Выбрать главу

Znów się zdumiał: czemu niewidzialny człowiek ryzykował, uchylając się od kul? Mógł przecie cisnąć tę zabawkę i po sprawie.

Schyliwszy się (przy szybkim ruchu wszystko wokół niego się zakołysało), przewrócił zwłoki na plecy.

I zobaczył, że Onokoji jeszcze żyje.

W otwartych oczach przelewała się zgroza, drżące wargi chwytały powietrze.

– Nan-ja? Nan-ja? (Co to? Co to?) – wyszeptał umierający. Zapewne ani wiedział, co go powaliło, biegł na złamanie karku, niczego nie widząc; i nagle – cios niżej ciemienia.

– To był ninja. Poszczuł go Bullcox – powiedział Fandorin, walcząc z zawrotami głowy. – Odwiozę pana do lekarza. Do doktora Twiggsa.

Lecz było jasne, że żaden lekarz księciu nie pomoże. Już mętniały mu oczy.

Nagle skrzywił się, sprężył wszystkie siły i powoli, ale wyraźnie powiedział:

– Nie Bullcox… Don…

– Co?

– Don Tsurumaki.

I koniec. Szczęka, drgnąwszy, opadła; spod półprzymkniętych powiek błysnęły białka.

W nadwerężonej głowie tytularnego radcy zadudniło: don-don-don.

Życie dźwięczy tak:

Din-din, tiribom, kuku.

A w końcu: don-don.

Ból głowy

Fandorinowi zdało się, że spoczywa na deskach najwyżej od pół minuty, chcąc przeczekać ostry atak zawrotu głowy, ale gdy znów otworzył oczy, odkrył, że leży u siebie w sypialni, na łóżku, całkiem rozebrany i okryty kołdrą, a z obu stron schylają się nad nim dwie skośnookie twarze: jedna pyzata, ze szczoteczką krótko ostrzyżonych włosów, druga wąska, ze starannym przedziałkiem. Byli to Masa i Shirota, patrzący na radcę tytularnego z podobnym wyrazem skrajnego niepokoju.

– Co… ze… mną? – z trudem wypowiedział Erast Pietrowicz, ledwie obracając językiem.

Proste pytanie wzbudziło całą dysputę po japońsku, po której Japończycy skinęli sobie, jakby umawiając się na coś, i sekretarz zaczął ostrożnie:

– O świcie pani O-Yumi obudziła pańskiego sługę. Powiedziała: „Z panem źle, czuję to. Chodźmy szybko”. Pobiegła bulwarem w stronę przystani towarowej. Masahiro za nią. On mówi, że ona biegła i wciąż patrzyła na nadbrzeża. Na jednym z najdalszych, już w Mieście Tubylczym, znaleźli pana leżącego bez przytomności, we krwi.

Fandorin popatrzył na Masę, ten znacząco zmrużył oczy. „Aha – domyślił się Erast Pietrowicz – o tym, że tuż obok leżało martwe ciało, Shirocie nie powiedziano. Słusznie. Lecz skąd mogła wiedzieć O-Yumi, że wpadłem w tarapaty, i jak się domyśliła, że trzeba mnie szukać na brzegu? Zadziwiająca kobieta. Gdzież ona?”.

Popatrzył wokół – w pokoju jej nie było.

– Pani O-Yumi coś zrobiła – ucisnęła chyba jakąś żyłę i krwotok ustał. Potem oderwała skraj sukni i przewiązała panu ranę. Kazała słudze zanieść pana do domu, a sama nie wróciła. Powiedziała, że pilnie potrzeba wywaru jakiejś górskiej trawy. Masahiro nie zapamiętał nazwy. Że jeśli nie wypije się tego ziela, krew zaschnie w głowie, zmieni się w kamyk i pan może wkrótce umrzeć. Sługa doniósł pana do granicy Settlementu, a tam udało mu się napotkać wczesną rikszę. No, a rankiem do pańskiego mieszkania wbiegł pan konsul, zobaczył, że pan leży bez przytomności, przewiązany. Nakrzyczał na służącego, zawołał mnie, posłał po doktora. Wybrałem się do mister Twiggsa, wiedząc, że to pański przyjaciel… A pan konsul wyjechał pośpiesznie do Tokio, do ambasady.

W opowieści było mnóstwo rzeczy niepojętych, lecz przede wszystkim uderzyło Fandorina dziwne zachowanie Wsiewołoda Witaljewicza.

– Wbiegł?!

Żeby ceremonialny Doronin wdarł się bladym świtem do mieszkania zastępcy? Musiałoby się zdarzyć coś całkiem nieprawdopodobnego.

Shirota ugryzł się w język. Nic nie odrzekł.

– I co doktor Twiggs?

Japończycy znów spojrzeli po sobie. Odpowiedzi znowu nie było. Masa powiedział coś z troską, a sekretarz przetłumaczył:

– Powinien pan leżeć, co godzinę zmieniać okłady, a denerwować się nie wolno. Bardzo silny uraz głowy. Tak powiedział doktor Albertini.

– D-dlaczego Albertini, a nie Twiggs?

Ożywiona dyskusja po japońsku, tym razem bez przekładu.

Głowa w istocie bolała Erasta Pietrowicza okropnie, a i zbierało mu się na nudności, ale cała ta tajemniczość zaczynała go już męczyć.

Do diabła z nimi, z doktorami i z konsulem, są poważniejsze sprawy.

– Masa. Asagawa-san koko, hayaku * - rozkazał radca tytularny.

Sługa zamrugał oczyma, w przestrachu zerknął na Shirotę. Ten ostrzegawczo kaszlnął.

Serce załomotało mocniej, z każdą chwilą rozpędzając się coraz bardziej i bardziej. Erast Pietrowicz zerwał się, usiadł na łóżku, zagryzł wargi, żeby nie krzyknąć z bólu.

– Masa, ubierać!

* * *

O trzeciej po południu Fandorin wracał do konsulatu, ogłuszony rozmiarem katastrofy. Z pewnością byłby wstrząśnięty jeszcze bardziej, gdyby nie ciągłe zawroty głowy i łupanie, przenikające raz po raz czaszkę od skroni do skroni. Z tej racji radcy tytularnego nie opuszczało poczucie nierealności wypadków, jakiegoś ciągłego koszmaru. Wszystko było aż nazbyt, niebywale potworne. Na jawie tak nie bywa.

Inspektor Asagawa zabity przez jakichś chuliganów. Jeśli wierzyć japońskiej policji – przypadkiem, w bezsensownej pijackiej awanturze.

Sierżant Lockston zmarł u siebie w gabinecie na apopleksję.

Doktorowi Twiggsowi, jak wykazała sekcja, pękło naczynko w mózgu.

Wszystko to można by uważać za nadzwyczaj mało prawdopodobny, lecz teoretycznie możliwy zbieg okoliczności, gdyby nie niewidzialny człowiek, zabójca świadka, jak też zniknięcie wszystkich trzech dowodów rzeczowych.

Z gabinetu doktora przepadł zaszyfrowany schemat. Przy sierżancie nie znaleziono żadnych pisanych krwią przysiąg. O kopercie z raportami, która była w posiadaniu inspektora, japońska policja usłyszała po raz pierwszy.

Ilekroć Fandorin próbował rozwikłać sens tego makabrycznego łańcucha zdarzeń, nasilały się zawroty głowy, a żołądek podjeżdżał do gardła.

Do nakreślenia i przemyślenia wersji „Don Tsurumaki” brakło mu sił.

Lecz nade wszystko chorego wicekonsula dręczyło zniknięcie O-Yumi. Gdzież ona jest? Czy wróci? O jaką znów górską trawę chodzi?

Obłęd, obłęd, obłęd.

* * *

Równocześnie z Fandorinem, tyle że od strony Main Street, podjechała pod konsulat dwumiejscowa kuruma, z której wysiedli Doronin i (diabli nadali!) attaché morski Bucharcew. Zauważywszy zbliżającego się wicekonsula, wpatrzyli się weń posępnie.

– Macie go, bohatera – rzucił głośno kapitan – lejtnant do Wsiewołoda Witaljewicza. – Mówił pan, że nieprzytomny, trzy ćwierci do śmierci, a tu patrzcie, jaki skowronek. Gdybym wiedział, anibym się tu wybrał. Zawezwałbym go do Tokio.

Początek nic dobrego nie wróżył, bo w istocie skąd miałoby się wziąć coś dobrego?

Doronin wpatrzył się w białe niczym pod warstwą pudru oblicze swego zastępcy.

– Jak się pan czuje? Po co pan wstał?

– D-dziękuję, ze mną wszystko w porządku.

Fandorin uścisnął rękę konsula. Z Bucharcewem, który demonstracyjnie schował dłoń za plecami, wymienili wyłącznie nieprzyjazne spojrzenia. Tak czy owak, służyli w różnych resortach, a rangę mieli tę samą, dziewiątą, ze służbowego więc punktu widzenia żadnego uszczerbku na honorze żadnemu z nich to nie przyniosło.

вернуться

* Masa, pana Asagawę tu, prędko (zniekształcony jap.).