Выбрать главу

– Rozumiem… – rzekł przeciągle Fandorin, czując, że nie całkiem osiągnął cel.

– A w dodatku macie bardzo piękną literaturę – dodał sekretarz i skłonił się, jakby sugerując, że nie ma nic więcej do dodania.

Zapadła cisza. Radca tytularny myślał, czy nie zapytać wprost: „Czemuż pan tak na mnie wilkiem patrzy?”, lecz z punktu widzenia etykiety japońskiej byłby to, rzecz jasna, niedopuszczalny nietakt.

Shirota pierwszy przerwał milczenie.

– Czy to właśnie to, o czym pan wicekonsul chciał ze mną mówić? – W jego głosie brzmiało zdziwienie.

– W-właściwie tak… A pan o czym chciał mówić ze mną?

Sekretarz z bladego stał się pąsowy. Przełknął ślinę, odkaszlnął.

– O kapitańskiej córce. – I zobaczywszy w oczach rozmówcy zdumienie, wyjaśnił: – O Sofii Diogenownie.

– Co się stało?

– Panie wicekonsulu, pan ją… Chce ją pan pośrubić?

Za sprawą zamiany w kluczowym słowie „r” i „1”, a nade wszystko samej tej niebywałej supozycji, Erast Pietrowicz nie od razu uchwycił sens pytania.

Wczoraj wieczorem, wróciwszy do domu z policji, młody człowiek znalazł na stoliku w sypialni mocno wymiętą kopertę bez żadnego adresu. Otworzył – wewnątrz znajdowała się różowa karteczka. Na niej starannym pismem, z winietkami i zawijasami, wywiedziono te oto cztery linijki:

Biada, sercu brak już siły,

Zjaw się szybciej, ocal mnie!

Lecz jeśli zawiedziesz, miły,

Wiedz, że ginę w imię twe.

Zaskoczony, Fandorin poszedł po wieści do Masy. Pokazał mu kopertę i sługa wykonał małą pantomimę: długi warkocz, ogromne oczy, dwie kule na biuście. „Panna Błagolepow” – domyślił się Erast Pietrowicz. I wtedy dopiero przypomniał sobie, że obiecała mu przepisać swój ulubiony wiersz z albumu, dzieło trzeciego mechanika ze „Świętego Pafnucego”. Wsunął kartkę w pierwszą lepszą książkę i przestał o tym myśleć.

A tu, jak się okazuje, rozgrywa się nie na żarty duchowy dramat!

– Jeśli kocha pan pannę Błagolepow, jeśli ma pan szla-chet-ne zamiary, odsunę się w cień… Rozumiem, jest pan jej ro-da-kiem, jest pan urodziwy, bogaty, cóż mógłbym temu przeciwstawić? – Shirota denerwował się strasznie, trudne słowa wypowiadał szczególnie starannie, a w oczy Fandorinowi nie patrzył. Opuścił głowę aż na piersi. – Ale jeśli… – jego głos zadrżał – ale jeśli ma pan zamiar wykorzystać bez-bron-ność samotnego dziewczęcia… Ma pan?

– Co mam? – nie nadążył za biegiem rozmowy radca tytularny, któremu dedukcja przychodziła o wiele łatwiej od rozmów intymnych.

– Wykorzystać bez-bron-ność samotnego dziewczęcia…

– Nie, nie mam.

– Wcale? Tylko uczciwie!

Erast Pietrowicz zamyślił się, chcąc dać absolutnie uczciwą odpowiedź. Przypomniał sobie długi warkocz panny Błagolepow, jej krowie oczy, albumowy wierszyk.

– Wcale.

– To znaczy, ma pan szla-chet-ne zamiary. – Biedny sekretarz jeszcze bardziej sposępniał. – Chce się pan Sofii Diogenownej o-świad-czyć?

– Ależ w żadnym razie! – Fandorin zaczynał się irytować. – Nie interesuję się nią pod żadnym względem!

Shirota na mgnienie podniósł rozjaśnione oblicze, ale zaraz podejrzliwie zmrużył oczy.

– I wybrał się pan do Rakuena, ryzykował tam życie, a teraz płaci pensję z o-so-bis-tej kiesy nie dlatego, że ją kocha?

Erastowi Pietrowiczowi nagle zrobiło się go żal.

– Przez myśl mi to nawet nie przeszło – powiedział miękko. – Zapewniam pana. Nie znajduję w pannie Błagolepow naprawdę niczego… – zaciął się, nie chcąc ranić uczuć zakochanego sekretarza – no, to znaczy ona, rzecz jasna, jest bardzo m-miła i, by tak rzec…

– To najwspanialsza dziewczyna na świecie! – surowo przerwał wicekonsulowi Shirota. – Ona… ona – to… kapitańska córka! Jak Masza Mironowa! * A zatem, skoro nie kocha pan Sofii Diogenowny, czemu aż tyle pan dla niej zrobił?

– A jakże mogłem nie zrobić? Sam pan mówi: samotna, bezbronna, na obczyźnie…

Shirota westchnął i obwieścił tryumfalnie:

– Ja pannę Błagolepow kocham.

– Już się d-domyśliłem.

Nagle Japończyk skłonił się ceremonialnie, i to nie na sposób europejski, samym podbródkiem, ale w pas. I wyprostował się nie od razu, lecz po dobrych pięciu sekundach.

Teraz patrzył Fandorinowi prosto w twarz, a w oczach błyszczały mu łzy. Ze wzruszenia wszystkie „1” i „r” znów pozamieniały się miejscami.

– Jest pan szrachetnym czrowiekiem, panie wicekonsuru. Jestem na wieki pańskim drużnikiem!

„Wkrótce będę miał za wiekuistych dłużników pół Japonii” – ironizował w myśli Erast Pietrowicz, nie chcąc przyznać przed sobą, że się wzruszył.

– Jedno jest przykle – rzekł z westchnieniem Shirota. – Nigdy nie zdoram się odpracić za pańską wspaniaromyśrność.

– Nawet bardzo pan zdoła. – Radca tytularny ujął go pod ramię. – Chodźmy do mnie do mieszkania. Bo znów ten piekielny śliwowy deszcz leje.

Zostaw parasol

Gdy siąpi z nieba pierwszy

Śliwowy deszczyk.

Gwiazda Syriusz

Noc pachniała dziegciem i mułem, bo tuż obok pluskała brudna rzeczka Yosidagawa, ściśnięta przez godauny i nadbrzeża towarowe.

Kamerdyner Erasta Pietrowicza tkwił w umówionym miejscu pod drewnianym mostem, dumał o przewrotności losu i czekał. Gdy się pojawi Semushi, pan zawyje psim głosem – Masa sam go uczył. Całą godzinę urządzali renshū na dwa głosy, aż do konsulatu przysłano z sąsiedztwa, zawiadamiając, że w policji zostanie złożona skarga na Rosjan, jeśli ci nie przestaną dręczyć biednego psiaka. Naukę wycia trzeba było zakończyć, ale panu wycie wychodziło już całkiem nieźle.

Psów w mieście Jokohamie jest mnóstwo i często wyją po nocach, więc ani Semushi, ani agenci policyjni nie zwrócą na to uwagi. Główną troską Masy było co innego: nie pomylić pana z prawdziwym psem, ale Japończyk miał nadzieję, że nie pomyli. Co jak co, ale wasalowi wstyd byłoby nie rozróżnić szlachetnego głosu swego pana od wycia łańcuchowego kundla.

Siedzieć pod mostem musiał bardzo cicho, bez ruchu, ale to Masa potrafił. Ileż to razy w poprzednim życiu, jeszcze jako czeladnik w czcigodnej bandzie Chobei-gumi, czaił się na straży i w zasadzce? To wcale nienudne, bo człowiek rozumny zawsze znajdzie sobie temat do rozmyślań.

Hałas i ruch były wzbronione, bo na moście, niemal tuż nad głową Masy, siedział agent przebrany za żebraka. Kiedy mijał go jakiś późny przechodzień, agent zaczynał mamrotać pod nosem sutry, i to całkiem udatnie: parę razy o miseczkę brzęknęła miedziana monetka. Ciekawe, czy przekazuje potem jałmużnę naczelnikowi, czy też nie? A jeśli tak, to czy trafiają te miedziaki do cesarskiej kasy?

Szpiclami obsadzona jest cała trasa od Rakuena aż do domu Semushiego. Po jednym agencie na każde skrzyżowanie. Ten tkwi w bramie, ów w rynsztoku. Za Garbusem skrada się główny agent, najzdolniejszy. Okutany w szarą opończę, na nogach ma miękkie wojłokowe pantofle, a kryć się umie tak szybko, że choćbyś się sto razy oglądał, nikogo nie zauważysz.

O jakieś pół setki kroków za głównym agentem idzie jeszcze trójka, na wszelki wypadek, gdyby miało wyniknąć coś nieprzewidzianego. Wówczas starszy mignąć ma spod płaszcza latarnią, i trójka od razu podbiegnie.

Oto jak solidnie śledzony jest Semushi, nigdzie się przed agentami nie skryje. Ale pan i Masa pogłowili się, podumali i wymyślili. Ledwie z dali dobiegnie wycie wicekonsula rosyjskiego imperium, Masa zaraz…

вернуться

* Bohaterka powieści Puszkina Córka kapitana (1833-1836) (przyp. tłum.).