Pół godziny radca tytularny bez żadnego sensu przesiedział w fotelu, obracając w palcach niezapalone cygaro. Potem zadzwoniono do drzwi.
Erast Pietrowicz kiwnął głową, jakby tego się właśnie spodziewał. Zamiast naciągnąć spodnie, uczynił coś wręcz przeciwnego: zdjął koszulę.
Dzwonek znów brzęknął, tymczasem głośniej. Wicekonsul bez pośpiechu narzucił jedwabny szlafrok, zawiązał sznur z frędzlą. Stanął przed lustrem i udał ziewnięcie.
Dopiero potem zapalił naftową lampę i skierował się do przedpokoju.
– Asagawa? Pan? – spytał zaspanym głosem, widząc za progiem inspektora. – Co się stało? Dałem służącemu wolne, dlatego sam… Czemuż pan tak stoi?
Ale Japończyk nie wszedł. Skłonił się sztywno i urywanym głosem oznajmił:
– Nie ma dla mnie przebaczenia… Moi ludzie zgubili Semushiego. Ja… nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Światło lampy padało na nieszczęsne oblicze Asagawy. „Utracona twarz” – pomyślał Erast Pietrowicz i zrobiło mu się żal inspektora, dla którego utrata twarzy przed cudzoziemcem była z pewnością podwójnie bolesna. Jednakże okoliczności wymagały okrucieństwa. Inaczej przyszłoby wdać się w wyjaśnienia i sporo zełgać.
Wicekonsul policzył w myśli do dwudziestu, a potem bez słowa zatrzasnął drzwi przed nosem Japończyka.
Teraz można było pójść spać. Wcześniej niż rankiem wiadomości od Masy i Shiroty nie będzie. Nieźle byłoby choć trochę pospać. Jutro nastąpi niechybnie dzień pełen emocji.
Ale podniecenie nie całkiem jeszcze Fandorinowi przeszło. Czując, że od razu nie zaśnie, wziął z salonu drugi tom Fregaty Pallady *, najlepszej z nasennych lektur.
Palnik gazowy w sypialni zasyczał, lecz nie zapłonął. Erast Pietrowicz nie zdziwił się – oświetlenie gazowe pojawiło się w Jokohamie niedawno i było dalekie od doskonałości. Na takie okazje przy łóżku stał lichtarz.
Młody człowiek w kompletnych ciemnościach podszedł do stolika i namacał zapałki.
Pokój rozjarzył się miękkim, drgającym światłem.
Fandorin zrzucił na podłogę szlafrok, obrócił się i krzyknął.
W łóżku, oparta łokciem o poduszkę, leżała O-Yumi i patrzyła nań nieruchomym, migotliwym wzrokiem. W nogach łóżka wisiała suknia, stanik i jedwabne pończochy. Spod zsuniętej kołdry oślepiająco bielało krągłe ramię.
Zjawa uniosła się, za sprawą czego kołdra spełzła jej po pas, gibka ręka wyciągnęła się do lichtarza, dmuchnięcie – i znów zapadła ciemność.
Erast Pietrowicz omal nie jęknął – zniknięcie cudnej złudy odezwało się w nim przenikliwym bólem.
Ostrożnie wyciągnął rękę, bojąc się, że w mroku nie znajdzie nic prócz pustki. Ale palce musnęły coś gorącego, gładkiego, żywego.
Ochrypnięty głos powiedział:
– Już myślałam, że nigdy nie przyjdziesz…
Zaszeleściło prześcieradło, delikatne, lecz zadziwiająco silne ręce objęły Fandorina za szyję, pociągnęły ku sobie.
Erastowi Piętro wieżowi wściekle załomotało w skroniach od aromatu skóry i włosów.
– Skąd pani… – szepnął i tracąc dech, nie skończył. Gorące wargi zamknęły mu usta.
W sypialni nie rozbrzmiało już ani jedno słowo. W świecie, dokąd zawiodły radcę tytularnego miękkie ręce i czułe usta, nie istniały i istnieć nie mogły żadne słowa: przeszkodziłyby tylko, rozpraszając czar.
Po niedawnej przygodzie w Kalkucie, która pociągnęła za sobą spóźnienie na parowiec, Erast Pietrowicz uważał się za doświadczonego, bywałego mężczyznę. Jednak w objęciach O-Yumi czuł się nie mężczyzną, lecz jakimś niesłychanym instrumentem muzycznym: ni to czarodziejskim fletem, ni to boskimi skrzypcami, ni to słodką fujarką, a urzekająca wykonawczyni koncertowała po mistrzowsku na wszystkich nich naraz, ziemską algebrą sprawdzając niebiańską harmonię.
W krótkich antraktach oszołomiony wicekonsul próbował coś bąkać, lecz odpowiedzią były jedynie pocałunki, lekkie dotknięcia, cichy śmiech.
Gdy przez okno przenikać zaczęły szare promyki świtu, Fandorin niewiarygodnym wysiłkiem woli na wpół wychynął z odurzenia. Sił starczyło mu tylko na jedno jedyne pytanie – najważniejsze; cała reszta nie miała znaczenia. Ujął dłońmi jej skronie, by ogromne, rozszerzone tajemniczym światłem oczy znalazły się jak najbliżej.
– Zostaniesz ze mną?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Ale… przyjdziesz jeszcze?
O-Yumi też ujęła go za skronie, uczyniła palcami kilka lekkich, okrężnych ruchów, ucisnęła delikatnie głowę z obu stron i Fandorin, sam o tym nie wiedząc, momentalnie usnął. Po prostu zapadł w głęboki sen i nie poczuł, jak jej ręce delikatnie kładą jego głowę na poduszkę.
W owej chwili Erast Pietrowicz śnił już sen. Zdawało mu się, że gna błękitną, promieniującą lodowym blaskiem karocą poprzez niebo, wznosząc się coraz wyżej. Jego szlak wiedzie ku gwieździe, wyciągającej na spotkanie diamentowego powozu swe przejrzyste promienie. Obok migoczą drobne złociste gwiazdy, chłodząc mu twarz świeżym, mroźnym powiewem. Erastowi Pietrowiczowi jest bardzo dobrze i ledwie pamięta, że w żadnym wypadku nie wolno mu się obejrzeć – bo spadnie i się rozbije.
Lecz on się nie ogląda. Pędzi przed siebie i w górę, na spotkanie gwiazdy.
Gwiazda zwie się Syriusz.
Świeci, nie znając
Imienia, jakim go zwą.
Błękitny Syriusz.
Końskie łajno
Fandorin obudził się – ktoś delikatnie, lecz uporczywie klepał go po policzku.
– O-Yumi – wyszeptał Erast Pietrowicz. I w istocie ujrzał przed sobą skośnooką twarz, lecz, niestety, nie była to nocna czarodziejka, tylko sekretarz Shirota.
– Proszę o wybaczenie – powiedział Japończyk – ale pan w żaden sposób nie chciał się obudzić i już brał mnie niepokój…
Radca tytularny usiadł na łóżku i rozejrzał się. Sypialnię oświetlały niskie promienie porannego słońca. Nie było ani samej O-Yumi, ani jakichkolwiek oznak jej niedawnej obecności.
– Panie wicekonsulu, gotów jestem zdać raport – zaczął Shirota, trzymając w pogotowiu jakiś arkusik.
– Tak, tak, oczywiście – wymamrotał Fandorin, zaglądając pod kołdrę.
Prześcieradło zmięte, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Może został długi włos? Pyłki pudru? Pąsowy ślad szminki?
Nic.
Przyśniło mu się?
– Zgodnie z pańskimi wskazówkami, ukryłem się w krzakach koło rozstaju dróg. O drugiej czterdzieści trzy od strony bezludzia ukazała się biegnąca postać…
– Proszę powąchać – przerwał Fandorin, wetknąwszy nos w powłoczkę. – Czym to pachnie?
Sekretarz wziął poduszkę i ze znawstwem wciągnął powietrze.
– To aromat ayame. Jak to jest po rosyjsku? Irys.
Oblicze radcy tytularnego rozświetlił szczęśliwy uśmiech. Nie przyśniło mu się!
Była tu! To woń jej perfum!
– Irys to najmodniejszy aromat bieżącego sezonu – wyjaśnił Shirota. – Perfumują się nim kobiety, praczki skrapiają bieliznę. W kwietniu zapachem sezonu była glicynia, a w czerwcu będzie azalia.
Uśmiech spełzł z oblicza Erasta Pietrowicza.
– Można kontynuować? – spytał Japończyk, zwracając mu poduszkę.
I kontynuował raport. W minutę potem Fandorin nie myślał już ani o aromacie irysów, ani o nocnej zjawie.