Erast Pietrowicz wzruszył ramionami.
– Po co niepokoić jego ekscelencję g-głupstwami? Wielka mi rzecz: wicekonsul ujmuje się za małoletnią ofiarą nierządu! Poza te ramy sprawa na razie nie wykracza.
– Wie pan, co to prawdziwy patriotyzm? – rzucił nie – oględnie Wsiewołod Witaljewicz. Podniósł palec i dokończył: – Działać na rzecz ojczyzny nawet wbrew woli przełożonych.
Radca tytularny przemyślał tę ryzykowną maksymę. Kiwnął głową z aprobatą.
– Dzięki za aforyzm, czuję, że jeszcze nieraz p-przyda mi się w życiu. Tym razem jednak, niestety, nic więcej panu nie zdradzę. Będę działał jak prawdziwy patriota, czyli bez sankcji zwierzchnictwa, według własnego rozeznania. W razie czego sam odpowiem za siebie. Na razie przyjmijmy, że tej rozmowy nie było.
Doronin spiekł raka, zerwał się z krzesła, ściągnął siatkę z włosów.
– Cóż za poniżającą rolę mi pan przyznaje, łaskawy panie! Czyli zysk pół na pół, a w razie straty mogę umyć ręce? Jestem rosyjskim dyplomatą, nie spekulantem giełdowym.
Biedna Obayashi, wystraszona nagłym krzykiem, zamarła, zakrywszy usta dłonią.
Erast Pietrowicz też podniósł się z krzesła.
– Otóż to – rzekł sucho, żgnięty „łaskawym panem”. – Jest pan dyplomatą, konsulem Cesarstwa Rosyjskiego i powinien pan myśleć nie o swojej roli, lecz o dobru ojczyzny.
Rozmowa z Lockstonem wyglądała dużo prościej, bez inteligenckich subtelności.
– Czyli że gdyby patroni żółtogębego książątka wzięli nas za dupę, zwalam wszystko na pana – podsumował Amerykanin. – Moja chata z krają: rosyjski konsulat wysłał wniosek, miałem obowiązek wykonać. Noty i protesty, Rusty, to już pańska działka.
– Właśnie tak.
– Więc wchodzę – uśmiechnął się sierżant. – Zapuszkować prawdziwego daimyō to coś dla mnie. Zobaczy, co to nasze dziewuchy hańbić! A jeśli panu uda się przydepnąć tego robaka Sugę, mam skrzynkę prawdziwego burbona po dolar dziewięćdziesiąt dziewięć za butelkę. Widzisz go, małpę! Wymyślił, żeby białych za nos wodzić! Ja z chłopakami jak kretyn pilnuję bagna, a on w tym czasie odstawia brudne kombinacje. Czegoś takiego Walter Lockston nie daruje nikomu, a już na pewno nie parszywemu skośnookiemu tubylcowi!
Skrzywiwszy się na amerykański sposób mówienia o innych rasach, radca tytularny zreasumował:
– Czeka pan na znak. Kiedy tylko Onokoji po raz kolejny odwiedzi Numer Dziewiąty, gospodarz podsuwa mu Polkę. Asagawa natychmiast daje nam znać. Pan pędzi do burdelu i dokonuje aresztowania in flagranti. Potem wzywa pan rosyjskiego wicekonsula i naczelnika japońskiej policji.
Na „kolejny raz” nie trzeba było długo czekać.
Tegoż wieczoru w konsulacie pojawił się umyślny z oficjalną notatką od sierżanta Lockstona: „Niepełnoletnia płci żeńskiej, zapewne poddana rosyjska, padła ofiarą nakłaniania do nierządu”.
Erast Pietrowicz ruszył natychmiast, wziąwszy dla większej powagi sekretarza Shirotę.
W gabinecie naczelnika miejskiej policji rosyjscy pełnomocnicy ujrzeli arcypikantny obraz. Przed drapieżnie uśmiechniętym sierżantem siedziała para: książę Onokoji i szczupła dziewuszka, wymalowana, lecz z warkoczykami i wstążkami. Oboje zatrzymani byli w kompletnym dezabilu. Widać Lockston przewiózł rozpustników do komisariatu w tymże stanie, w jakim ich przyłapano.
Na strój rozwiązłego daimyō składały się dwa ręczniki (jeden okręcony wokół bioder, drugi zarzucony na ramiona) i jedwabne skarpetki na gumolastycznych podwiązkach.
Domniemana poddana rosyjska owinięta była prześcieradłem, dosyć zresztą niedbale, i w odróżnieniu od wspólnika nie zdradzała większych obaw. Obracała na wszystkie strony szpiczastą buźkę, pociągała nosem, a na widok przybyłego wicekonsula założyła nogę na nogę i jęła swawolnie kołysać pantofelkiem. Nóżki ofiara nierządu miała chudziutkie niczym żabie łapki.
– Kto to? – rozdarł się po angielsku Onokoji. – Żądałem wezwania władz japońskich! Odpowie pan za to! Mój kuzyn jest ministrem dworu!
– To przedstawiciel pokrzywdzonego państwa – tryumfalnie oznajmił Lockston. – Panie wicekonsulu, przekazuję to nieszczęsne dziecię pod pańską opiekę.
Fandorin łypnął groźnie na deprawatora i łagodnie zapytał dziewczę po rosyjsku:
– Jak się nazywasz?
Ta przewróciła wymalowanymi oczami, wsunęła do ust kitkę warkoczyka i pisnęła:
– Baśka. Baśka Zajączek.
– Ile masz lat?
Pomyślawszy chwilę, nieszczęsne dziecię odpowiedziało:
– Dwadzieścia.
I jak najniepotrzebniej rozczapierzyła dwukrotnie paluszki obu rąk.
– Mówi, że ma dwadzieścia lat? – natychmiast ożywił się książę. – Przecież to właśnie powiedziała? Prawda?
Nie zwracając na niego uwagi, Erast Pietrowicz rzekł powoli:
– Wielka szkoda. Gdybyś była niepełnoletnia, albo chociaż małoletnia, broniłoby cię Cesarstwo Rosyjskie w mojej osobie. A wtedy mogłabyś liczyć na spore odszkodowanie. Wiesz, co to takiego „odszkodowanie”?
Co to takiego „odszkodowanie” Baśka oczywiście wiedziała. Zmarszczyła czółko, wpatrując się pytająco w radcę tytularnego. Zrzuciwszy kapeć, machnęła nogą, podrapała się w łydkę i oznajmiła, twardo wymawiając „1”:
– Skłamałam jaśnie panu. Mam lat czternaście – znów chwilę pomyślała – niedługo, a na razie trzynaście.
Tym razem pokazała najpierw dwie dłonie, a potem trzy palce.
– She is thirteen! * - przetłumaczył Lockstonowi wicekonsul.
Książę jęknął.
– Moje dziecko, mogę bronić twoich interesów tylko w tym wypadku, jeśli okażesz się rosyjską poddaną. A więc: czy jesteś poddaną Cesarstwa?
– Aha – kiwnęła Baśka i na potwierdzenie trzykrotnie się przeżegnała. Co prawda, z lewa na prawo. – Jaśnie panie, a odszkodowanie to ile?
– She is a Russian subject, we’ll take care of her * - przekazał sierżantowi Erast Pietrowicz i uspokoił dziewczę: – W-wyjdziesz na swoje.
Dalsza jej obecność była już zbyteczna.
– Dlaczego nie pozwolił się pan biedaczce ubrać? – z urazą zwrócił się do Lockstona wicekonsul. – Kruszynka zmarzła na kość. Odwiezie ją na kwaterę pan Shirota.
Raczej wątpliwe, czy Baśka zmarzła. Przeciwnie, gapiąc się wciąż na interesującego bruneta, jakby przypadkowo rozchyliła prześcieradło i Fandorin zamrugał. Biust małoletniej Zajączek był ponad wiek rozwinięty. Choć diabli ją wiedzą, ile miała naprawdę lat.
Tak więc Shirota odprowadził pokrzywdzoną, Erast Pietrowicz zaś został jako świadek przy spisywaniu protokołu. A wkrótce pojawił się i przedstawiciel japoński, naczelnik tubylczej policji, inspektor Asagawa.
Książę rzucił mu się naprzeciw, wymachując rękami i bełkocząc coś po japońsku.
– Milczeć! – ryknął Lockston. – Żądam, żeby wszystkie rozmowy prowadzone były w języku zrozumiałym dla strony pokrzywdzonej.
Strona pokrzywdzona, czyli Fandorin, ponuro kiwnęła głową.
– Człowiek nazywający siebie księciem Onokoji obiecał wystarać się dla mnie o podwyżkę, jeśli zatuszuję tę sprawę – niewzruszenie oznajmił Asagawa.
Aresztowany obrzucił zaszczutym wzrokiem całą trójkę i oczka mu błysnęły. Zaczęło mu chyba świtać, że trafił na komisariat nie przypadkiem. Lecz wniosek wyciągnął błędny.
– No dobrze, dobrze! – pisnął, unosząc ręce na znak kapitulacji. – Widzę, że wpadłem. Nieźleście to sobie wszystko wykombinowali. Ale czeka was, dżentelmeni, rozczarowanie. Myśleliście, że skoro jestem księciem, to mam kieszenie pełne pieniędzy? Niestety. Jestem goły jak żółw świątynny. Za bardzo się na mnie nie obłowicie. Powiem wam, czym się to wszystko skończy. Przesiedzę noc w waszej ciupie, jutro przyjdzie ktoś z ministerstwa i mnie zabierze. Zostaniecie na lodzie.