Выбрать главу

Wszystko lśniło bielą. Jasną bielą, gładką bielą, jaskrawą bielą, chropowatą bielą, głęboką bielą. Pęki mlecznych peonii wyglądały, jakby same wyrastały ze stołu, cudownie bujne, ale odpowiednio niskie, żeby pozwolić ludziom na rozmowę ponad nimi. Najdelikatniejsza chińska porcelana (we wzór białej szachownicy) spoczywała na wykrochmalonym, białym lnianym obrusie, a białe dębowe krzesła z wysokimi oparciami pokryto wspaniałym, białym zamszem (niebezpieczeństwo!), wszystko razem ustawione na grubym białym dywanie, ułożonym specjalnie na tę okazję. Białe świece wotywne w prostych, białych porcelanowych świecznikach dawały miękkie białe światło, podświetlając (ale jakimś cudem nie przypalając!) peonie od dołu i zapewniając subtelną, nienachalną iluminację stołu. Jedyny kolor w całym pomieszczeniu pochodził z wymyślnych, wielobarwnych malowideł, które wisiały na ścianach otaczających stół, szokujące błękity, zielenie i złoto dzieł przedstawiających życie starożytnego Egiptu. Biały stół jako zamierzony kontrast do bezcennych, szczegółowych malowideł był oszałamiający.

Gdy odwróciłam głowę, żeby wchłonąć cudowny kontrast koloru i bieli („ten Robert to prawdziwy geniusz!”), wpadła mi w oko wibrująca czerwienią postać. W narożniku pod przykuwającym wzrok malowidłem stała wyprostowana jak świeca Miranda w naszywanej paciorkami Czerwonej sukni od Chanel, zamówionej, przykrojonej, dopasowanej i wyczyszczonej specjalnie na ten wieczór. I chociaż byłoby przesadą stwierdzić, że była warta każdego wydanego na nią grosza (skoro te grosze sumowały się w dziesiątki tysięcy dolarów), jednak jej widok zapierał dech w piersiach. Sama Miranda stanowiła dzieło sztuki, podbródek wysunięty w przód, mięśnie idealnie napięte, neoklasyczny relief w naszywanym paciorkami jedwabiu od Chanel. Nie była piękna – miała za małe oczy, za sztywne włosy, trochę zbyt ostre rysy twarzy – ale oszałamiająca w sposób trudny do opisania. I chociaż bardzo się starałam nie okazać zachwytu, udawać, że podziwiam salę, nie mogłam oderwać od niej oczu.

Jak zwykle dźwięk jej głosu przerwał moją zadumę.

– Ahn – dre – ah, znasz nazwiska i twarze naszych dzisiejszych gości, nieprawdaż? Spodziewam się, że nie przyniesiesz mi wstydu, zapominając powitać kogoś z nazwiska – powiedziała, nie kierując swoich słów w niczyją stronę, więc tylko moje imię wskazywało, że jednak wypowiedź może być przeznaczona dla mnie.

– Hm, tak, mam to opanowane – odparłam, tłumiąc chęć zasalutowania, z przeszywającą jasnością zdając sobie sprawę, że wciąż się na nią gapię. – Przejrzę teraz wszystko, żeby mieć pewność. – Spojrzała na mnie, jakby chciała powiedzieć „Przecież to oczywiste, ty idiotko”, a ja zmusiłam się, żeby odwrócić wzrok i wyjść z galerii. Iiana szła tuż za mną.

– O czym ona mówiła? – zaszeptała, nachylając się do mnie. – O portretach? Zwariowała?

Usiadłyśmy na niewygodnej drewnianej ławce w zaciemnionym korytarzu, obie przepełnione chęcią ukrycia się.

– A, to. No tak, normalnie spędziłabym ostami tydzień, szukając zdjęć dzisiejszych gości i ucząc się ich na pamięć, żebym mogła powitać wszystkich z nazwiska – wyjaśniłam przerażonej Hanie. Wpatrywała się we mnie niedowierzająco. – Ale ponieważ dopiero co mi powiedziała, że muszę tu dziś przyjść, miałam tylko parę minut w samochodzie, żeby się im przyjrzeć. Co? – zapytałam. – Uważasz, że to dziwne? Mniejsza z tym. To standardowe postępowanie na przyjęciach Mirandy.

– Cóż, myślałam, że dziś nie będzie tu nikogo sławnego – powiedziała, nawiązując do wcześniejszych imprez Mirandy w Met. Jako poważna sponsorka, Miranda często korzystała z wyjątkowego przywileju wynajmowania, och, METROPOLITAN MUSEUM na prywatne przyjęcia i koktajle. Wystarczyło, że pan Tomlinson poprosił, i Miranda już dokładała starań, by przyjęcie dla jej szwagra było najlepszym, jakie widziały mury muzeum. Uznała, że bogatych południowców i ich zdobyczne żony olśni możliwość zjedzenia kolacji w muzeum. Miała rację.

– Tak, nie będzie nikogo, kogo można rozpoznać na pierwszy rzut oka, tylko masa miliarderów z domami za linią Masona – Dixona *. Zwykle, gdy muszę się nauczyć na pamięć twarzy gości, łatwiej ich znaleźć w Internecie albo gdzieś. To znaczy jeśli trzeba, to generalnie łatwiej znaleźć zdjęcie królowej Noor, Michaela Bloomberga albo Yohjiego Yamamoto. Ale spróbuj znaleźć pana i panią Packard z jakiejś bogatej podmiejskiej dzielnicy San Francisco albo gdzie tam, do cholery, mieszkają. To nie takie proste. Druga asystentka Mirandy szukała tych ludzi, gdy inni mnie przygotowywali, i w końcu znalazła prawie wszystkich na stronach poświęconych wydarzeniom towarzyskim, w lokalnej prasie albo na stronach internetowych różnych firm, ale to było naprawdę irytujące.

Iiana dalej się we mnie wpatrywała. Chyba gdzieś w głębi ducha wiedziałam, że mówię głosem robota, ale nie mogłam przestać. Wyraz jej zaszokowanej twarzy tylko pogarszał moje samopoczucie.

– Jest tylko jedna para, której jeszcze nie zidentyfikowałam, więc chyba znam ich przez zaprzeczenie.

– O rany. Nie wiem, jak ty to robisz. Jestem zła, że muszę tu być w piątek wieczorem, ale nie wyobrażam sobie wykonywania twojej pracy. Jak ty to znosisz? Jak znosisz, że ktoś tak się do ciebie odzywa i tak cię traktuje?

Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie byłam na to pytanie przygotowana: do tej pory absolutnie nikt samorzutnie nie powiedział niczego negatywnego o mojej pracy. Zawsze myślałam, że jestem jedyną osobą – wśród milionów wyimaginowanych dziewczyn, które „dałyby się zabić za moją posadę” – która widziała we własnej sytuacji coś kłopotliwego. Szok widoczny w spojrzeniu liany był bardziej przerażający niż setki absurdów, które codzienne widywałam w pracy; sposób, w jaki na mnie patrzyła z tą czystą, niczym niezmąconą litością, coś we mnie wyzwolił. Zrobiłam coś, co nie zdarzyło mi się od wielu miesięcy pracy w nieludzkich warunkach dla nieludzkiej szefowej, coś, co zawsze udawało mi się stłumić i wstrzymać do odpowiedniejszej pory. Zaczęłam płakać.

Iiana wyglądała na jeszcze bardziej wstrząśniętą niż do tej pory.

– Och, kochanie, chodź tu! Tak mi przykro! Nie miałam na myśli niczego złego. Jesteś święta, że wytrzymujesz z tą wiedźmą, słyszysz? Chodź ze mną. – Pociągnęła mnie za rękę i poprowadziła kolejnym zaciemnionym korytarzem w stronę biura na tyłach. – Proszę, a teraz usiądź na minutkę i zapomnij, jak wyglądają ci wszyscy durni ludzie.

Pociągnęłam nosem i zaczęło mi być głupio.

– I nie czuj się dziwnie, słyszysz? Mam przeczucie, że dusiłaś to w sobie od bardzo, bardzo dawna, a od czasu do czasu musisz się porządnie wypłakać.

Szperała w biurku w poszukiwaniu czegoś, podczas gdy próbowałam zetrzeć tusz z policzków.

– Proszę – oznajmiła z dumą. – Zniszczę to, kiedy tylko to obejrzysz, i jeżeli chociaż pomyślisz, żeby komuś o tym powiedzieć, zrujnuję ci życie. Ale spójrz, to coś niesamowitego. – Wręczyła mi brązową kopertę zapieczętowaną nalepką „poufne” i uśmiechnęła się.

Rozerwałam nalepkę i wyciągnęłam zielony folder. Wewnątrz znajdowało się zdjęcie – właściwie kolorowe ksero – Mirandy wyciągniętej na siedzisku w restauracji. Z miejsca poznałam zdjęcie zrobione przez sławnego fotografa wyższych sfer podczas niedawnego przyjęcia urodzinowego dla Donny Karan w Pastis. Zdążyło się już ukazać na łamach pisma New York i wiadomo było, że jeszcze nieraz zostanie gdzieś zamieszczone. Miała na nim będący jej znakiem firmowym brązowo – biały trencz z wężowej skóry, ten, w którym moim zdaniem wyglądała jak wąż.

вернуться

* Linia Masona – Dixona, granica między stanami Pensylwania i Maryland, przed wojną secesyjną uważana za linię podziału na stany wolne i popierające niewolnictwo.