Cóż, wyszło na to, że nie byłam w tym przeświadczeniu odosobniona, ponieważ w tej wersji ktoś subtelnie – i po mistrzowsku – dodał powiększoną do odpowiednich rozmiarów grzechotkę grzechotnika dokładnie w miejscu, gdzie powinny się znajdować jej nogi. W efekcie powstało znakomite wyobrażenie Mirandy jako węża: opierała łokieć na siedzisku, a rzeźbiony podbródek na dłoni, wyciągnięta na skórzanym pokryciu, z grzechotką zwiniętą w półokrąg i zwieszającą się ze skraju ławy. Idealne.
– Czyż to nie wspaniałe? – zapytała liana, nachylając się nad moim ramieniem. – Któregoś popołudnia Linda przyszła z tym do mojego biura. Dopiero co spędziła cały dzień, wisząc na telefonie, uzgadniając z Mirandą, w której galerii zjedzą kolację. Linda oczywiście nalegała na najpiękniejszą i największą galerię, bo ma najlepszą wielkość i jest najpiękniejsza, ale Miranda się upierała, żeby urządzić to w innej galerii, w pobliżu sklepu z pamiątkami. Przepychanki trwały jakiś czas, aż w końcu Linda – po całych dniach negocjacji – uzyskała od Rady zgodę na urządzenie tego w galerii Mirandy i taka była podekscytowana, że chciała zadzwonić do niej i przekazać wspaniałą wiadomość. I zgadnij, co się stało, kiedy…
– Zmieniła zdanie, oczywiście – powiedziałam cicho, wyczuwając jej irytację. – Postanowiła zrobić dokładnie to, co Linda od początku sugerowała, ale dopiero wtedy, gdy miała pewność, że wszyscy zatańczą, jak im zagra.
– Dokładnie. Cóż, piekielnie mnie to zirytowało. Nigdy nie widziałam, żeby dla kogokolwiek przewracano całe muzeum do góry nogami. Rozumiesz, prezydent Stanów Zjednoczonych mógłby poprosić o urządzenie tu kolacji dla Departamentu Stanu i by mu nie pozwolili! A potem twoja szefowa uważa, że może tu wkroczyć i rozkazywać wszystkim dookoła, przez całe dnie zmieniać nasze życie w piekło. W każdym razie przygotowałam to śliczne zdjątko jako coś w rodzaju klina dla Lindy. I wiesz, co z nim zrobiła? Zmniejszyła na kopiarce, tak żeby je nosić w portfelu! Pomyślałam, że trochę postawi cię na nogi. Nawet jeśli ma tylko przypomnieć ci, że nie jesteś sama. Zdecydowanie znalazłaś się w najgorszej sytuacji, ale nie jesteś sama.
Wetknęłam zdjęcie z powrotem do poufnej koperty i oddałam Hanie.
– Jesteś najlepsza – powiedziałam, dotykając jej ramienia. – Naprawdę bardzo, bardzo to doceniam. Obiecuję, że nigdy, przenigdy nikomu nie powiem, skąd to dostałam, ale proszę, czy możesz mi to przysłać? Chyba nie zmieści się do tej torebki od Leiber, ale zrobię, co zechcesz, jeśli prześlesz mi to do domu. Proszę?
Uśmiechnęła się i ruchem ręki pokazała, żebym zapisała adres, po czym obie wstałyśmy i wróciłyśmy (ja chwiejnie) do foyer muzeum. Właśnie dochodziła siódma i goście mogli zjawić się w każdej chwili. Miranda i SGG rozmawiali z jego bratem, gościem honorowym i panem młodym, który wyglądał, jakby grał w piłkę nożną, futbol, lacrosse'a i rugby w którejś szkole na Południu, gdzie zawsze oblegały go gruchające blondynki. Gruchająca dwudziestosześcioletnia blondynka, która miała zostać panną młodą, stała cichutko przy jego boku, wpatrując się w niego z uwielbieniem. Trzymała w ręku napełniony czymś kieliszek i chichotała z żartów narzeczonego.
Miranda wisiała na ramieniu SGG z najbardziej fałszywym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Nie musiałam słyszeć, o czym rozmawiają, żeby wiedzieć, że jej reakcje ledwie mieściły się w stosownym czasie. Dobre maniery nie należały do jej mocnych stron, skoro miała niewielką odporność na pogaduszki – ale wiedziałam, że dziś wieczorem wdrapie się na szczyty lizusostwa. Dotarło do mnie, że wszyscy jej „przyjaciele” należeli do jednej z dwóch kategorii. Pierwszą grupę stanowili ci „nad nią”, na których trzeba zrobić wrażenie. Ta lista była krótka, ale generalnie rzecz biorąc, obejmowała ludzi takich jak Irv Ravitz, Oscar de la Renta, Hillary Clinton i wszystkie pierwszorzędne gwiazdy filmów klasy A. Potem byli ci „pod nią”, których należało potraktować protekcjonalnie i umniejszyć, żeby nie zapomnieli, gdzie ich miejsce, i do tej grupy należeli właściwie wszyscy pozostali: pracownicy Runwaya, członkowie rodziny, rodzice przyjaciół jej dzieci – chyba że przypadkowo podpadali pod kategorię numer jeden – prawie wszyscy projektanci i inni redaktorzy czasopism oraz absolutnie każdy człowiek pracujący w usługach, zarówno tu, jak i za granicą. Zawsze cieszyłam się na te rzadkie okazje, gdy mogłam poobserwować Mirandę, która starała się zrobić wrażenie na tych wokół niej, głównie dlatego, że nie należała do osób uroczych z natury.
Poczułam, że pierwsi gości się pojawili, zanim jeszcze ich zobaczyłam. Napięcie w sali było wyczuwalne. Przypominając sobie kolorowe wydruki, popędziłam do wchodzącej pary i zaoferowałam opiekę nad futrzanym okryciem pani.
– Państwo Wilkinson. Bardzo dziękujemy, że zechcieli państwo przyłączyć się do nas dziś wieczorem. Proszę pozwolić, że to wezmę. Iiana zaprowadzi państwa do atrium, gdzie serwowane są koktajle. – Miałam nadzieję, że podczas tego monologu za bardzo się nie gapiłam, ale był to autentycznie horrendalny spektakl. Na wszystkich przyjęciach Mirandy widywałam kobiety ubrane jak dziwki i mężczyzn ubranych jak kobiety, a także modelki w ogóle nieubrane, ale nigdy dotychczas nie widziałam ludzi ubranych w ten sposób. Wiedziałam, że to nie będzie modny nowojorski tłum, ale spodziewałam się postaci w stylu Dallas; tymczasem oni wyglądali jak bardziej elegancka wersja obsady z Deliverance.
Brat pana Tomlinsona, który ze swoją siwizną prezentował się dystyngowanie, popełnił okropny błąd, wkładając biały frak – ni mniej, ni więcej, tylko w końcu kwietnia – z chusteczką w kratkę i laską. Jego narzeczona miała na sobie szmaragdowy taftowy koszmar. Wirował, puszył się, wzbierał i unosił jej gigantyczny biust ponad górę sukni, tak że wyglądało, jakby miały ją zadusić własne silikonowe piersi. Z uszu zwisały jej brylanty wielkości filiżanek, a kolejny, jeszcze większy, iskrzył się na lewej dłoni. Włosy miała rozjaśnione na blond wodą utlenioną, podobnie zęby, a obcasy tak wysokie i wąskie, że szła, jakby przez ostatnie dwadzieścia lat grała jako obrońca w NFL *.
– Moi kochani, taka jestem zadowolona, że mogliście przybyć na nasze skhomne przyjęcie. Wszyscy uwielbiają przyjęcia, niephawdaż? – zaświergotała falsetem Miranda. Przyszła pani Tomlinson wyglądała, jakby miała zemdleć. Tuż przed nią stała jedyna i niepowtarzalna Miranda Priestly! Wszyscy poczuliśmy się zakłopotani z powodu jej rozradowania i cały żałosny tłumek, z Miranda na przedzie, przeszedł do atrium.
Reszta wieczoru minęła mniej więcej tak jak jego początek. Rozpoznałam z nazwiska wszystkich gości i zdołałam nie powiedzieć niczego nadmiernie upokarzającego. Parada białych smokingów, szyfonów, wielkich włosów i jeszcze większych klejnotów oraz kobiet, które ledwie miały za sobą okres dojrzewania, przestała mnie bawić z upływem kolejnych godzin, ale ani przez chwilę nie znużyło mnie obserwowanie Mirandy. Była prawdziwą damą i stanowiła przedmiot zazdrości każdej kobiety obecnej tamtej nocy w muzeum. I chociaż rozumiały, że wszystkie pieniądze świata nigdy nie kupią im jej klasy i elegancji, nie potrafiły przestać tego pragnąć.
Szczerze uśmiechnęłam się w chwili, gdy w połowie kolacji pozwoliła mi odejść, jak zwykle bez słowa dziękuję czy dobranoc. („Ahn – dre – ah, nie będziemy cię już dziś potrzebować. Możesz odejść”). Rozejrzałam się w poszukiwaniu liany, ale już się wymknęła. Samochód pojawił się zaledwie dziesięć minut po moim telefonicznym wezwaniu – przelotnie rozważyłam powrót metrem, ale nie byłam pewna, jak de la Renta i moje stopy by to zniosły – i wyczerpana, ale spokojna opadłam na tyle siedzenie.