Выбрать главу

Na bulwarze radca tytularny napotkał tylko dwie żywe dusze: francuskiego marynarza, obejmującego się z japońską dziwką. Marynarz rozdziawił gębę, zsunął czapkę z pomponem na ciemię. Japonka pisnęła.

A było od czego. Z mroku na spotkanie parki wypadł ktoś czarny w rozwianym płaszczu. Smyrgnął na kauczukowych oponach i błyskawicznie rozpłynął się w mroku.

* * *

Nocny Bluff z jego gotyckimi wieżyczkami, statecznymi willami i równo strzyżonymi trawnikami wydał się nieprawdziwym, zaczarowanym miasteczkiem, z woli figlarnego czarodzieja skradzionym staruszce Europie i rzuconym diabeł wie gdzie, na sam kraj świata.

Nie było tu ani spacerujących marynarzy, ani kobiet wątpliwej konduity, wszystko spało, tylko z wieży zegara dochodził łagodny dźwięk kurantów.

Radca tytularny wdarł się do tego wiktoriańskiego raju w szczególnie niestosowny sposób. Rzecz w tym, że jego wspaniały royal crescent rozpędził stado bezpańskich psów, śpiących spokojnie na moście. W pierwszej chwili z ujadaniem rzuciły się do ucieczki, lecz widząc, że nocne widziadło przed nimi umyka, ośmieliły się i z jazgotem rzuciły w pogoń.

I nic na to nie można było poradzić.

Erast Pietrowicz machał na nie ręką i nawet kopnął któregoś noskiem sztybleta, ale przeklęte kundle nie chciały się odczepić. Gnały za wicekonsulem, ujadając coraz donośniej.

Nacisnął mocniej na pedały, co przyszło niełatwo, bo ulica pięła się w górę, lecz muskuły Fandorin miał stalowe i po minucie lub dwóch pogoni psy zaczęły zostawać z tyłu.

Pod numer 129 młody człowiek dotarł cały mokry od potu. Zmęczenia jednakże nie czuł – dziś wszelkie wysiłki były dlań fraszką.

Czcigodny patron najdroższej kobiety na ziemi zamieszkiwał piętrowy pałacyk z czerwonej cegły, wzniesiony według kanonów sławnego stylu georgiańskiego. W domu, nie bacząc na późną porę, nie spano – świeciły się okna i na górze, i na dole.

Badając miejsce, Fandorin ze zdziwieniem odkrył, że już tu był. W sąsiedztwie widniało wysokie ogrodzenie z ażurową bramą, a za nim znajome białe palazzo z kolumnami: posiadłość Dona Tsurumakiego, gdzie Erast Pietrowicz po raz pierwszy ujrzał O-Yumi.

Posiadłość Bullcoksa ustępowała sąsiedniej rozmiarem i przepychem, co było Fandorinowi jak najbardziej na rękę: wobec wysokiego na półtora sążnia ogrodzenia japońskiego nuworysza nie obeszłoby się bez drabiny, a skok przez drewniany parkan Anglika był całkiem prosty.

Nie myśląc długo, Erast Pietrowicz tak właśnie zrobił. Ale nie uszedł i paru kroków, gdy ujrzał, że przez trawnik pędzą ku niemu trzy błyskawiczne cienie – ogromne, milkliwe mastiffy, których ślepia w świetle księżyca błysnęły złowieszczo zielonym fosforem.

Trzeba było gwałtem rej terować na płot, a i to ledwie zdążył.

Siedząc z podkulonymi nogami na szczycie parkanu, z widokiem na wyszczerzone paszczęki, radca tytularny wymyślił zaraz dla tej sceny stosowny nagłówek: HAPLESS LOVER CHASED BY MASTIFFS *.

„Cóż za wstyd! Cóż za dziecinada!” – rzekł sobie wice – konsul, lecz zamiast pójść po rozum do głowy, zagryzł tylko wargi, tak irytowała go własna bezsilność.

O-Yumi była tuż, za jednym z tych okien, lecz co począć z przeklętymi psami?

Radca tytularny z sympatią i szacunkiem traktował psie plemię, lecz teraz bez wszelkich sentymentów ustrzeliłby przeklęte angielskie stwory z wiernego gerstala. Ach, czemu postęp techniczny nie przyniósł dotąd bezdźwięcznego prochu!

Mastiffy nie ruszały się z miejsca. Patrzyły w górę, drapiąc pazurzastymi łapami w deski. Szczekać nie szczekały, tak już tych arystokratów szkolono, lecz warczały, i to w najbardziej krwiożerczy sposób.

Nagle z dalszego końca ulicy dobiegł dźwięczny plebejski szczek.

Erast Pietrowicz obejrzał się i poznał swych niedawnych znajomków, bezpańskie psy z mostu Yatobashi. „Czyżby przygnały moim śladem?” – pomyślał, ale dostrzegł, że kundle gonią za kimś biegnącym.

Ten, nie zatrzymując się, machnął ręką – rozległ się żałosny pisk. Machnął ręką w drugą stronę – znowu pisk i sfora się odczepiła.

Masa! To był wierny Fandorinowski wasal – Masa! W ręce trzymał drewniany kołek, do którego na łańcuchu przyczepiony był taki sam drugi. Fandorin wiedział już, że ta niepokaźna, ale skuteczna broń zwie się nuntiaku, i że Masa świetnie nią włada.

Podbiegłszy, kamerdyner skłonił się siedzącemu na płocie panu.

– Jak tyś mnie znalazł? – spytał Erast Pietrowicz i spróbował powiedzieć to samo po japońsku. – Dō… watashi sagasu?

Lekcje japońskiego nie były daremne – Masa zrozumiał! Wydobył zza pazuchy złożoną na czworo kartkę, rozwinął.

Ach tak! – plan Settlementu z ołówkową linią od konsulatu do numeru 129.

– To nie służba. Shigotoiie. Idź, idź. – Tytularny radca machnął na Masę ręką. – Żadnego niebezpieczeństwa nie ma. Rozumiesz? Kikeniie. Wakaru?

– Wakarimasu - sługa skłonił się. – Mochiron wakarimasu. O-Yumi-san.

Z zaskoczenia Erast Pietrowicz zachwiał się i omal nie gruchnął z płotu, przy czym na niewłaściwą stronę. Ledwie złapał równowagę. Och, służący, służący! Dawno wiadomo, że wiedzą o swych panach dużo więcej, niż myślą ci ostatni. Ale jak?! Skąd?!

– Skąd ty wiesz? Dō wakaru?

Japończyk złożył krótkopalce dłonie, przycisnął je do policzka, jak gdyby spał. Wymamrotał:

– O-Yumi, O-Yumi… Mira…

„Miła?”.

Czyżby powtarzał przez sen jej imię?

Radca tytularny opuścił głowę, cierpiąc bolesne poniżenie. Masa zaś podskoczył i zajrzał na drugą stronę płotu. Pojął przyczynę dziwnej dyslokacji wicekonsula i zaczął usilnie kręcić głową.

– Hai - powiedział. – Shōshō o-machi kudasai.

Rzucił się do stada psów, poszczekujących ospale pod sąsiednim płotem. Złapał jedną psinę, obejrzał, powąchał i puścił. Tak samo postąpił z drugą. Ale trzeciej nie wypuścił – wsadził ją pod pachę i wrócił do pana. Kundle zniosły tę przemoc w milczeniu – widać szanowały siłę. Tylko wzięta do niewoli suka zaskowyczała żałośnie.

– Na co ci ona?

Nie puszczając zdobyczy, Masa jakimś cudem wlazł na płot, dziesięć kroków od Fandorina.

Przerzucił nogi, zeskoczył i co sił pobiegł do furtki. Mastiffy runęły w pogoń za mikrusem, gotowe rozedrzeć go na strzępy lecz bystronogi kamerdyner odsunął rygiel i cisnął kundlicę na ziemię. Z jazgotem skoczyła na drogę i oto zaszedł prawdziwy cud: miast rozszarpać obcego, stróżujące psy rzuciły się za uciekinierką.

Ta zmykała przed nimi, rozpaczliwie pracując łapami. Mastiffy zgodnie, łeb przy łbie, rwały jej śladem.

„Toż to suka w cieczce! – dotarło wtem do Fandorina. – Ależ ten Masa… Co za łeb!”.

Stado też zerwało się z miejsca i rzuciło za przerażającymi kawalerami, zachowując jednak pełen szacunku dystans. Po pięciu sekundach na ulicy nie został ani jeden czworonóg.

Masa wyszedł przez furtkę i ceremonialnie się skłonił, zapraszając swego pana gestem do wejścia. Erast Pietrowicz rzucił słudze na ręce płaszcz, oddał kapelusz i wszedł – nie przez płot, ale przyzwoicie, drzwiami.

W dali zachłystywało się jazgotem i przeciągłym wyciem żądne miłości psie gremium.

Porzucić wszystko,

Gnać na złamanie karku -

To zew miłosny.

вернуться

* Niefortunny kochanek ścigany przez mastiffy (ang).