Выбрать главу

Masa aż zastygł z otwartymi ustami, zdumiony nie sprawnością strzelca, lecz blaskiem jego wygolonej czaszki. Tego człowieka widział już parę dni temu. Mnich-pątnik z noclegu w wiejskiej oberży z „brygadą budowlaną” Kamaty – to on!

I wszystko stało się absolutnie jasne.

Przewidujący człowiek ten Don Tsurumaki. Nie polegał bez reszty na wiernym, lecz mało rozgarniętym Kamacie. Doczepił do oddziału szpicla, który nie ujawniając się, wszystko wypatrzył, wszystko przewąchał. Widział pobojowisko na górze, wyśledził, gdzie jest wejście do podziemi, gdzie winda. Czysta robota, trzeba przyznać!

Mnich (jak nazwał w duchu Masa dowódcę czarnych kurtek) przeląkł się chyba, że któreś z zabitych ninja znów ożyje. Dobył z pochwy krótki miecz i wziął się do roboty. Klinga trzynaście razy uniosła się i trzynaście – spadła. Pod ścianą wyrosła piramida ściętych głów, dużych i małych. Z mieczem Mnich radził sobie zręcznie, czuło się wieloletni trening.

Przed przystąpieniem do końcowej części szturmu dowódca nakazał oddziałowi ustawić się w szereg.

– Straty są jak dotąd niewielkie – mówił Mnich, krocząc sprężyście wzdłuż linii. – Dwóch zabiła goła dziewucha, dwóch – żywy trup, jeden rozbił się, bo spadł z windy. Lecz główne zagrożenie przed nami. Będziemy działać ściśle według planu pana Shiroty. Że plan jest dobry, widzicie sami. Pan Shirota uprzedził, że dom herszta jest pełen pułapek, więc trzeba zachować szczególną ostrożność. Ani kroku bez rozkazu. Jasne? – Nagle przystanął, wpatrując się w ciemność. – Kto tam? To ty, Ryuhei?

Pojąwszy, że go dostrzeżono, Masa ruszył z wolna naprzód. Co robić? Podejść czy rzucić się do ucieczki?

– Więc jednak się pozbierałeś? Kości niepołamane? No, zuch. Dołącz do szeregu.

Większość czarnych kurtek zdjęła na wzór dowódcy kaptury, lecz ten i ów, chwała Buddzie, zostawił twarz zakrytą, więc nikt nie podejrzewał Masy. Tylko sąsiad z szeregu zbliżył się i dał mu lekkiego kuksańca w bok – pewno zamiast powitania.

– Dwudziestu otacza polanę – komenderował Mnich. – Karabiny trzymać w pogotowiu, nie spać. Jeśli jaki shinobi spróbuje się przebić – kłaść trupem na miejscu. Reszta ze mną do domu. Nie tłoczyć się, dwójkami!

Do łańcucha obławy Masa iść nie chciał, przyłączył się do tych, którzy pójdą do domu, lecz nie wcisnął się do pierwszej dwójki – zaledwie do trzeciej.

Plan szturmu był najwyraźniej opracowany naprawdę co do szczegółu.

Długa podwójna kolumna dobiegła kłusem na polanę, na której skraju ciemniała wzniesiona z bali siedziba jōnina. Dwunastka strażników obławy zajęła miejsca na skraju lasu, wetknęła w ziemię pochodnie.

Reszta, wyciągnięta w długiego, ciemnego węża, ruszyła naprzód.

– Karabiny na ziemię! – rozkazał dowódca, nie spuszczając oczu z domu zachowującego złowieszcze milczenie. – Sztylety w dłoń!

Trzymał się nieco z tyłu, jakby w niezdecydowaniu przystając.

Nie chce się pchać na rożen, zrozumiał Masa. I słusznie. Rakuda (który dzięki swej heroicznej śmierci awansował z pewnością o kolejny stopień w cyklu metamorfoz) opowiadał, że w razie niebezpieczeństwa dom pana Tamby zmienia się w istnego jeża – dość w tym celu nacisnąć jakieś sekretne dźwignie. A że czasu obrońcy domu mieli sporo, więc czarne kurtki oczekuje niemało niespodzianek. Tu Masa przypomniał sobie z dreszczem, jak owej nocy przechyliła się pod nim podłoga i runął w ciemność.

Mnich – człowiek ostrożny, wie, że pchać się na siłę nie ma sensu.

I od razu, jakby na potwierdzenie tej myśli, zaczęło się.

Ledwie o krok od ganku jeden z pierwszej dwójki nagle zniknął. Jakby się w ziemię zapadł.

A raczej, bez wszelkich „jak”, zapadł się naprawdę. Masa sto razy przechodził tędy i nie miał pojęcia o ukrytym wilczym dole.

Rozległ się straszliwy wrzask. Czarne kurtki odskoczyły najpierw od ziejącej dziury, potem zebrały się nad nią. Masa stanął na palcach, spojrzał przez czyjeś ramię w dół. Zobaczył nabite na ostrza, drgające jeszcze ciało.

– Ledwo ustałem, na samym skraju! – mówił roztrzęsionym głosem ocalały z pierwszej dwójki. – Amulet mnie uratował! Amulet bogini Kannon!

Reszta ponuro milczała.

– Do szeregu! – warknął dowódca.

Obchodząc straszną jamę, z której wciąż jeszcze dochodziły jęki, zaczęli wdrapywać się na ganek. Posiadacz cudownego amuletu wyciągnął rękę ze sztyletem, głowę wcisnął w ramiona. Minął pierwszy stopień, drugi, trzeci. Stąpnął lękliwie na taras i w tejże chwili z okalającej daszek grubej belki odpadł masywny bal. Głucho palnął przybysza w ciemię, a ów bez jęku runął twarzą w dół. Z rozwartej dłoni wyślizgnął się amulet w małej, haftowanej koralikami sakiewce.

Bogini Kannon jest w sam raz dla kobiet i zajęć pokojowych, pomyślał Masa. Do spraw męskich dużo lepszy bywa amulet bóstwa Fudo.

– No, co tak stoicie? – ryknął Mnich. – Naprzód!

Wbiegł śmiało na taras, lecz dalej się nie pchał. Machnął ręką.

– Ejże, ejże! Nie bać się!

– Kto się boi? – burknął tęgi dryblas, przeciskając się naprzód. Odsunął się i Masa, dając chwatowi przejść. – No, puszczajcie!

Szarpnął drzwi wejściowe. Masa aż się skrzywił, lecz nic strasznego nie zaszło.

– Zuch Saburó – pochwalił śmiałka dowódca. – A butów mi nie zdejmować, nie przychodzimy w gości.

Ukazał się dobrze znajomy Masie korytarz. Troje drzwi z prawej, troje z lewej, a w głębi jeszcze jedne – za nimi pomost w pustkę.

Ośmielony Saburó tupnął w podłogę – znowu nic. Przestąpił próg, przystanął, podrapał się w ciemię.

– Gdzie najpierw?

– Weź te z prawej – rozkazał Mnich, też wchodząc na korytarz. Za nimi, cisnąc się, wlazła reszta.

Przed wejściem Masa zerknął za siebie. Pod gankiem utworzył się długi ogonek czarnych kurtek, w szkarłatnym świetle pochodni pobłyskiwały obnażone ostrza. „Żmija wsuwająca głowę w paszczę tygrysa” – pomyślał wasal Fandorina i aż się wzdrygnął. Jest, jasne, z całej duszy po stronie tygrysa, lecz sam stał się akurat łuseczką na ciele żmii…

– Ruszaj! – Dowódca popchnął mężnego (a może po prostu tępawego) Saburō.

Ten otworzył drzwi pierwszego pokoju z prawej, wszedł do wnętrza, rozejrzał się, zrobił krok, drugi. Gdy musnął nogą drugiej tatami, w ścianie coś brzęknęło. Z korytarza Masa nie widział, co tam zaszło, ale Saburō ze zdziwieniem jęknął, złapał się rękoma za pierś i zgiął się wpół.

– Strzała! – zachrypiał, odwracając się.

I owszem – pośrodku jego piersi sterczał metalowy pręt. Mnich wycelował z rewolweru w ścianę, ale nie zaczął strzelać.

– Samopał – wymamrotał. – Sprężyna pod podłogą. Saburō przytaknął, jakby zgadzał się w pełni z tym wyjaśnieniem, pisnął jak dziecko i zwalił się na bok.

Przestąpiwszy umierającego, Mnich szybko opukał kolbą ściany, lecz nic nie znalazł.

– Dalej! – krzyknął. – Ej, ty! Ty, ty! Ruszaj!

Wojownik w kapturze, którego wskazał, zawahał się ledwie sekundę i podszedł do następnych drzwi. Spod maski dochodziło przygłuszone mamrotanie.

– Zawierzam się Buddzie Amidzie, zawierzam się Buddzie Amidzie – rozeznał Masa święte zaklęcia tych, co wierzą w Drogę Czystej Ziemi.

Modlitwa była dobra, w sam raz dla grzesznej duszy, żebrzącej o przebaczenie i zbawienie. Bardziej zdumiewające było jednak, że w izbie, gdzie wejść miał wyznawca Buddy Amidy, wisiał na ścianie zwój ze zdaniem wielkiego Shinrana *: „Nawet dobry człowiek odrodzić się może w Czystej Ziemi, a już niedobry – tym bardziej”. Cóż za zadziwiający traf! Może zwój pozna i ocali swego?

вернуться

* Twórca (1173-1262) buddyjskiej nauki jōdo – shinshu (Prawdziwej Czystej Ziemi), gdzie drogą ku wyzwoleniu jest bezwarunkowe zawierzenie Buddzie Amidzie (przyp. tłum.).