Выбрать главу

– Rozumieć. – Masa skinął głową.

Trzeba było od razu tak mówić! Capnął garbatonosego za kołnierz, zaciągnął do składziku. Tamten żałośnie zajęczał, siadł bezsilnie na podłodze.

– Delikatnie – surowo przykazał pan, korzystając znów ze słownika. – Strzec, pilnie, ale delikatnie.

Delikatnie to delikatnie. Masa przyniósł od siebie siennik, poduszkę i kołdrę.

– Proszę się rozgościć – powiedział jeńcowi. Arystokrata płaczliwie poprosił pana o coś po angielsku.

Masa rozpoznał tylko znajome słowo: puriiz!

Ciężko westchnąwszy, pan wyjął z kieszeni pudełeczko, gdzie leżały maciupkie buteleczki z jakimś płynem oraz strzykawkę w rodzaju tych, jakimi szczepi się ospę. Wręczył płaksie pudełeczko i zatrzasnął drzwi składziku.

– Patrzeć. Strzec. Surowo. Delikatnie – powtórzył i nie wiedzieć czemu pokiwał uniesionym palcem.

Odwróciwszy się, niemal biegiem wypadł z mieszkania.

Wsiadł do karety. Odjechał.

* * *

Przez minutę Erast Pietrowicz siłą inercji myślał jeszcze o osadzonym w składziku świadku. Na Masie można polegać, nie ruszy się od drzwi i nikogo nie wpuści. Diabli wiedzą, co sługa myśli o tym wszystkim. Niestety, nie sposób mu wszystkiego wytłumaczyć. Brakuje słów.

Ilość trosk, którym należało stawiać czoło, zwiększała się nie z dnia na dzień, lecz z godziny na godzinę. Mało było radcy tytularnemu nocnego wtargnięcia w głąb japońskiej strażnicy ładu, mało zguby naczelnika policji – teraz doszło jeszcze sprowadzenie na teren konsulatu osoby postronnej bez powiadomienia zwierzchnictwa. O ukrytym księciu nie może wiedzieć nikt – ani Doronin, ani Shirota. Przynajmniej na razie.

Jeśli jednak ta samowola mogła jakoś ujść na sucho, to akcja, której radca tytularny dopuszczał się teraz, musiała bezwzględnie wywołać horrendalny skandal.

Co dziwne, Erasta Pietrowicza bynajmniej to nie trapiło.

Kołysząc się na miękkich poduszkach wynajętego fiakra – najlepszego, jaki się tylko znalazł w agencji wynajmu karet Archibalda Griffina („Eleganckie Wierzchowce & Wytworne Ekwipaże na wszelkie okoliczności życiowe. Płatne od godziny”), Fandorin był z siebie bardzo rad. Idea, która kazała mu porzucić kolegów w rozgwarze ważnej narady, ujęła radcę tytularnego prostotą i łatwością bezzwłocznej realizacji.

Zabrać kanalii O-Yumi i kropka. Ani jej słuchać, ani dać się opamiętać. Po prostu wsadzić ją do karety i wywieźć.

Tak będzie honorowo i po męsku, a także po rosyjsku.

Trzeba było to zrobić na samym początku, nim jeszcze Bullcox trafił między szubrawców. Co mają wspólnego z miłością polityczne spiski? Nic. Z pewnością O-Yumi spodziewała się po ukochanym takiego właśnie postępku. A on zmiękł, stracił wolę, pogrążył się w bierności i żalu nad sobą.

Szczerze mówiąc, należałoby ubrać się bardziej oficjalnie – frak, plastron, cylinder, jak tego wymaga powaga sytuacji, lecz Fandorin nie chciał tracić ani minuty.

Kareta wpadła na bruki Bluffu i wkrótce stanęła przed posiadłością numer 129. Stangret, uchylając kapelusza, otworzył drzwiczki i wicekonsul powoli wysiadł. Przygładził włosy, podkręcił szczoteczką wąsy, cokolwiek po nocnych przygodach obwisłe, poprawił surdut.

No, w imię boże!

Wszedłszy w furtkę, mimo woli przystanął na wspomnienie Bullcoksowych psów. Lecz okrutne cerbery gdzieś sczez ły. Widać za dnia biorą je na łańcuch.

Twardym krokiem Fandorin przeciął trawnik. A co z O-Yumi? Pewnie jeszcze śpi, przecież kładzie się zawsze po świcie…

Nie zdążył tknąć dzwonka z brązu, gdy drzwi otwarły się same. Na progu stał nadęty lokaj w liberii. Radca tytularny wyjął wizytówkę z dwugłowym orłem.

Consulat de l’Empire de la Russie

Eraste Pétrovitch Fandorine

Vice-consul, Conseiller Titulaire

Yokohama, Bund, 6

Właśnie wczoraj Shirota wręczył mu całą ich paczkę, wprost z drukarni, jeszcze pachnących farbą.

– Chcę się widzieć z czcigodnym Bullcoksem w pilnej sprawie.

Świetnie wiedział, że Bullcoksa w żadnym wypadku nie może być teraz w domu. Bez wątpienia dostał już wieść o tajemniczym samobójstwie wspólnika i, rzecz jasna, ruszył do Tokio.

Erast Pietrowicz miał nawet na podorędziu kolejne zdanie: „Och, nie ma go? To proszę zameldować moją wizytę miss O-Yumi. Śpi? Proszę ją obudzić, sprawa nie cierpiąca zwłoki”.

Lecz Fandorina czekała niespodzianka. Odźwierny jak gdyby nigdy nic skłonił się, poprosił wejść i znikł za drzwiami wiodącymi z przedpokoju w lewo. Z wcześniejszej, nieoficjalnej wizyty wicekonsul wiedział, że mieści się tam gabinet.

Erast Pietrowicz nie zdążył sobie jeszcze uświadomić, co może to znaczyć, gdy z gabinetu wyłonił się we własnej osobie czcigodny w bonżurce, miękkich pantoflach i o w pełni beztroskim wyglądzie.

– Z jakiej okazji mam przyjemność, mister… Fendorajn? – zapytał, zerkając na wizytówkę. – Ach tak, my się bodajże znamy.

Ki diabeł? Już południe, a nie znaleźli trupa Sugi? Niemożliwe!

Znaleźli, a Bullcox, główny doradca rządu, o tym nie wie? Wykluczone!

Powiadomiony, a nie struchlały? Absurd!

Niemniej fakt pozostawał faktem. Bullcox zdecydował się zostać w domu. Ale czemu?

Erast Pietrowicz zerknął w półotwarte drzwi gabinetu i zobaczył, że na kominku płonie ogień. Więc o to chodzi! Pali kompromitujące papiery! Jak widać, zdrowo struchlały! A jednak mądrala. I dalekowzroczny. Poczuł pismo nosem.

– Czemu pan milczy? – zapytał Anglik, krzywiąc się z irytacją. – Czego pan sobie życzy?

Fandorin odsunął czcigodnego na bok, wszedł do gabinetu.

Ale żadnych papierów wokół kominka nie było, leżała tylko kupka suchych gałązek.

– Co to, u diabła, ma znaczyć? – Bullcox podążał za nim.

Erast Pietrowicz odpowiedział nieuprzejmie pytaniem na pytanie:

– Czemuż to pan pali w kominku? Przecież lato.

– Co rano przepalam gałązkami tamaryszku. Dom jest nowy, wilgotny. I lubię zapach dymu… Proszę posłuchać, sir, bardzo dziwnie się pan zachowuje. Ledwie się znamy! Proszę natychmiast wyjaśnić, o co chodzi. Co pana sprowadza?

Nie było nic do stracenia, więc Fandorin palnął jak głową w mur:

– Chcę zabrać od pana damę, którą trzyma tu pan przemocą!

Bullcox tylko otworzył usta i zamrugał rzęsami, rudymi jak jego szewelura.

Radca tytularny, który i tak, wedle francuskiego zwrotu, a jéte son bonnet par-dessus le moulin *, przeszedł do ataku, co, jak wiadomo, stanowi najlepszą obronę przy kiepskiej pozycji.

– Zastraszać kobietę – to podłość niegodna dżentelmena. Zresztą co z pana za dżentelmen? Precz stąd, idę po nią!

Chciał przejść, lecz Bullcox zastąpił mu drogę i chwycił wicekonsula za klapy.

– Zatłukę jak wściekłego psa – wysyczał Anglik, i jego oczy naprawdę stały się straszne.

Erast Pietrowicz odpowiedział nie mniej drapieżnym szeptem:

– Sam pan zatłucze? Skądże! Nie starczy panu odwagi, już raczej podeśle pan skradaczy!

Pchnął dobrze wytrenowanymi rękoma rywala, i to tak, że czcigodny odleciał w bok i przewrócił krzesło.

Na łomot zza drzwi wysunął się lokaj; jego długa angielska fizys jeszcze się wydłużyła.

– Co za skradacze?! – wrzasnął nieprzytomnie Anglik. – Z byka pan spadł? Prześlę notę pańskiemu rządowi!

вернуться

* Rzucił czapkę nad młyn, przenośnie: źle się prowadził (przyp. tłum.).