekt Caroline z historii. Zadzwoń do niego, proszę po 2.00, ale przed 4.00 555.5932