Выбрать главу

Grubas mówił tak smakowicie, że Erast Pietrowicz zaraz nabrał chętki i na przepiórkę, i na ostrygi. Dopiero teraz poczuł, jaki jest głodny. Najpierw należało jednak coś wyjaśnić.

Skoro sam gospodarz nie śpieszył się z wypytywaniem, wicekonsul postanowił przejąć inicjatywę.

– Proszę powiedzieć, po co panu furtka do sąsiedniego ogrodu? – zapytał, gorączkowo myśląc, jak gładko przejść do następnego tematu.

– Przyjaźnię się z Algernonem (u Japończyka brzmiało to „Arudżenon”). Odwiedzamy się po sąsiedzku. Przez ogród wygodniej niż nadkładać drogi przez ulicę.

„A i twemu pieczeniarzowi łatwiej sprzedawać usługi” – pomyślał wicekonsul, ale donosić na księcia Onokoji, ma się rozumieć, nie myślał. Przypomniał sobie, że Bullcox i jego towarzyszka, w odróżnieniu od reszty zaproszonych, przybyli na bal kawalerski pieszo, przy czym pojawili się właśnie skądś z boku, a nie od strony wejścia. Zapewne skorzystali z tej właśnie furteczki…

– Ale… jak ją pan otworzył? – spytał Erast Pietrowicz, obchodząc znów sedno rzeczy.

Don ożywił się:

– O, o, tu u mnie wszystko jest ze-le-ktry-fi-ko-wa-ne. Żywię istny kult tego fascynującego wynalazku. Proszę spojrzeć!

Wziął wicekonsula pod ramię i na wpół poprowadził, na wpół pchnął w stronę pulpitu w pobliżu lunety. Erast Pietrowicz zobaczył cały pęczek kabli zwisających ku podłodze i ginących tam w krytej rynience. Sam zaś pulpit połyskiwał kilkoma rzędami przełączników. Tsurumaki szczęknął jednym i pałac ożył. Ze wszystkich okien lunęło żółtobiałe światło. Znów szczęknął i dom zgasł.

– A oto pańska furtka. Proszę patrzeć w lunetę, w lunetę.

Fandorin przywarł do tubusa i ujrzał całkiem blisko, na odległość wyciągniętej ręki pręty kraty, a za nią trzy psie sylwetki. Znów błysnęło zieloną iskrą wyłupiaste ślepie. Ależ cierpliwe stwory.

– Raz, dwa! – huknął Don i furtka jak żywa błyskawicznie się rozwarła. Jeden z psów skoczył naprzód.

– Trzy, cztery!

Przejście zatrzasnęło się równie szybko, ciskając mastiffa na powrót do ogrodu. Dobrze mu tak, sukinsynowi!

Udając, że nastawia ostrość, Erast Pietrowicz nieznacznie uniósł okular. Krąg pola widzenia równie bezpośrednio blisko objął ścianę domu, rynnę, okno.

– No dość już, dość! – Wielbiciel elektryczności niecierpliwie szarpnął go za rękaw. – Teraz pokażę panu coś, co zwala z nóg. Nikt jeszcze tego nie widział, zachowuję niespodziankę na okazję wielkiego rautu… Patrz pan na strumień, na strumień!

Trzask! Nad czarną, migotliwą plamą wody wybuchło szmaragdowe pałanie. To zajęła się ogniami miniaturowa wysepka, a na niej nie zielenią już, lecz różem zabłysła mikroskopijna kamienna pagoda.

– Europejska nauka! – Oczy milionera błyszczały z emocji. – Kable biegną po dnie w specjalnej telegraficznej koszulce, a szkła lampionów są kolorowe – oto cała sztuka. I jak?

– Niebywałe! – zachwycił się szczerze Fandorin. – Jest pan prawdziwym wynalazcą.

– O, nie, nie wynalazcą. Odkrycia to wasza gaijińska domena. Japończycy nie bywają wynalazcami, naszym żywiołem jest ład, a odkrywcy są dziećmi chaosu. Natomiast świetnie umiemy znajdować właściwe zastosowanie dla cudzych odkryć, i w tym nas nie przegonicie. Trochę czasu, panie Fandorin: poznamy wszystkie wasze sztuczki, a potem zademonstrujemy, jak nieudolnie się nimi posługujecie.

Don zarechotał, a radca tytularny pomyślał: „Wątpię, czy twoim żywiołem jest ład”.

– Lubi pan astronomię? – Zaciekawiony Erast Pietrowicz kaszlnął znacząco, wskazując lunetę.

Tsurumaki bezbłędnie pojął ukryty sens pytania. Zaśmiał się jeszcze serdeczniej, tłuste policzki uniosły się, zmieniając tryskające radością oczy w dwie szparki.

– A owszem, astronomią także, ale czasem na ziemi można dojrzeć dużo ciekawsze rzeczy. – Klepnął gościa poufale w ramię i zionąc fajkowym dymem, skręcił się ze śmiechu.

Erast Pietrowicz spąsowiał: widział! Wszystko widział! I cóż na to powiedzieć?

– Brawo, Fandorin-san, brawo! – wesołek ocierał łzy. – Moje gratulacje!

Wicekonsul uścisnął dość mdło wyciągniętą rękę i posępnie zapytał:

– Co w tym tak pana cieszy?

– To, że stary Algernon – jak to po angielsku? – jest kukod.

Nie od razu domyśliwszy się, że ma to znaczyć cuckold *, Erast Pietrowicz zastrzegł demonstracyjnie oschle, by nadać rozmowie ton salonowy:

– Ale mówił pan, że jesteście przyjaciółmi.

– Owszem, przyjaciółmi! O ile tubylczy bogacz może być przyjacielem białego sahiba. – Zażywna fizjonomia rozpłynęła się nie w wesołym już, lecz jawnie złośliwym uśmiechu. – Nawet pan nie wie, mój drogi Fandorin-san, że jedna z najwyższych radości – to poczucie tajemnej przewagi nad kimś, kto uważa się za lepszego od pana. Ofiarował mi pan cudowny dar. Teraz ile razy spojrzę na bezczelną fizjonomię czcigodnego Bullcoksa, przypomni mi się wspaniały skok z okna, lecąca w ślad garderoba i skręcę się w środku ze śmiechu. Wielkie panu za to dzięki!

Znów chciał się narzucić z uściskiem dłoni, lecz tym razem zgorszony wicekonsul skrył swoją rękę za plecy.

– Obraził się pan? Pojmuję. Ale chcę zaproponować panu tajny japońsko-rosyjski sojusz, wymierzony w brytyjski imperializm – mrugnął Don – i zapewnić świetną bazę do dywersji przeciw angielskim wpływom. Widzi pan ten pawilon nad wodą? Znakomite, odosobnione miejsce. Dam panu klucz od bramy i niech pan przychodzi o dowolnej porze dnia i nocy. A pięknej pani O-Yumi wręczę klucz od ogrodowej furtki. Proszę się czuć jak u siebie. Cieszcie się miłością. Tylko jeden warunek, proszę: nie gaście lampy i nie opuszczajcie zasłony z tej strony. Traktujcie to jako czynsz dzierżawny… Oj, co za błysk w oku! Żartuję, żartuję!

Znów zaniósł się śmiechem, ale Erastowi Pietrowiczowi żarty na temat wyższej i fatalnej siły, łączącej go z O-Yumi, wydały się niedopuszczalnym bluźnierstwem.

– Proszę pana nigdy więcej o tej d-damie i moich z nią związkach w takim tonie… – zaczął gniewnym, świszczącym szeptem.

– Zakochany! – przerwał Tsurumaki z chichotem. – Wpadł po uszy! Ach, nieszczęsna ofiaro jōjutsu!

Niesposób gniewać się na człowieka tak dobrodusznie oddającego się radości.

– Co ma do tego jujitsu? – zdziwił się Erast Pietrowicz, myśląc, że mowa o japońskiej sztuce walki, którą zgłębiał pod kierunkiem kamerdynera.

– Ależ nie o jujitsu, ale jōjutsu! Sztuka namiętności miłosnej. Kurtyzany najwyższej klasy opanowały ją mistrzowsko. – Spojrzenie bon vivanta stało się marzycielskie. – Ja też pewnego razu wpadłem w sidła mistrzyni jōjutsu. Nie na długo, raptem na półtora miesiąca. Jej miłość kosztowała mnie trzydzieści tysięcy jenów – wszystko, czym wówczas dysponowałem. Trzeba było potem rozkręcać biznes od nowa. Ale nie żałuję, to jedno z najpiękniejszych wspomnień mojego życia!

– Pan się myli, mój drogi – Fandorin uśmiechnął się pobłażliwie. – Pańskie jōjutsu nie ma z tym nic wspólnego. Nie kupiłem miłości.

– Nie zawsze się płaci pieniędzmi. – Don przygładził brodę, unosząc w zdziwieniu gęste brwi. – Żeby O-Yumi-san nie wykorzystywała jōjutsu? To byłoby dziwne. Więc może wyjaśnię. Nie znam, rzecz jasna, wszystkich arkanów tej subtelnej sztuki, lecz to i owo pomnę, bo zaznałem na własnej skórze. Pierwsza faza nazywa się soyokaze. Jak to przetłumaczyć… „Powiew wietrzyka” – mniej więcej tak. Ma na celu zaintrygowanie obranego obiektu. W tym celu mistrzyni daje mężczyźnie możność pokazania się z jak najlepszej strony. Wiadomo przecież, że nade wszystko kocha się tych, którzy, naszym zdaniem, winni się nami zachwycić. Jeśli mężczyzna chełpi się inteligencją, kurtyzana zaaranżuje sytuację, która pozwoli mu stanąć przed nią w całym blasku umysłu. Jeśli jest mężny, da mu szansę zaprezentowania się jako prawdziwy bohater. Można tu wynająć fałszywych rozbójników, przed którymi obiekt obroni piękną nieznajomą. Albo też ujrzy on nagle piękność, wpadającą z przechylonej łódki do wody. Najbardziej zdeterminowane ryzykują nawet życie, posługując się rikszą czy powozem. Proszę wyobrazić sobie gnającą na złamanie karku bryczkę z piękną, krzyczącą wniebogłosy pasażerką. Któż nie rzuciłby się na ratunek? W pierwszym etapie jōjutsu ważne jest, by obiekt, po pierwsze, uczuł się obrońcą, a po drugie, by potraktował łowczynię nie z litością, lecz z uwielbieniem. W tym celu ta koniecznie, niby przypadkiem, musi odsłonić najbardziej kuszącą część ciała: ramionko, nóżkę, pierś… Co tam która ma najefektowniejszego.

вернуться

* Rogacz (ang.).