Выбрать главу

Sierżant zamruczał, zachwycony małym cyrkowcem, który, jak się okazało, umiał też fruwać i wypuszczać z ust języki ognia.

Tu zaczął się sen mniej przyjemny, o pożarze – śpiącemu zrobiło się za gorąco pod kocem. Pokręcił się, koc spadł na podłogę, i w krainie snów znów zapanował ład.

Ocknął się Walter grubo po północy. Nie sam z siebie – dosłyszał oddalony dźwięk. Na wpół przebudzony, nie od razu uświadomił sobie, że to dzwonek przy drzwiach.

Ten, który wisiał tam specjalnie na wypadek, gdyby zaszła potrzeba jakiejś nagłej nocnej interwencji.

Umową z Asagawą i rosyjskim wicekonsulem mówiła twardo: choćby nie wiem co, sierżant na krok nie ruszy się z komisariatu. Nawet w razie jakiejś awantury, bójki na noże, zabójstwa – niech się wypchają, to może poczekać do jutra.

Dlatego też Lockston odwrócił się na bok i chciał spać dalej, lecz alarm nie milknął.

Pójść popatrzeć? Oczywiście, bez wychodzenia, jeszcze czego. Może to pułapka. Może źli ludzie przyszli po swoje papierki.

Wziął rewolwer i bezszelestnie ruszył korytarzem.

W drzwiach było chytre okienko z ciemnego szkła. Od wewnątrz wszystko przez nie widać, z zewnątrz nic.

Lockston wyjrzał. Zobaczył na ganku japońską dziewuchę w pasiastym kimonie, jakie nosi służba hotelu International.

Tubylka wyciągnęła rękę do dzwonka i znów z całej siły go szarpnęła. Tylko że teraz wrzeszcząc:

– Porismen-san! Moja być Kumiko, hoter Intanasianaru! Nieszczęście! Malynarz zabiri! Carkiem zabiri! Birardową kija w reb! Dziura w growie!

Jasne. W sali bilardowej marynarze pobili się kijami i któryś oberwał w czachę. Zwykła sprawa.

– Jutro rano! – krzyknął Lockston. – Powiedz szefowi, że jutro przyślę konstabla!

– Nie można rano! Zaraz trzeba, marynarz umiera!

– No, a ja co, sam mu łeb skleję? Idźże, dziewucho, idź. Powiedziałem: jutro.

Japonka wciąż jeszcze dzwoniła, ale uspokojony sierżant szedł już na powrót korytarzem. Niedoczekanie, żeby naczelnik policji biegał w środku nocy do takiego głupstwa.

Nawet bez ważnych papierów w zanadrzu i tak by nie poszedł.

Gdy dzwonek wreszcie umilkł, zrobiło się całkiem cicho. Walter nie słyszał nawet własnych kroków. Nogi w skarpetkach niemal bezszelestnie stąpały po drewnianej podłodze. Gdyby nie ta absolutna cisza, sierżant nie zdołałby usłyszeć leciutkiego szelestu, jaki dobiegi zza drzwi gabinetu.

Ktoś tam był!

Lockston zamarł, serce załomotało mu galopem. Przyłożył ucho do szpary – a jakże! Ktoś szperał w biurku, wyciągał szuflady.

Też wymyślili, sukinkoty! Umyślnie wywabić go z pokoju, a potem… Ale jak wleźli? Wychodząc na korytarz, zamknął przecież drzwi na klucz!

No, czekajcie, łachudry.

Ściskając w lewej ręce rewolwer, prawie bezgłośnie wsunął klucz do dziurki. Obrócił go, szarpnął klamkę, skoczył do pokoju.

– Stać!!! Zabiję!!!

Już miał dać ognia, ale czekała go niespodzianka. Przy biurku ciemniała drobniutka figurka, trzy stopy wzrostu. W pierwszej chwili Walter pomyślał, że wciąż śpi i widzi we śnie karzełka.

Lecz gdy szczęknął kontaktem lampy i zapłonął gaz, okazało się, że to wcale nie karzełek, lecz malutki japoński chłopaczek, całkiem goły.

– A tyś kto? – wymamrotał Lockston. – Skąd? Jakżeś tu wlazł?

Diablik żwawo smyrgnął do okna, podskoczył jak małpka, wcisnął się bokiem między pręty, wkręcił w lufcik i pewnie zdołałby prysnąć, ale sierżant nie czekał. Podbiegł, zdążył capnąć go za nogę i wciągnąć z powrotem.

Przynajmniej na trzecie pytanie znalazła się odpowiedź. Golas wlazł przez lufcik. Lecz i jemu było przyciasno, o czym świadczyły zadrapania na biodrach. Dlatego pewno przecisnął się nagi – w ubraniu nie dałby rady.

Masz ci los. Sierżant czekał nie wiedzieć na kogo – na szpiegów, morderców, zdradzieckich ninja, a zamiast nich zjawił się jakiś smark.

– No już, gadaj. – Wziął dzieciaka za wąskie ramionka, potrząsnął. – Kataru! Dare da? Dare okutta? *.

Smarkacz patrzył na ogromnego, czerwonolicego Amerykanina bez zmrużenia oczu. Uniesiona do góry twarzyczka, wąska, ostronosa, nie zdradzała strachu, była nieprzenikniona. Fretka, istna fretka pomyślał sierżant.

– Milczymy? – rzucił groźnie. – Już ja ci rozwiążę język! Mitaka? *

Rozluźnił sprzączkę, wyciągnął ze spodni pas.

Chłopaczek (z osiem lat, nie więcej) nadal spoglądał na Lockstona obojętnie, nawet ze znużeniem, jak malutki staruszek.

– No?! – warknął sierżant groźnym głosem.

Lecz dziwny malec nie przeląkł się, bodajże nawet poweselał. Ni stąd, ni zowąd wargi rozpełzły mu się na boki, jakby nie mógł powstrzymać uśmiechu. Z ust wysunęła się czarna rurka, coś świsnęło i sierżantowi wydało się, że w pierś użądliła go osa.

Popatrzył ze zdziwieniem: z koszuli, tam gdzie serce, sterczało coś błyszczącego. Jakaś igiełka? Ale skąd się wzięła?

Chciał ją wyrwać, lecz nie mógł jakoś unieść rąk.

Potem wszystko zahuczało, załomotało i Walter spostrzegł, że leży na podłodze. Chłopaczek, na którego dopiero co patrzył z góry, teraz zawisł nad nim – był ogromny, zasłaniał sobą cały sufit.

Niewiarygodnych rozmiarów ręka opadała w dół, coraz większa i większa. Potem zrobiło się ciemno, umilkły wszystkie dźwięki. Po piersi sierżanta przesuwały się lekkie palce. To było jak łaskotki.

Wzrok – jako pierwszy,

A gdy umierasz, dotyk

Ginie ostatni.

Głowa z karku

O zmierzchu u kresu długiego dnia Asagawa wybrał się na pirs trzydziesty siódmy. Nadbrzeże było specjalne, policyjne, dla aresztowanych łodzi. Już trzeci tydzień stała tam „Kappa-maru”, spory rybacki barkas, zatrzymany w podejrzeniu o kontrabandę. Ostatnimi czasy wzdłuż zatoki zaczęły przekradać się dżonki z Hongkongu i Ingkou. Żeglując po wodach neutralnych, oczekiwały bezksiężycowych nocy, gdy z brzegu podpłyną szybkie łódki po skrzynki wina, worki kawy, bele tytoniu i koszyki z opium. Właściciele barkasu, bracia Sakai, wpadli i siedzieli teraz w więzieniu, a dla ich stateczku inspektor obmyślił nowe zastosowanie.

Obejrzał ładownię. Sucha, pusta. Od razu czuć, że dawno nie przewożono tu ryby. Ciasnawo, naturalnie, i twardo, ale cóż, nie na księcia trafiło. Chociaż nie: właśnie akurat na księcia, mimo woli uśmiechnął się Asagawa.

A oto co wymyślił: przejąwszy od wicekonsula ważnego świadka, zamknąć go w ładowni „Kappa-maru”, odprowadzić łódź dalej od brzegu i rzucić kotwicę. Ster i żagiel zabrać ze sobą, zablokować kabestan, żeby książątku na morfinowym rauszu nie wpadło na myśl podnieść kotwicę. Niech się dzionek lub dwa pohuśta na falach. Nie ucieknie i nikt go nie ruszy. A na nadbrzeżu trzeba będzie postawić wartownika – niby dla kontroli skonfiskowanych obiektów pływających.

Teraz, o niezbyt późnej porze, po nadbrzeżu kręcili się ludzie, ale przed świtem nie będzie tu żywej duszy. Powinno pójść gładko.

Upewniony, że wszystko w porządku z barkasem, inspektor wrócił na własne śmieci.

Miniona noc i następujący po niej dzień były pełne zdarzeń. W życiu każdego człowieka przychodzi moment stanowiący punkt szczytowy jego istnienia. Często nie zdajesz sobie z tego sprawy i dopiero potem, patrząc wstecz, łapiesz się za głowę: „Przecież to było właśnie to, po co zapewne przyszedłem na świat!”. A tu za późno, nie sposób zawrócić i czegokolwiek naprawić.

Asagawa natomiast wiedział, że teraz właśnie przeżywa szczytowy moment życia, i zdecydował twardo, że nie zawiedzie karmy. Któż by pomyślał, że syn i wnuk zwykłych yoriki stanie się języczkiem politycznej wagi, dzierżąc w dłoni los cesarstwa? Czyż nie od niego zawisło, gdzie zwróci się Japonia, jaka nią pokieruje siła?

вернуться

* Mów! Kto jesteś? Kto przystał? (zniekształcony jap.).

вернуться

* Popatrz no (jap.).