Выбрать главу

Z czasem wypracował w sobie nawyk, żeby bez szczególnej potrzeby nie patrzeć ludziom w oczy, bo inaczej zwalało się na niego zbyt wiele informacji; zbędnej, a niekiedy nawet przykrej. Jeśli zaś człowiek i jego głos wewnętrzny z jakichś powodów Roberta interesowali, zachowywał się tak: spoglądał raz i odwracał wzrok. Potem, za jakiś czas, znowu. Nieznającym go wydawało się, że jest nieśmiały.

Miał jeszcze jedną zabawę. Poznawał kogoś i przez tydzień albo dwa starał się nie spotykać z nim wzrokiem. Wyrabiał sobie na jego temat jakiś pogląd, używając tylko środków dostępnych zwykłym ludziom. Potem podsłuchiwał myśli i sprawdzał, czy dobrze zrozumiał nowego znajomego. Prawie zawsze okazywało się, że to najważniejsze przeoczył. Homo sapiens to dziwaczny stwór: na języku ma jedno, a w myślach całkiem co innego.

W instytucie Robert studiował z zapałem, absolutnie poważnie, szczególny nacisk kładąc na języki obce. Wiedział, że pomogą mu w świetlanej przyszłości. Siedzi się przy stole, rozmawia z jakimś cudzoziemskim dyplomatą i widzi się gołąbeczka na wskroś, jak pod rentgenem.

Angielski był u Roberta na pierwszym miejscu, francuski na drugim, a od trzeciego roku Darnowski zaczął jeszcze chodzić na lektorat z niemieckiego, który potem najbardziej mu się przydał. Po pierwszym roku przy pomocy Daru trochę pokombinował i dostał się do międzynarodowej brygady budowlanej, pojechał latem do Karl-Marx-Stadt kopać fundamenty pod Dom Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej. Od tej chwili przestawił się definitywnie na kierunek niemiecki.

Na piątym roku pojechał na staż do RFN-u (tu już pomógł mu teść, który w tym czasie jeszcze nie był teściem), a przed samym dyplomem znalazł się w szeregach członków KPZR – to uważano za wielkie osiągnięcie, ponieważ limit procentowy dla studentów był mały, przyjmowano wyłącznie działaczy z najwyższą protekcją. Ale znowu pomógł mu Dar, a Wsiewołod Ignatjewicz, w tym czasie już faktyczny teść, w odpowiednim momencie też zadzwonił, gdzie trzeba.

Robert urządził się w miejscu po prostu bajecznym – w Instytucie Krajów Kapitalistycznych. Dwie stałe delegacje zagraniczne co roku, przed dwudziestym piątym rokiem życia zagwarantowany doktorat i etat starszego pracownika naukowego (z dodatkami trzysta rubli), a potem można było zostać szefem sektora, co to już w ogóle otwierało wszystkie drogi. Na przykład bez problemu załatwiało się wyjazd na trzy latka do dobrej ambasady, żeby podreperować się materialnie i zebrać materiał do pracy habilitacyjnej. Gdzieś około połowy lat dziewięćdziesiątych, ledwie przekroczywszy trzydziestkę, Darnowski byłby cennym pracownikiem, doktorem habilitowanym. Taki może być nawet radcą dyplomatycznym. Albo kierownikiem oddziału (to już nomenklatura KC). Zresztą czy to nie fantastyczne – trafić bodaj na plac Stary do Komitetu Centralnego jako instruktor wydziału międzynarodowego lub ideologicznego. Byłoby oczywiście nudno, ale w sensie kariery to jest to, o co chodzi.

Kariera byłaby jeszcze szybsza, gdyby równocześnie poszedł inną drogą: po linii służb specjalnych, jak niejeden z jego kolegów. W tej sprawie Robert naradzał się z teściem, człowiekiem mądrym i zdrowo myślącym. Wsiewołod Ignatjewicz powiedział jednak: nie warto. Nie sztuka ożenić cię z Urzędem, ale teraz tylu się namnożyło tych „bigamistów”, że w przyszłości pozycja „monogamiczna” może rokować większe nadzieje. Szczególnie jeśli będziesz miał szansę na posadę w jakiejś poważnej organizacji międzynarodowej. Tamci przecież też nie są głupi i wiedzą, kto z naszych jest mundurowy w cywilu, a kto nie.

Rada, jak zwykle, okazała się dobra. Mimo że w bezpiece Robert ze swoim talentem mógłby osiągnąć ho-ho jakie sukcesy. Gdzieś na raucie przy szklaneczce dżinu z tonikiem zamienić parę słów z zagranicznym rezydentem, od niechcenia spojrzeć mu w oczy. Oj, gdyby ojczyzna wiedziała, jaki rycerz niewidzialnego frontu przepada!

Ale jakoś robota w ONZ czy w UNESCO ominęła Darnowskiego; ci, którzy tam trafili, trzymali się mocno, tak że buldożerem się ich nie usunie. A jego macierzysty Instytut Krajów Kapitalistycznych wprost marniał w oczach. Krótkoterminowy wyjazd za granicę przestał być Bóg wie jakim przywilejem; teraz jeździło wielu, nawet tacy, którym kiedyś nie pozwalano. No, owszem, został kierownikiem sektora, i co z tego ma? Pensja przy dzisiejszych cenach – śmiechu warta. Gdyby nie teść i jego koryto i gdyby nie żona z jej kosmetyczno-perfumeryjnym dorabianiem, Robert żyłby jak każdy człowiek pracy: jadłby zupę z przecieru pomidorowego i „kawior” z mintaja z kapustą morską.

W dzisiejszych czasach już nie Instytut Krajów Kapitalistycznych, ale, strach powiedzieć, nawet KC KPZR przestał być miejscem pracy godnym zazdrości. Mądrzy ludzie starali się przesiąść na inny pojazd. Na przykład Wsiewołod Ignatjewicz dawno zrejterował z Komitetu, i Robert też mógłby wziąć z niego przykład. Przeszkadzała jedynie siła bezwładu. A poza tym żal mu było straconego czasu. I Daru zużytego, jak się okazało, na głupstwa – na przynależność do zbankrutowanej partii, na idiotyczną habilitację, wyrabianie pożytecznych znajomości i inne głupstwa.

Rodzina

Takie właśnie smętne myśli owładnęły Robertem Darnowskim, kiedy po śniadaniu palił w kuchni papierosa i ze zdumieniem słuchał soundtracku, który ni w pięć, ni w dziewięć urządził sobie jakiś koncert galowy. Cóż ma znaczyć ta Oda do radości? Co zapowiada?

Potem do kuchni zajrzała pacykująca się żona, powiedziała swoim głębokim głosem: „Czego tak siedzisz? Nawet talerzy nie sprzątnąłeś”, więc od razu zapomniał o wszystkim. Co jak co, ale sztukę kosmetyki Inna znała doskonale.

To bzdura, że do piękna człowiek się przyzwyczaja. Do brzydoty pewnie tak, ale do piękna nigdy.

Robert w życiu nie widział ładniejszej kobiety niż Inna. Chyba że w kinie. Isabelle Adjani w czymś ją przypomina, ale diabli wiedzą, jaka ta Isabelle jest w życiu – pewno nie dorasta Innie do pięt.

Nie chodziło nawet o urodę, prędzej czy później człowiek się nią nasyci. Podziwiać podziwia, ale nie czuje głodu. Tym jednak, czym Inna zdobyła znanego playboya i któryś już rok mocno trzymała, była tajemniczość. To haczyk, z którego nigdy żaden mężczyzna się nie zerwie. Szczególnie taki, któremu zazwyczaj wystarczy (cha, cha) mrugnąć okiem, żeby odsłonić najbardziej nawet skrywaną tajemnicę.

Do dwudziestego siódmego roku życia Robert Darnowski poznał ludzkość w takim stopniu, że trudno go było zadziwić mrokami człowieczej duszy. Jak mówi poeta: „Kto żył i myślał, ten nie może nie gardzić bliźnim aż do głębi” * – a jeśli jeszcze ten ktoś słyszał jego myśli, to tym bardziej. Dlatego Robert miał dostateczne podstawy do wysokiej (ale całkiem uzasadnionej) samooceny.

Był z niego facet, jak się patrzy: wyrazisty nos, linia szerokich ust, znamionująca energię, eleganckie okulary w masywnej oprawie, proste włosy, stylowo rozczesane na boki, a la Turgieniew. Kobiety oglądały się za Darnowskim. A która popatrzyła mu w oczy – już była stracona. Ileż on ich rozdłubał w swoim czasie i prowadził potem jak na smyczy! Pierwszy eksperyment z niezapomnianą Reginką Kirpiczenko to były miłe dziecinne zabawy. Zdarzało się później Robowi oswajać kobiety o wiele wyższej klasy. I ani jednej porażki w całej karierze playboya. Tylko że to nudne. Coś jak gra na pieniądze z partnerem, który ma przezroczyste karty. Dochodowa, owszem, jest, ale prędko się przykrzy.

Do trzeciego roku Robert nahulał się i nabaraszkował do syta. Zaczął lustrować ewentualne narzeczone; szczęściem na uczelni ich nie brakowało. Władca ludzkich myśli miał duże wymagania: żeby miała odpowiedniego ojczulka, sama nie była zdzirą, ale i nie ropuchą, to jasne. Zdarzyło się kilka niezłych wariantów. Na jednym już się prawie zatrzymał. Tatunio wiceminister, dziewczyna milutka, typu wierna małżonka i troskliwa matka. Zamierzał już zrobić jej dzieciaka, żeby przyśpieszyć proces. Ale wtedy na jakimś party spotkał Innę. Była o rok wyżej od Roberta, studiowała w tym samym instytucie, tylko że dziennikarstwo. Dziecię nomenklatury w trzecim pokoleniu, angielski-francuski od czwartego roku życia, i tak dalej. Ale Rob poleciał nie na to „arystokratyczne” pochodzenie, lecz na senną urodę rusałki.

вернуться

* Przełożył Adam Ważyk.