Выбрать главу

– A teraz zdradzę wam absolutnie tajną informację. – Wytrzymał pauzę i cicho, z powagą rzekł: – Ludzkości grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie wewnętrzne, ale z zewnątrz.

– Pewnie przybysze z innej planety? – parsknął Robert.

– Tak. I niepotrzebnie się pan uśmiecha, Robercie Łukiczu. To nie komiks ani thriller, ale autentyczny, chociaż ściśle utajniony, fakt. Istnieje jakaś pozaziemska siła, znajdująca się na o wiele wyższym poziomie rozwoju. Od dawna obserwuje naszą planetę. Prawdopodobnie już od stuleci. My zaś ledwie czterdzieści lat temu dowiedzieliśmy się, że mają nas na oku. Dopiero wtedy nasza nauka i technika na tyle się rozwinęły, że zdołaliśmy stwierdzić istnienie pozaziemskiego monitoringu; odkrycia dokonała w 1947 roku obrona przeciwlotnicza USA. Od początku lat sześćdziesiątych supermocarstwa zdecydowały się na aktywną obronę przed nieproszonymi obserwatorami. Olbrzymie wydatki na loty kosmiczne i badania w latach siedemdziesiątych oraz pierwszej połowie osiemdziesiątych tłumaczyć należy właśnie tym. Państwo radzieckie, nie najbardziej dostatni kraj świata, przeznaczyło miliardy nie na to, żeby „na Marsie kwitły jabłonie”. Razem z Amerykanami staraliśmy się zbudować system obrony kosmicznej. Ale kilka lat temu kompetentne organy doszły do wniosku, że te wysiłki i nakłady finansowe nie dają właściwych rezultatów. Dla Migrantów nasze stacje orbitalne i wahadłowce to po prostu dziecinne zabawki. Amerykanie na razie jeszcze się upierają, ale to już ich sprawa (chcą wyrzucać pieniądze w błoto, niech wyrzucają); Związek Radziecki wybrał inny sposób walki z Migrantami, tańszy i bardziej efektywny.

– Dlaczego nazywacie ich Migrantami? – spytał Darnowski, oszołomiony tym, co usłyszał.

– Dlatego, że i my, i nasi partnerzy z NATO jesteśmy zgodni: celem „obserwatorów” jest przygotowanie odpowiednich warunków osiedlenia się na Ziemi. Działają bez pośpiechu, ostrożnie. Może tam u nich żyje się dłużej, a może w ogóle czas biegnie dla nich w całkiem innym tempie. Ale nasza planeta wyraźnie ich interesuje. A co się tyczy ludzi, to Migranci się nam przyglądają i zastanawiają, co będzie lepsze: przystosować nas, byśmy im usługiwali, czy zniszczyć. Zdaje się, że skłonni są wybrać drugi wariant, przy czym zadanie to pozostawiają chyba nam samym.

– Jak to? – nie zrozumiał Dronow.

– Przez samolikwidację. W dodatku taką, by środowisko poniosło jak najmniejsze straty. Jest właściwie pewne, że pomysł i zasadę działania bomby neutronowej podrzucili Amerykanom właśnie Migranci. Chcą nas wytępić jak karaluchy, nie niszcząc przy tym planety.

Ale trik został zdemaskowany i się nie udał. Właśnie toczą się tajne rozmowy radziecko-amerykańskie, których rezultatem będzie zakaz i likwidacja broni neutronowej. Nie ulegnie natomiast zniszczeniu strategiczna broń jądrowa. Wcale nie dlatego, że wielkimi mocarstwami rządzą maniacy czy samobójcy; obrońcy pokoju niepotrzebnie się więc tak ciskają. Tak jakby kierownicze elity nie rozumiały, że Ziemia jest beczką prochu, gotową w każdej chwil wybuchnąć! Ale na tym właśnie polega gwarancja naszego przeżycia: Dopóki mamy ów sławetny guzik, Migranci nas nie tkną. Bo możemy rozwalić planetę w drobny mak, a wtedy oni będą się musieli obejść smakiem.

– No, nieźle – rzeki na to były mistrz.

Anna zaś patrzyła na pułkownika pytająco, tak że Robertowi nie udawało się spotkać z nią wzrokiem.

– Dlatego nasi wrogowie sięgnęli po nową metodę. – Wasiljew już od dłuższego czasu się nie uśmiechał, jego twarz była skupiona i surowa. – Aktywnie propagują ideę powszechnego rozbrojenia nuklearnego. Tak zwane odprężenie, jeśli zwróciliście uwagę, zaczęło się od razu po katastrofie czarnobylskiej. Zbieżność ta nie jest przypadkowa. Mamy informacje, że Migranci bardzo się przestraszyli, by ludzkość nie zniszczyła Ziemi przez własną głupotę i nieostrożność. Darnowski podniósł rękę.

– Chwileczkę. Czegoś tu nie rozumiem. Powiedział pan: „aktywnie propagują”. Ale w jaki sposób? Cóż to, mają u nas swoje przedstawicielstwa, czy jak?

– Nie przedstawicielstwa, tylko przedstawicieli. Migranci potrafią wpływać na zachowanie się ludzi, podporządkowywać ich swojej woli. Szczególnie interesują ich działacze państwowi i społeczni. Nasi wrogowie torują drogę na górę swoim agentom, pomagają im robić kariery, dochodzić do kluczowych stanowisk. Dlatego właśnie w wielkich państwach stworzono ściśle tajne struktury w rodzaju naszego Sanatorium. Ich zadaniem jest kierowanie oporem przeciwko Migrantom: demaskowanie zdrajców i agentów, przeciwdziałanie ich intrygom. Już na początku lat sześćdziesiątych przy KGB stworzono „wydział kosmiczny”. Wówczas pracowało w nim ledwie piętnastu pracowników. Trafiłem tam jako chłopiec, od razu po ukończeniu studiów. Następnie, kiedy rozmiary zagrożenia stały się wyraźniejsze, wydział przekształcono w poważną strukturę o pokojowej nazwie Centrum Działań Profilaktycznych. Sanatorium to nazwa nieoficjalna, od łacińskiego sanatio - to znaczy sanacja, uzdrowienie. Analogiczne instytucje znajdują się w USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii i RFN. Niestety, zimna wojna sprawiła, że współpraca między nami przez długi czas prawie nie istniała. Niektórzy są zdania, że rywalizacja Wschód-Zachód też została spowodowana przez Migrantów. Stara zasada: „Dziel i rządź”.

Robertowi w końcu udało się ściągnąć wzrok Anny.

Co ty o tym wszystkim sądzisz? I jeszcze: co naprawdę myśli ten pułkownik?

Nie wiem. Nie wiem… Ale ten człowiek naprawdę wierzy w to, co mówi. Bądź ostrożny. Kiedy będziesz podejmował decyzję, decyduj nie rozsądkiem, ale duszą.

Darnowski ściągnął brwi.

Jaką decyzję?

Wkrótce się dowiesz.

Jak to duszą?

Sam zrozumiesz.

I znowu się odwróciła.

Pułkownik zaś, nieświadomy tej bezgłośnej wymiany poglądów, ciągnął swój wykład:

– Nasze radzieckie Sanatorium pierwsze stwierdziło, że kontaktu z intruzami nie uzyska się, latając w kosmos prymitywnymi blaszankami. Może go natomiast dać praca agenturalna, czyli to, w czym my, czekiści, jesteśmy tradycyjnie mocni. Przecież największym problemem w tej wojnie jest prawie całkowity brak informacji o przeciwniku. Nie wiemy, kim są Migranci, gdzie znajduje się ich planeta, jak wyglądają. Wnioskując z tego, że pociągają ich warunki naturalne Ziemi, ich fizjologia powinna być zbliżona do ludzkiej. Do tej pory jednak żaden z Migrantów nie dostał się w nasze ręce – ani żywy, ani martwy. Kilka razy znajdowaliśmy mikroskopijne resztki aparatów latających, owych sławetnych UFO, które uległy rozbiciu albo szczęśliwym trafem strącone zostały przez nasze rakiety. Ale nie było z nich wielkiego pożytku; najprawdopodobniej pojazdy mają wmontowany mechanizm samoniszczący. Zdecydowaliśmy zatem, że będziemy dobierać się do tych istot poprzez zwerbowanych przez nich agentów. Po pierwsze ludzie-renegaci coś z pewnością wiedzą o swoich panach z innych planet. A po drugie, prędzej czy później przy pomocy podwójnego agenta złapiemy i kosmicznego gościa.

Robert spojrzał z niepokojem na Annę – czy zrozumiała, dokąd zmierza weteran antymigranckiego ruchu oporu. Ale dziewczyna nadal nie patrzyła na niego; twarz miała jakby nieobecną.

– Działamy jak partyzanci na Białorusi – rzekł z gorzkim uśmiechem pułkownik. – Nie walczymy z Niemcami, tylko z rodakami – „policajami” *. Właśnie „policajami”; tak u nas w Sanatorium nazywamy świadomych zdrajców ludzkości. Czasem te wyrzutki dochodzą do bardzo wysokich stanowisk, mając poparcie swoich protektorów, a oprócz tego – nietuzinkowe zdolności. O, Migranci potrafią dobierać kadry. – Znowu niewesoły uśmiech. – Międzynarodowy termin dla takich ludzi to „zomboidy”, dlatego że należą nie do siebie, ale do tych, którzy ich zombifikowali. Tego materiału nie da się już użyć dla dobra ludzkości.

вернуться

* Policaj – w czasie II wojny światowej na okupowanych przez Niemców terenach ZSRR nazywano tak pogardliwie obywateli radzieckich, służących w pomocniczej policji (przyp. tłum.)