– Na przykład o poezji. Jakie dzieło poetyckie kochasz ponad wszystko?
Wicekonsul zamyślił się, a Midori postawiła na stoliku dzbanuszek sake i usiadła, krzyżując nogi.
– No, nie wiem… – powiedział przeciągle. – Mnie się podoba Eugeniusz Oniegin. Utwór rosyjskiego poety P-puszkina.
– Zadeklamuj mi go. I przetłumacz.
Oparła łokcie na kolanach, gotując się do słuchania.
– Ależ nie umiem go na pamięć! To parę tysięcy wierszy.
– Jak można kochać utwór, liczący parę tysięcy wierszy? Po co aż tyle? Gdy poeta tworzy coś długiego, najpewniej nie ma nic do powiedzenia.
Obrażony w imieniu geniusza rosyjskiej poezji, Fandorin spytał ironicznie:
– A ileż linijek liczy twój ulubiony wiersz?
– Trzy – odrzekła poważnie. – Nade wszystko lubię trójwiersze hokku. Zawierają tak mało, a przy tym tak wiele. Każde słowo znajduje się na swoim miejscu i żadne nie jest zbędne. Jestem pewna, że bodhisattwowie rozmawiają między sobą samymi hokku.
– Wyrecytuj coś – poprosił zaintrygowany Erast Pietrowicz. – Jestem ciekaw.
Na wpół przysłoniła oczy powiekami i zadeklamowała śpiewnie:
Mój łowco ważek,
O, jakże mnie daleko
Dzisiaj odbiegłeś.
– Ładne – przyznał Fandorin. – Tylko nic nie zrozumiałem. Co to za łowca ważek? Gdzie odbiegł? I po co?
Midori otwarła oczy i powtórzyła marzycielsko:
– Doko made itia yara… Jak pięknie! Żeby w pełni zrozumieć hokku, trzeba posiąść szczególną wrażliwość lub tajemną wiedzę. Gdybyś wiedział, że wielka poetka Chiyo napisała ten wiersz na śmierć swego małego synka, nie patrzyłbyś na mnie tak protekcjonalnie, prawda?
Zamilkł, wstrząśnięty głębią siły i uczucia, otwierającą się nagle w tych trzech prostych, powszednich wersach.
– Hokku podobne jest ciału, w którym kryje się niewidzialna, nieuchwytna dusza. Tajemnica ukryta jest w ciasnej przestrzeni pomiędzy pięcioma sylabami pierwszej linijki, która zwie się kami-no-ku, a siedmioma sylabami drugiej linijki, która zwie się naka-no-ku, po czym między siedmioma sylabami naka-no-ku a pięcioma sylabami ostatniej, trzeciej linijki. Zwie się ona simo-no-ku. Jak by to ująć, żebyś zrozumiał? – Twarz Midori rozjaśnił figlarny uśmiech. – Niech spróbuję. Dobre hokku przypomina sylwetkę pięknej kobiety lub elegancko odsłoniętą część jej ciała. Zarys, szczegół podniecają dużo bardziej niż całość.
– Ja tam wolę całość – oznajmił Fandorin, położywszy jej rękę na kolanie.
– Bo jesteś młokos i dzikus. – Po palcach boleśnie trzepnął go wachlarz. – Osobie wyrafinowanej dość dojrzeć skrawek Piękna, a wyobraźnia w mig dośpiewa resztę, i to jeszcze nad wyraz ją wzbogacając.
– Skądinąd to samo mówi Puszkin – burknął radca tytularny, dmuchając na stłuczone palce. – A twój ulubiony wiersz, choć piękny, nie jest nazbyt wesoły.
– Prawdziwe piękno zawsze jest smutne.
Erast Pietrowicz zdziwił się.
– Czyżby?
– Są dwa piękna: piękno radości i piękno smutku. Wy, ludzie Zachodu, wolicie pierwsze – my drugie. Bowiem piękno radości trwa nie dłużej niż lot motyla. A piękno smutku jest twardsze niż kamień. Kto pamięta miliony szczęśliwych zakochanych, co przeżyli spokojnie życie, zestarzeli się i umarli? A o miłości tragicznej tworzy się pieśni żyjące wieki. Wypijmy, a potem znów pomówimy o Pięknie.
Lecz porozmawiać o Pięknie nie było im dane. Erast Pietrowicz wzniósł czarkę i oznajmił:
– Piję za piękno radości.
– A ja, Japonka, piję za piękno żalu – odrzekła Midori i wypiła. On zaś nie zdążył.
Noc przeszył wściekły krzyk: TSUME-E-E!!!. Echem odpowiedziało mu wycie, które wydarło się z mnóstwa gardeł. Ręka Fandorina drgnęła, sake rozlało się na tatami.
Zadrżała ręka,
Na stół polał się trunek.
Bardzo zła wróżba.
Wielkie ognisko
Nieczęsto, lecz zdarza się spotkać kobietę silniejszą niż ty sam. Wtedy nie pusz się, nie wypinaj piersi, lecz na odwrót – pokaż, żeś slaby, bezbronny. Najsilniejsze dziewczyny topnieją wówczas jak wosk, wszystko zrobią za ciebie, bylebyś się nie wtrącał.
We wsi przeklętych shinobi był zaledwie jeden obiekt, mogący zaciekawić miłośnika kobiecości – siedemnastoletnia Etsuko. Rzecz jasna, nie żadna piękność, lecz jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Reszta kobiecej ludności Kakushimury * (nazwę wsi Masa wymyślił sam, bo shinobi nie nazwali jej wcale) składała się ze starej wiedźmy Neko-chan (niczego sobie koteczka!) *, brzemiennej żony ryżego Gohei, jednookiej Sae i piętnastoletniej Tampopo. Dwie smarkule, dziewięciu- i jedenastoletnia, się nie liczyły.
Pierwszego dnia Masa nie zbliżał się do upatrzonej zdobyczy – popatrywał z dala, obmyślając plan działań. Dziewczyna była niczego sobie, godna uwagi. Robotna, zręczna, podśpiewująca. I w ogóle ciekawe, jak to się tam, u ichinoku, kobiet ninja, wszystko odbywa. Jeśli taka potrafi zrobić w skoku trzy salta czy wbiec po ścianie na dach (sam to widział!), to jakież sztuczki wyprawiać musi w chwilach namiętności? Będzie przynajmniej co wspomnieć, o czym ludziom opowiedzieć.
Z początku oczywiście należało wyjaśnić, czy nie należy do któregoś z mężczyzn. Tego by tylko brakowało, żeby ściągnąć sobie na kark gniew któregoś z tych diabłów.
Masa posiedział godzinkę w kuchni u Koteczki, pochwalił jej ryżowe chlebki i pomału wszystkiego się wywiedział. Jest narzeczony, nazywa się Ryudzo, bardzo dobry chłopak, ale już rok, jak uczy się za granicą.
No, to niech się uczy.
Teraz można się było wziąć do rzeczy.
Parę dni Masa stracił na to, żeby oswoić obiekt. Żadnych namiętnych spojrzeń czy, Buddo uchowaj, aluzji. Jej smutno bez narzeczonego, on też tęskni za domem wśród obcych, są prawie w jednakowym wieku – jakże nie znaleźć tematu do rozmów?
Naplótł jej o jokohamskich cudach (szczęściem Etsuko w gaijińskim mieście jeszcze nie bywała). Trochę, naturalnie, podkoloryzował, ale tylko, żeby było ciekawiej. Leciutko skierował rozmowę na osobliwe pościelowe nawyki gaijinów. Dziewczynie zabłysły oczy, usteczka się półotwarty: Aha! Choć i jest shinobi, ale krew ma żywą.
Upewniony na dobre co do szansy, przeszedł do kolejnej fazy. Jął wypytywać, czy to prawda, że kobiety itinoku mają prawo swobodnie rozporządzać swoim ciałem i że samo pojęcie zdrady mężczyzny czy narzeczonego wcale u nich nie istnieje.
– Jak może zdradzić jakaś dziurka w ciele? Zdradzić może tylko dusza, a duszę mamy wierną – dumnie odpowiedziała Etsuko, mądrala.
Jej dusza była Masie kompletnie na nic, całkowicie wystarczyłaby dziurka. Odrobinę pokluczył, że nigdy jeszcze nie obejmował kobiety, że jest okropnie nieśmiały i niepewny siebie.
– Przyjdź o północy nad rozpadlinę – szepnęła Etsuko. – Ja cię, skoro tak chcesz, obejmę.
– To będzie miłosierny uczynek – przemówił czule i zamrugał – niby ze skromności.
Miejsce na schadzkę wybrane było świetnie, trzeba oddać dziewczynie sprawiedliwość. Nocą nie ma tu żywej duszy, do najbliższego domu ze sto kroków. Strażników w Kakushimurze nie wystawiano. Po co? Z tamtej strony szczeliny są pod ziemią śpiewające deski. Gdy ktoś na nie nastąpi, huka puchacz – słychać z daleka. Tak że gdy z panem przełazili po linie, ani wiedzieli, że wieś gotowa jest na przyjęcie gości.