Выбрать главу

Nie zatrzymując się, lecz tylko krótkim spojrzeniem obrzuciwszy intendenta, Fandorin skierował się wprost do wyjścia.

– A pan gdzie? – zdziwił się Suga, zeskakując na podłogę. – Goły będzie pan paradował przez urząd? Proszę się ubrać. A poza tym i tak pana nie wypuszczą. Odprowadzę pana.

Rewolwer naczelnik policji schował, pokazując puste ręce: widzisz, dotrzymuję słowa.

Rzecz jasna, w zamiarach radcy tytularnego nie leżało bieganie po korytarzach jak go Pan Bóg stworzył. Sens manewru krył się w czym innym: odciągnąć intendenta jak najdalej od skrytki, a przede wszystkim skłonić, by odwrócił się do niej plecami.

Udało się!

Suga patrzył, jak wicekonsul naciąga swój mefistofeliczny strój, a tymczasem z drzwi bezgłośnie wynurzył się Asagawa i wziął generała na muszkę.

„Jakże ten chytrus zamierza mnie zabić? – zgadywał Erast Pietrowicz, wkładając pantofle gimnastyczne. – Przecież na parkiecie nie może być śladów krwi”.

– Interesujący z pana człowiek, mister Fandorin – paplał Suga, podśmiewając się dobrodusznie w podkręcone wąsy. – Nawet mi się pan podoba. Mamy chyba wiele wspólnego. Obaj lubimy naruszać reguły. Kto wie, może jeszcze kiedyś los zetknie nas znowu, niekoniecznie w charakterze nieprzyjaciół. Teraz między Japonią a Rosją zacznie się, oczywiście, okres ochłodzenia stosunków, lecz, powiedzmy, za lat piętnaście, dwadzieścia wszystko się zmieni. Staniemy się wielkim mocarstwem, a pański rząd zrozumie, że zamiast manipulować, trzeba się z nami przyjaźnić, i wtedy…

„Zagaduje” – pojął Fandorin, widząc, że intendent jakby niechcący zbliża się ku niemu. Ręce nieznacznie zgięte w łokciach, dłonie wysunięte do przodu, jakby dla gestykulacji.

Otóż to. Zabije bez żadnej krwi. Za pomocą jujitsu czy jakiegoś innego jitsu.

Patrząc spokojnie w twarz przeciwnika, radca tytularny przyjął postawę obronną, której nauczył go Masa: ugięte kolano wysunął w przód, ręce wystawił przed siebie. W oczach Sugi błysnęła wesoła iskierka.

– Miło mieć z panem sprawę. – Uśmiechnął się i już jawnie przygotował się do walki.

Lewa dłoń podniesiona w górę, prawa ręka zgięta w łokciu, odsunięta za plecy, jedna stopa oderwana od podłogi – istny tańczący Siwa. „Jakież to jitsu na mnie szykuje?” – pomyślał wicekonsul.

– Zobaczymy, ile pan wart w walce twarzą w twarz – wymruczał przymilnie generał policji.

Ale do walki twarzą w twarz, chwała Bogu, nie doszło. Wybrawszy moment, Asagawa dopadł dwoma susami intendenta i rąbnął go kolbą w szyję. Widok sprawnej, wirtuozerskiej roboty dziedzicznego yoriki był czystą rozkoszą. Nie pozwolił upaść zwiotczałemu ciału, zawlókł je na fotel, usadził. Jednym ruchem wyciągnął owiniętą wokół pasa linkę, szybko przywiązał napięstki Sugi do oparć, kostki do nóżek fotela, w usta wetknął knebel – znany Fandorinowi hami. Nie minęło i dwadzieścia sekund, a wróg był już spętany w myśl wszelkich reguł japońskiej wiedzy policyjnej.

Jak długo intendent mrugał oczyma, dochodząc do siebie, zwycięzcy naradzali się, co dalej. Wezwać dyżurnego oficera, czy lepiej doczekać dnia, gdy w budynku będzie wielu urzędników? A jeśli dyżurny to człowiek Sugi?

Dyskusje przerwał dochodzący z fotela pomruk. Generał ocknął się i szarpał głową, wyraźnie chcąc coś powiedzieć.

– No, wyjmować hami ani myślę – rzekł Asagawa. – Lepiej zrobimy, o, tak…

Przykrępował prawą rękę jeńca w łokciu, po czym rozwiązał nadgarstek, podsunął intendentowi arkusz papieru, zamoczył w kałamarzu obsadkę.

– Pisz.

Suga, skrzypiąc piórem i rozbryzgując czarne krople, nabazgrał coś zamaszyście z góry w dół:

„Pozwólcie mi umrzeć” – przetłumaczył inspektor. – Jeszcze czego. Podły zdrajco! Łykniesz wstydu do syta, a twoja odrąbana głowa będzie sterczeć na tyczce.

Erast Pietrowicz nastrojony był trochę mniej krwiożerczo, lecz tylko trochę.

– Schemat – przypomniał. – Niech napisze, kto figuruje tam jako główne kółko, a potem niech sobie umiera na zdrowie, jeśli ma ochotę. Zechce – zabije się w więzieniu, nie damy mu rady przeszkodzić. Jak Suchoręki rozwali głowę o ścianę albo na pierwszym przesłuchaniu odgryzie sobie język jak Garbus.

Zasapawszy, Asagawa niechętnie udał się po schemat. Wrócił i podetknął intendentowi pod nos zagadkową kartkę.

– Powiesz, kto był na czele spisku, to pozwolę ci umrzeć. Choćby zaraz. Zgoda?

Bynajmniej nie od razu Suga przytaknął.

– Czy to schemat spisku?

Pauza, kiwnięcie.

– Pisz nazwiska. Napisał. Po angielsku:

– Just one name.

Spojrzał przy tym na Fandorina. Wciąż obowiązywała umowa, odwróciły się tylko role.

Czując, że większy nacisk może zerwać transakcję, Erast Pietrowicz powiedział:

– Zgoda. Ale najważniejsze.

Na kilka sekund intendent zamknął oczy, przygotowując się pewnie na zdradę lub śmierć. Najpewniej na jedno i drugie.

Następnie mocno ścisnął obsadkę, umoczył ją w podsuniętym kałamarzu i jął wolno kreślić znak za znakiem. Tym razem ani japońskim, ani łacińskim, lecz katakaną, alfabetem sylabowym, który Fandorin umiał już odczytywać.

„Bu” – wyczytał. Potem „ru”, „ko”, „ku”, „su”.

Bu-ru-ko-ku-su?

Bullcox!

No jasne!

Wszystko od razu wskoczyło na swoje miejsca, jakby z oczu radcy tytularnego naraz opadła zasłona.

Czy chcesz naprawdę,

Żeby naraz zasłona

Opadła z oczu?

Słowo to słowo

Do Jokohamy wracali pierwszym pociągiem o siódmej. O konspirację szczególnie nie dbali, siedzieli obok siebie, lecz nie rozmawiali. Zresztą w wagonie prócz wicekonsula i inspektora nikogo nie było. Druga i trzecia klasa – te były nabite klerkami i subiektami, jadącymi do pracy w Jokohamie, lecz dla pasażerów pierwszej klasy pora była zbyt wczesna.

Asagawie raz, drugi i trzeci opadła głowa i – proszę, jakie stalowe nerwy! – wkrótce usnął głębokim, słodkim snem, nawet cmokając i mlaszcząc. Fandorinowi spać się nie chciało. Pomyśleć by można, że jego organizm postanowił zupełnie zrezygnować z tak trywialnego marnotrawstwa czasu. Ale coś szeptało radcy tytularnemu: z bezsennością już koniec.

Lekarstwo zdolne uleczyć męczące schorzenie zwało się „Bullcox”. I choć Erast Pietrowicz bynajmniej nie myślał wciąż o udręce bezsennych nocy, lecz o czymś całkiem innym, w tymże czasie jakiś niedocieczony głos szeptał znużonemu ciału: „Odpoczniesz po chwili, poczekaj troszeczkę” *.

Rozsądek radcy tytularnego działał niezależnie od wszelkich głosów i zajmował się bardzo ważną kwestią – splataniem łańcucha logicznego.

Łańcuch splatał się, że hej.

A zatem na czele spisku, którego ofiarą padł japoński Napoleon, stoi czcigodny Algernon Bullcox, agent rządu jej wysokości królowej Anglii i cesarzowej Indii, Wiktorii.

Motywy intrygi są oczywiste.

Pozbyć się męża stanu, próbującego zachować równowagę wpływów dwóch wielkich mocarstw, żądnych położenia łapy na Oceanie Spokojnym – Anglii i Rosji. To raz.

Zapewnić władzę ekspansjonistycznej partii, która zażąda potężnej floty. Kto może pomóc przyszłym zdobywcom Korei? Ma się rozumieć, władczyni mórz – Brytania. To dwa.

Bullcox może liczyć na wielką nagrodę. No chyba! Na skutek przeprowadzonej przezeń operacji Japonia, a w ślad za nią cały Daleki Wschód, dostaną się w strefę wpływów brytyjskich. To trzy.

вернуться

* Michaił Lermontow, Z Goethego (1840), przełożył Albert Korczak-Komorowski. Zwrot przysłowiowy (przyp. tłum.).