Выбрать главу

Fandorin bez emocji wzruszył ramionami.

– Nie zabije. Europejczycy tak nie robią. Wyzwie mnie na pojedynek.

Wtedy zaczęła popychać go piąstkami w stronę okna.

– Nie wyzwie! Nie znasz tego człowieka. Z pewnością cię zabije! Nie dziś, to jutro albo pojutrze. I to nie własnymi rękoma.

– No to trudno – nie słuchając, wymamrotał Fandorin i spróbował przyciągnąć ją do siebie. – Nie boję się go.

– …A jeszcze wcześniej zabije mnie. Bez żadnych oporów. Zgniecie jak motylka. Zmykaj! Przyjdę, kiedy tylko będę mogła…

Nie wypuścił jej z rąk. Dotknął wargami malutkich ust, cały zadrżał, lecz opamiętał się, gdy szepnęła:

– Chcesz mojej śmierci?

Odskoczył do tyłu. Zazgrzytał zębami i wskoczył na parapet. Z pewnością równie lekko skoczyłby w dół, lecz O-Yumi nagle krzyknęła:

– Nie! Stój! – i wyciągnęła ręce.

Runęli ku sobie błyskawicznie i nieodwracalnie, niby dwa zderzające się pociągi, fatalnym trafem jadące po jednym torze. Dalej – wiadomo: druzgot, słup dymu i płomieni, wszystko leci ku niebu i jeden tylko Bóg wie, kto zginie, a kto ocaleje z tych bachanalii ognia.

Kochankowie wczepili się w siebie, palce nie tyle głaskały, ile szarpały, usta nie tyle całowały, ile kąsały.

Upadli na podłogę i tym razem nie było żadnej niebiańskiej muzyki, żadnej sztuki, tylko napór, trzask rozrywanej odzieży, smak krwi na wargach.

Nagle drobna, lecz silna ręka wparła się Fandorinowi w pierś, odepchnęła go. Głos szepnął mu w samo ucho:

– Uciekaj!

Podniósł głowę. Otumanionym wzrokiem spojrzał na drzwi. Usłyszał kroki, beztroskie pogwizdywanie. Ktoś się zbliżał, wchodząc z dołu na górę, zapewne po schodach.

– Nie! – jęknął Erast Pietrowicz. – Trudno. Wszystko jedno!…

Lecz jej już przy nim nie było – stojąc, doprowadzała szybko do ładu zmięty peniuar.

– Zgubisz mnie! – powiedziała.

Przerzucił się przez parapet, najzupełniej bez obaw, jak spadnie: na bok, na plecy czy nawet głową w dół. Jednak – rzecz zdumiewająca – wylądował dużo zręczniej niż poprzednio w Grand Hotelu i wcale się nie potłukł.

W ślad za nim wyleciały z okna surdut i lewy sztyblet – radca tytularny ani zauważył, kiedy go stracił.

Ledwie się jakoś pozbierał, zapiął koszulę i zaczął nadsłuchiwać, co się dzieje na górze. Ale rozległ się stuk zatrzaskiwanego okna i nic więcej.

Okrążywszy dom, Erast Pietrowicz chciał przeciąć trawnik i wrócić jak wcześniej do otwartej furtki, gdzie czekał Masa. Zrobił może dziesięć kroków i zamarł. Z ulicy na dziedziniec wpadły trzy podługowate, mknące nisko nad ziemią cienie.

Mastiffy!

Czy zaspokoiły swą męskość, czy też, jak pechowy wicekonsul, rejterowały przed silniejszym rywalem – dość, że wróciły i odcięły jedyną drogę odwrotu.

Fandorin rzucił się z powrotem do ogrodu. Gnał, nie wybierając drogi, po twarzy chlastały go gałęzie. Piekielne psy biegły dużo szybciej. Ich sapanie było coraz bliżej i bliżej.

Ogród się skończył. Dalej było ogrodzenie z żelaznych kopii. Wysokie, ani się wspiąć, ani za co uchwycić.

Erast Pietrowicz obejrzał się, wsunął rękę pod ramienną kaburę, żeby wyciągnąć gerstala, lecz strzelać nie było wolno – zbudziłby cały dom.

Pierwszy mastiff zawarczał, zbierając się do skoku.

RUSSIAN VICECONSUL TORN TO PIECES * – błysnęło w głowie ginącemu Fandorinowi. Zakrył rękoma twarz i gardło, odruchowo wbił się plecami w ogrodzenie. Wtem rozległ się dziwny metaliczny brzęk, krata ustąpiła i radca tytularny przewrócił się na wznak.

Nadejdzie wieczór.

Wśród ciszy tajemniczo

Zaskrzypi furtka.

Nauka jōjutsu

Nie pojąwszy jeszcze, co zaszło, Erast Pietrowicz szybko siadł w kucki, gotów do beznadziejnej walki z trzema krwiożerczymi bestiami, ale zadziwiająca krata – nie: furtka! – zatrzasnęła się ze zgrzytem sprężyny.

Z tamtej strony w żelazne pręty grzmotnęła z rozbiegu ciężka tusza, dobiegł gniewny pisk i warkot. Trzy pary wściekle połyskujących oczu wpiły się w niedostępną ofiarę.

– Not your day, folks! * - krzyknął im radca tytularny, którego angielszczyzna wskutek kontaktów z sierżantem Lockstonem mocno się zwulgaryzowała.

Nabrał pełną pierś powietrza. Zrobił wydech, próbując uciszyć bicie serca. Rozejrzał się na boki – kto mógł otworzyć zbawczą furtkę?

Wokół nie było żywej duszy.

W dali bielał pałac nuworysza Tsurumakiego, bliżej pobłyskiwał zarosły grzybieniem strumyk, niewyobrażalnie piękny w poświacie księżyca, z miniaturową jak zabawka wysepką, mostkami dla lalek i szczeciniastym zaroślami trzciny wzdłuż brzegów. Niósł się stamtąd melancholijny rechot żaby. Czarną taflę na wskroś stębnowały srebrne nici – odbicia gwiazd.

Szczególnie uroczy zdał się wicekonsulowi czerniejący nad samą wodą pawilon o zagiętych niczym w zapowiedzi wzlotu okapach dachu. Nad filigranowym zwieńczeniem zastygł kurek w kształcie fantastycznego ptaka.

Rozglądając się, wstrząśnięty Erast Pietrowicz ruszył brzegiem. Cóż to za cuda? Ktoś musiał przecież otworzyć, a potem zamknąć furtkę? Któż to ocalił nocnego łowcę przygód od niechybnej zguby?

Dopiero gdy pawilon i strumyk zostały z tyłu, Fandorin wpadł na myśl spojrzenia na sam pałac.

Elegancki budynek w stylu willi z Champs Elysées zwrócony był tarasem do stawu, a tam, na drugim piętrze, za misterną balustradą ktoś stał i machał ręką do nieproszonego gościa. Ktoś w długim szlafroku, w fezie z chwaścikiem.

Po fezie Erast Pietrowicz domyślił się – to gospodarz posiadłości we własnej osobie. Spostrzegłszy, że wreszcie został dostrzeżony, Don Tsurumaki uczynił przyzywający gest: zapraszam w me progi.

Trudno i darmo: w tej sytuacji nie weźmie się wszak nóg za pas. Zakląwszy półgłosem, radca tytularny solennie się skłonił i ruszył do wejścia. Gutaperkowy umysł Erasta Pietrowicza wziął się do dzieła, próbując obmyślić jakiekolwiek w miarę prawdopodobne wyjaśnienie swych skandalicznych poczynań.

– Witam serdecznie młodego zastępcę mojego przyjaciela, Doronina! – rozległ się z góry gęsty bas gospodarza. – Drzwi otwarte, zapraszam na górę!

– D-dziękuję – odrzekł smętnie Fandorin.

Pokonawszy wpół ciemny salon, gdzie podczas balu kawalerskiego rżnęła orkiestra i zadzierał spódniczki wielonogi kankan, Erast Pietrowicz niczym na szafot wspiął się na górę.

Co robić? Upokorzyć się? Kłamać? Ale cóż tu można skłamać… Rosyjski wicekonsul zmykający z ogrodu brytyjskiego attaché. Sytuacja całkiem niedwuznaczna: jeden szpieg szpieguje drugiego…

Ale Fandorin nie doceniał jeszcze całej katastrofalności owej sytuacji.

Na kamiennym tarasie zobaczył wspaniale nakryty stół, gdzie stały na podorędziu wędliny, kiełbasy, owoce, ciasta, słodycze i cała bateria słodkich nalewek; w srebrnych kandelabrach tkwiły świece, ale nie zapalone – pewnie z uwagi na blask księżyca. Stół – pół biedy, lecz tuż przy balustradzie tkwiła na żelaznym trójnogu potężna luneta, której obiektyw zwrócony był bynajmniej nie ku gwiazdom, lecz ku domowi Bullcoksa!

Widział czy nie widział? – oto myśl, w obliczu której Erast Piętrowicz zamarł na miejscu. A raczej nie: rzecz w tym, co właściwie widział Tsurumaki: samą ucieczkę przez ogród czy też?…

– Czemuż pan stoi? – Don ruszył mu na spotkanie, pykając z czarnej wrzoścowej fajki. – Ma pan ochotę na mały poczęstunek? Uwielbiam samotnie nocami przegryźć to i owo. Bez widelców, bez pałeczek, po prostu rękami. – Pokazał lśniące od tłuszczu i poplamione czekoladą palce. – Oczywista, tak się nie godzi, lecz daję słowo, że to dla mnie najmilsza pora doby. Duszę krzepię widokiem gwiazd, ciało – wszelkimi frykasami. Proszę spróbować tej przepiórki, jeszcze dziś rano fruwała nad polaną. A może ostrygi? Świeżusieńkie. Chce pan?

вернуться

* * Rosyjski wicekonsul rozszarpany na strzępy (ang.).

вернуться

* Nie tym razem, chłopaki! (ang.).