Выбрать главу

Ciekawe, że po wzmiance o pojedynku ton attaché morskiego najzupełniej się zmienił. Teraz przeważała w nim nie wyniosłość, lecz troska o interesy ojczyzny.

I owszem, przekazana przez Bucharcewa nowina znaczyła bardzo wiele. Erast Pietrowicz chwycił się z jękiem za głowę.

Przecież Asagawa zamierzał wyjaśnić, kto właściwie „przegrał” do intendenta posiadłość, lecz samozwańczy śledczy dali się porwać grze w policjantów i złodziei. A tu się szkatułka cała zwyczajnie otwierała! *

Ileż popełniono fatalnych, nieodwracalnych pomyłek!

Teraz nie pozostał już żaden dowód rzeczowy. Wszystkie trzy poszlaki znikły. Jedyny świadek, który dużo wiedział i gotów był mówić – nie żyje.

Intendenta Sugę pochowają z honorami. Jego partia pozostanie u władzy.

Tajna izba w gabinecie naczelnika policji? Jej zawartość niczego nie dowiedzie. Została tam tylko sterta podartego papieru. Asagawa poszarpał kompromitujące dokumenty na tak drobne strzępki, że już się ich nie sklei.

– Pozostał tylko jeden haczyk – oznajmił głośno wicekonsul. – Don nie wie, że o nim wiemy.

– Dość kiepski haczyk – Wsiewołod Witaljewicz wzruszył ramionami. – I jak go wykorzystać?

Pocierając skroń, Erast Pietrowicz powiedział niegłośno:

– Jest pewien sposób. Oczywiście wielce ryzykowny, ale ja bym spróbował…

– Nic nie chcę wiedzieć! – przerwał szybko kapitan-lejtnant, robiąc nawet ruch, jakby chciał zatkać uszy. – Żadnych szczegółów. Sam pan nawarzył piwa, sam je pan teraz wypije. Nie ma pan nic do stracenia. Wszystko, co mogę zrobić, to o dwadzieścia cztery godziny opóźnić swój raport, ale musi pan wiedzieć, Fandorin: skieruję to pismo nie do naszego poczciwego ambasadora, lecz wprost do Sankt Petersburga. Tak więc, panowie konsulowie, macie równo dobę. Albo przedstawicie mi odpowiedniego kozła ofiarnego, albo nie oceniajcie mnie źle… – Mścisław Mikołajewicz wytrzymał wieloznaczną pauzę i zakończył, zwracając się już bezpośrednio do Fandorina. – Tylko proszę pamiętać: żadnych pojedynków z Bullcoksem!

– Ale jak mogę odmówić? To p-przecież niehonorowe!

– Nawet nie wiem, co byłoby większą katastrofą w obecnych stosunkach rosyjsko-brytyjskich: gdyby pan zabił Bullcoksa, czy też on pana. – Mścisław Mikołajewicz zamyślił się, lecz rozłożył ręce. – Nie, to wykluczone. Gdy w grę wchodzi honor ojczyzny, Fandorin, trzeba umieć złożyć w ofierze własny honor.

Radca tytularny popatrzył na attaché spode łba.

– Własnego honoru, kapitanie-lejtnancie, nie wolno wyrzekać się nigdy i z żadnych racji.

I znów, napotkawszy na opór, Bucharcew zmienił ton. Porzucił patos, przeszedł do konfidencji.

– Ach, dajmy temu spokój, Eraście Pietrowiczu. Czymże w obliczu historii są nasze drobne ambicje i egoizmy? A przecież ja i pan działamy tu dla dobra ojczyzny. Trwamy na rubieży całej europejskiej kultury. Tak, tak, proszę się nie dziwić. Dużo o tym w ostatnim czasie rozmyślam. A i z panem, Wsiewołodzie Witaljewiczu, spieraliśmy się nie tak dawno, drwiąc z japońskiego zagrożenia militarnego. Ale później wnikliwie to przemyślałem i przyznam: ma pan rację, po tysiąckroć rację, lecz trzeba patrzeć na to szerzej. Problem tkwi nie w malutkiej Japonii. Niebawem nowy Dżyngis – chan obruszy się na Europę. Roją się, na wpół przebudzone, gigantyczne Chiny. Gdy wzbierze ta żółta fala, sięgnie szczytem niebios, zagarniając wszelkie Koree i Mongolie, a samą jej pienistą grzywę zajmie zadziorne wyspiarskie cesarstwo ze swą drapieżną szlachtą i butną nuworyszowską burżuazją! – Głos Mścisława Mikołajewicza rozbrzmiał proroczą nutą, oko zapłonęło ogniem, widać było, że kapitan – lejtnant już wyobraża sobie, jak wygłasza tę mowę przed dostojnikami cesarstwa. – Nowy mongolizm, czyli żółte niebezpieczeństwo – tak godzi się to nazwać. Miriady, miriady okrutnych, wąskookich, krwiożerczych żółtków zaleją niepowstrzymaną faląspokojny przestwór świata, a na drodze chińskiego olbrzyma z japońską głową znów, jak w czasach Hunów i Tatarów, staniemy my, Słowianie… Oto o czym należy myśleć, Eraście Pietrowiczu, a nie o własnym honorze.

Z tą godną pod każdym względem repliką w formie błyskotliwej koleżeńskiej wymówki kapitan-lejtnant podał tyły. Nie wyrzekł już ani jednego zdania, by nie psuć efektu. Po prostu wstał, strzelił po wojskowemu obcasami, rzucił jedno jedyne słowo („Panowie!”) i pomaszerował do drzwi.

Doronin wstał, lecz nie ruszył się z miejsca.

– Shirota pana odprowadzi – powiedział półgłosem.

A odczekawszy chwilę, aż attaché znajdzie się za drzwiami, dodał z pasją:

– Szszszuja! Wszystko to kłamstwo! Żadnych dwudziestu czterech godzin nie poczeka. Już w wagonie machnie donos i zaraz wyśle go do ministerstwa, a kopię bezpośrednio do Trzeciego Oddziału. A żeby nie wyglądało to na zwykłą denuncjację, doda wszystkie te bzdury o żółtym niebezpieczeństwie, które przed chwilą nam zaserwował. – Konsul znużony opadł na fotel. – Poślą mnie na zieloną trawkę, o co zresztą mniejsza. I do diabła z tą służbą! – Nagle wesoło potrząsnął głową. – Wyżyję i bez niej, a do Rosji nie wrócę. Naturalizuję się i przekształcę w Japońca, co? Co pan o tym myśli? – Zaśmiał się, jakby dając poznać, że, ma się rozumieć, żartuje.

Na ten temat radca tytularny nie myślał nic, miał nad czym łamać swą (skądinąd i bez tego uszkodzoną) głowę.

– A więc główny akunin w tej sprawie to Don Tsurumaki – szepnął jakby do siebie.

– Jak pan powiedział? Akunin?

– No tak, główny oprych. Wyjaśniono mi, że japońskie opryszki nie są podobne do innych. To znaczy, oczywiście, też są łotrami i grabią, lecz zgodnie z zasadami i nie bez szlachetnych intencji. Coś w tym rodzaju.

Wsiewołod Witaljewicz uśmiechnął się.

– Japonia – krajem szlachetnych łotrów? Czemu nie. A już Tsurumaki to klasyczny akunin.

– A ja nie jestem pewien… Widzi pan, całkiem nieźle znam tego człowieka. – Fandorin nie zamierzał wdawać się w szczegóły. – On… On nie przypomina perfidnego intryganta. A poza tym czy wypada zaraz ufać przedśmiertnemu zwierzeniu? Już raz popełniłem ten błąd i zawierzyłem Sudze. A on, co teraz jasne, w ostatniej chwili życia myślał tylko o jednym: jak nas skierować na fałszywy trop.

– Onokoji to nie Suga. Tamten to silny, nieugięty człowiek bez lęku przed śmiercią, a pański japoński dekadent do kategorii akuninów bynajmniej się nie zaliczał.

Zamilkli, tym razem myśląc o tym samym. Konsul nic jednak nie wymyślił, pytająco popatrzył na chwytającego się co chwila za skroń zastępcę.

– Mówił pan, że zna jakiś ryzykowny sposób? Sposób na co?

– Na upewnienie się co do podstępu Dona Tsurumakiego. Albo też co do jego niewinności.

– Jak to zrobić?

– Zostałem przecież wyzwany na pojedynek. Czyli będę potrzebował sekundanta, prawda? – Erast Pietrowicz chciał się uśmiechnąć, lecz zamiast tego skrzywił się, czując nowy spazm bólu głowy.

Wierny mój druhu,

Dziś znowu jesteś ze mną -

Zwiesz się ból głowy.

Cichy głos

Wieczorem w tymże gabinecie odbyta się znów narada, acz w nieco odmiennym składzie. Attaché morskiego nie było, zamiast niego Wsiewołod Witaljewicz zaprosił Shirotę – zapewne w ramach rekompensaty za wcześniejsze wyczekiwanie w korytarzu.

Japończyk nie wyglądał jednak na urażonego, już bardziej na zamyślonego, jakby bujał gdzieś, hen, myślami. Jak jednak świadczyły rzucane przezeń od czasu do czasu repliki, relacji wicekonsula słuchał nie mniej uważnie niż Doronin.

вернуться

* Iwan Kryłow, Szkatułka (1809), przełożył Tadeusz Łopalewski. Zwrot przysłowiowy (przyp. tłum.).