Выбрать главу

Mądrala zaczął cedzić słowa:

– Pytanie pierwsze: co to są „policaje”? Pytanie drugie: co to są „zomboidy”? Pytanie trzecie: co to są „mutanty”? Pytanie czwarte: czym zajmuje się Sanatorium? Pytanie piąte: jak tam trafić? To pierwsza porcja pytań. Chce pan dożyć do drugiej – niech pan odpowiada.

I szczęknął bezpiecznikiem. Łysy zadrżał. Jeśli już wykończyć, to najpierw tę blond cholerę, pomyślał Dronow. Ona mniej wie, a Pietrowicz niech zobaczy, co go czeka. Robert też chyba doszedł do takiego wniosku.

– Nie, zaczniemy od pani. Ladies first.

Przeniósł lufę na Alinę.

Ta szybko odpowiedziała:

– Ilja Pietrowicz was oszukał. Teczka jest fałszywa. Wasza przyjaciółka jest tutaj, na podziemnym piętrze. W separatce.

Gwałtownie odwróciła się do profesora.

Ten z pretensją w głosie wymamrotał:

– Ach, Alina, Alina… – i powoli, niechętnie skinął głową.

– Dalej, wstawać – rozkazał strasznie zdenerwowany Dronow. – Prowadźcie!

Szli w takiej kolejności: z przodu Pietrowicz i Siergiej, z tyłu Robert ciągnął pod rękę przerażoną Alinę.

Z korytarza do piwnicy wiodły schody kończące się stalowymi drzwiami.

– Ja znam ten kod – powiedziała blondynka. Widać naprawdę nie chciała umierać.

Podotykała przycisków paluszkami i masywne drzwi się otworzyły. Za nimi było coś w rodzaju przedsionka, długiego na trzy metry, a potem jeszcze jedne drzwi. Alina podkapowała szefa:

– Drugi kod zna tylko Ilja Pietrowicz.

– Pietrowicz nam otworzy, prawda? – Siergiej z lekka szturchnął łysego łokciem pod żebra.

– Tak, tak, oczywiście – wymamrotał tamten.

Był mocno zdenerwowany – nie mógł trafić na właściwe przyciski.

A Siergiej aż dygotał, taki był podniecony. Czyżby miał zaraz zobaczyć Marię?

– Jeśli wy, dranie, cokolwiek jej…

– Nie, nie, zapewniam pana, jest całkiem zdrowa!

Nareszcie.

Drugie drzwi też się otwarły.

– Jeśli pan pozwoli, ja pierwszy – powiedział profesor. – Tu trzeba wiedzieć, gdzie się zapala światło.

I ruszył do przodu w ciemność.

Dronow chciał pójść za nim, nagle z tyłu usłyszał krzyk, huk.

Obejrzał się i zobaczył, że Robert zgiął się wpół, a blond cicha woda z rozmachem wali go kantem dłoni w szyję.

Pistolet upadł na podłogę, Darnowski zgiął się już chyba w dziesięcioro. Siergiej ruszył ostro do przodu, ale Alina zdążyła wyskoczyć z powrotem na schody i zatrzasnąć za sobą drzwi. Obrócił się w drugą stronę, by zobaczyć, że drugie drzwi też się zatrzaskują.

Rytm już się włączył, ale co z tego?

Dronow walnął w jedne drzwi, w drugie. Gdzie tam. Nawet granatem się ich nie rozwali.

A jednak tak się wściekł, że raz za razem rzucał się, kopał, tłukł o stal pięściami; aż piana leciała mu z ust.

Darnowski, jedną ręką trzymając się za pachwinę, drugą za kark, zaczął jęczeć przeciągle:

– Uuspookóój siee, buuldożeeerze! Aaaż weee łbieee huuuczyy. Niee roozuumieeeesz? Tooo kooonieec. Juuuuż pooo naaas…

Rozdział piętnasty

No, tośmy się obudzili

Melodia, jak zwykle, obudziła się pierwsza.

Najpierw Robert usłyszał jej potężny, triumfalny łoskot; potem otworzył oczy, zobaczył biały sufit i kroplówkę przy łóżku, wciągnął w nozdrza specyficzny szpitalny zapach i powiedział w duchu: „Właśnie ocknąłem się po wypadku, powinno się wydarzyć ze mną coś cudownego – jestem tego pewny”.

Przetarł oczy, bo obraz rozpływał się i dwoił – o wiele silniej, niż gdyby po prostu zdejmował okulary.

Ale nie zaczął lepiej widzieć. Wtedy przekręcił głowę, zobaczył szafkę i zaczął macać po niej ręką.

Okularów nie było. Rozbiły się może? Szkoda, mimo wszystko to Dior.

Dziwne. Mam okulary od Diora, a chodzę w indyjskich dżinsach za dwanaście rubli. Zmarszczył czoło, z trudem doprowadzając do ładu mechanizm myślenia i pamięci.

Doprowadził.

Przypomniał sobie.

Wstał gwałtownie.

Cholera! Gdzie są okulary? Nic porządnie nie może zobaczyć!

Robert nie miał dużej wady wzroku, ledwie minus dwa, i mógłby na dobrą sprawę obchodzić się bez okularów, jeśliby, oczywiście, nie prowadził samochodu. Ale w czasie, kiedy był nieprzytomny, jego wzrok katastrofalnie się pogorszył. Zamiast okna widział jasną plamę, zamiast lampy pod sufitem – koło, a kąty dosyć obszernej sali (czy celi?) w ogóle się rozpływały.

Spokojnie, powiedział sobie w duchu Darnowski. Trzeba zaprowadzić w tym chaosie porządek. Odtwórzmy wypadki po kolei.

Dziesiąty maja – pamiętam.

Szaloną pogoń po Lesie Artiuchowskim, a potem przez pole – pamiętam.

Potem podsłuchał wewnętrzny głos gliniarza: To oni, kuma! Zaraz trzeba zameldować!, i zrozumiał, że porwana niwa jest ścigana. Rozstał się z Dronowem. Co potem? Ach, prawda, Nina.

Skrzywił się.

Kiedy trzeba było znaleźć jakiś azyl czy tak zwaną melinę, Robert się nie patyczkował. Poszedł do kulturalnego miejsca, do Teatru na Tagance; poczekał na ulicy, aż będzie przerwa i publiczność wyjdzie na papierosa, a wtedy zaczął szukać wzrokiem samotnych kobiet. Przeczytał u jednej – o sobie: Patrzy na mnie, niechby lepiej podszedł. Sympatyczny i chyba nie żłób. Daj sobie spokój, Ninka. Nie dla ciebie taki fart. Wszystkie kobiety dookoła, ma się rozumieć, wydawały mu się okropnie brzydkie, ale ta była brzydka nawet według standardowych pojęć: grubawa, kaczy nos, niezbyt zadbana. W ogóle, typicaclass="underline" „stara panna, sawantka”. Pokręcił się koło niej, kompletując informacje. Samotna. Tłumaczy z angielskiego i udziela korepetycji. Nieźle zarabia. Mieszka sama. Faceta nie ma i już straciła na to nadzieję. Mówi o sobie „Ninka”.

Właśnie u niej się przechował, kiedy prowadził obserwację willi na Czarnoposadzkiej. Chodził tam jak do pracy, nie było go od rana do późnego wieczora, a nocami płacił za azyl – pocieszał panią domu za pomocą psychoanalizy i seksoterapii. Z tą ostatnią nie było problemów. Ledwie wspomniał Wenus Anadyomene, od razu stawał się seksualnym stachanowcem.

Ninki oczywiście szkoda. Wykorzystał poczciwą babę i zwiał bez pożegnania. Chociaż kto z kogo korzystał, właściwie trudno powiedzieć. Do samej emerytury będzie miała co wspominać.

Gorzej z Inną. Powinna wrócić dwudziestego czwartego, a dzisiaj już… którego właściwie? Czy jeszcze ciągle jest dziewiętnasty maja? Zmrużył oczy, bo z okna padało mocne światło. Nie, już dwudziesty. Ile godzin przeleżał bez świadomości?

Wczoraj wieczorem obaj z Dronowem, jak dwaj idioci, dali się złapać w najprostszą w świecie pułapkę. Cicha myszka Alina owinęła ich wokół palca, a Ilja Pietrowicz z przymrużonymi oczami w lot ją zrozumiał. Nie było tam w piwnicy żadnej Anny, to jasne.

W pułapce musieli tkwić dosyć długo, już nie starczało im tlenu, na całym ciele wystąpił wstrętny pot. „Koniec, udusimy się”, powiedział Dronow. Wtedy jednak pod sufitem rozległo się jakieś lekkie syczenie, powietrze się zakołysało, a Robert poczuł znajomy zapach. Piękne dzięki, już wąchałem; tak samo pachniał pojemnik wstrzelony przez okno.

Obaj, nauczeni doświadczeniem, zatkali nosy, a Siergiej jeszcze zasłonił usta mokrą od potu koszulą.

Ale po sekundzie Robert się rozmyślił.

– Niech nas usypiają – powiedział. – To znaczy, że jeszcze nie koniec. Oddychaj nosem, Rambo. Jaki mamy wybór? Sleep tight *

Na tym wspomnienia się, naturalnie, skończyły. Dalej były tylko sny; długie, ciężkie, jednostajne, tak jak zwykle widzenia senne pochodzenia chemicznego. Wtedy, w mieszkaniu na Kuźminkach, czy to nawdychali się mniej, czy też skład był trochę inny – dość, że obudzili się szybko. A teraz całe ciało zdrętwiało, a na dworze był ranek albo już w ogóle dzień – proszę, jak leniwie świeci słońce.

вернуться

* Miłego snu (ang.)