W naturze działo się coś okropnego. Na ziemi zaległa noc, a na niebie w szalonym pędzie goniły się rude lub czarne obłoki piasku. Zdawało się, że piasek z całej pustyni ożył, zerwał się w górę i leciał gdzieś z szybkością kamieni rzucanych procą.
Gorąco było takie jak w łaźni: na rękach i twarzy pękała skóra, język usychał, oddech sprawiał kłucie w piersiach. Drobne ziarna piasku parzyły jak iskry.
Pentuer gwałtem zbliżył flakonik do ust księcia. Ramzes wypił parę kropel i uczuł dziwną zmianę: ból i gorąco przestały go dręczyć, myśl odzyskała swobodę.
— I to może ciągnąć się parę dni?…
— Cztery — odparł kapłan.
— A wy, mędrcy, powiernicy bogów, nie posiadacie sposobu uratowania ludzi z takiej burzy?…
Pentuer zamyślił się i rzekł:
— Na świecie jest tylko jeden mędrzec, który mógłby walczyć ze złymi duchami… Ale jego tu nie ma!..
Tyfon dął już od pół godziny z niepojętą siłą. Zrobiła się prawie noc. Chwilami wiatr słabnął, czarne kłęby rozsuwały się i było widać na niebie krwawe słońce, a na ziemi złowrogie światło rudej barwy.
Lecz wnet potężniał wicher gorący, duszny; kłęby kurzu gęstniały, trupie światło gasło, a w powietrzu rozlegały się niepokojące szelesty i szmery, jakich nie nawykło chwytać ludzkie ucho.
Niewiele już brakło do zachodu, a gwałtowność burzy i nieznośny upał wciąż rosły. Od czasu do czasu nad horyzontem ukazywała się olbrzymia krwawa plama, jak gdyby zaczynał się pożar świata.
Nagle książę spostrzegł, że nie ma przy nim Pentuera. Wytężył ucho i usłyszał głos wołający:
— Beroes!.. Beroes!.. jeżeli nie ty, któż nam pomoże?… Beroes!.. w imię Jedynego, Wszechmocnego, który nie ma początku ani końca, wzywam cię…
W północnej stronie pustyni odezwał się grzmot. Książę struchlał; dla Egipcjanina bowiem grzmoty były prawie tak rzadkim zjawiskiem jak ukazanie się komety.
— Beroes!.. Beroes!.. — powtarzał wielkim głosem kapłan.
Następca wytężył wzrok w tym kierunku i ujrzał — ciemną figurę ludzką z podniesionymi rękoma. Z głowy, palców, a nawet z odzienia tej figury co chwilę wyskakiwały jasnobłękitne iskry.
— Beroes!.. Beroes!..
Przeciągły grzmot odezwał się bliżej, a wśród tumanów piasku mignęła błyskawica oblewając pustynię czerwonym światłem. Nowy grzmot i nowa błyskawica.
Książę uczuł, że gwałtowność wichru słabnie i gorąco zmniejsza się. Skłębiony w górze piasek zaczął spadać na ziemię, niebo zrobiło się popielate, potem rude, potem mlecznej barwy. Potem wszystko ucichło, a za chwilę znowu runął grzmot i zawiał chłodny wiatr z północy.
Znękani upałem Azjaci i Libijczykowie ocknęli się.
— Wojownicy faraona — nagle odezwał się stary Libijczyk — a słyszycie wy ten szum w pustyni?…
— Znowu burza?
— Nie, to deszcz pada!..
Istotnie z nieba upadło kilka chłodnych kropli, potem coraz więcej, aż w końcu zerwała się ulewa, której towarzyszyły pioruny.
Między żołnierzami Ramzesa i ich jeńcami zapanowała szalona radość. Nie zważając na błyskawice i gromy, ludzie, przed chwilą spaleni żarem, spragnieni, biegali jak dzieci pod strumieniami deszczu. Po ciemku myli siebie i konie, łapali wodę w czapki i skórzane wory, a nade wszystko — pili, pili!..
— Nie jestże to cud?… — zawołał książę Ramzes. — Gdyby nie deszcz błogosławiony, zginęlibyśmy w pustyni, w gorących uściskach Tyfona.
— Zdarza się tak — odparł stary Libijczyk — że południowy wicher piaszczysty drażni wiatry przechadzające się nad morzem i sprowadza ulewę.
Ramzesa niemile dotknęły te słowa; przypisywał bowiem nawałnicę modlitwom Pentuera.
Zwróciwszy się więc do Libijczyka spytał:
— A czy zdarza się i to, ażeby z ludzkiej postaci tryskały iskry?
— Zawsze tak bywa, gdy wieje wiatr pustynny — rzekł Libijczyk. — Przecie i tym razem widzieliśmy iskry wyskakujące nie tylko z ludzi, ale i z koni.
W głosie jego brzmiała taka pewność, że książę zbliżywszy się do oficera swej jazdy szepnął:
— A zważajcie na Libijczyków…
Ledwie to powiedział, coś zakotłowało się wśród ciemności, a po chwili rozległ się tętent.
Gdy zaś błyskawica rozświetliła pustynię, zobaczono człowieka, który uciekał na koniu.
— Wiązać tych nędzników! — krzyknął książę — i zabić, jeżeli który będzie opierał się… Biada ci, Tehenno, gdyby ten łotr sprowadził na nas twoich braci!.. Zginiesz w ciężkich męczarniach ty i twoi…
Pomimo deszczu, piorunów i ciemności żołnierze Ramzesa szybko powiązali Libijczyków nie stawiających zresztą żadnego oporu.
Może czekali na rozkaz Tehenny, ale ten był tak zgnębiony, że nie myślał nawet o ucieczce.
Powoli burza uspokajała się, a miejsce dziennego upału zajął w pustyni chłód przejmujący.
Ludzie i konie napili się do syta i worki napełnili wodą; daktylów i sucharów było dosyć, więc panowało dobre usposobienie. Grzmoty osłabły, ciche błyskawice zapalały się coraz rzadziej, na północnym niebie poczęły rozdzierać się obłoki, tu i owdzie zapłonęły gwiazdy.
Pentuer zbliżył się do Ramzesa.
— Wracajmy ku obozowi — rzekł. — Możemy tam dojść za parę godzin, zanim ten, który uciekł, naprowadzi nam nieprzyjaciół.
— Jakże trafimy wśród takiej ciemności? — spytał książę.
— Czy macie pochodnie? — zwrócił się kapłan do Azjatów.
Pochodnie, czyli długie sznury nasycone materiałami palnymi, były, ale nie było ognia.
Drewniane bowiem krzesiwka służące do zapalania przemokły.
— Musimy czekać do rana — rzekł niecierpliwy książę.
Pentuer nie odpowiedział. Wydobył ze swej torby małe naczynie, wziął od żołnierza pochodnię i odszedł na bok. Po chwili rozległo się ciche syczenie i pochodnia zapaliła się.
— Wielki jest czarnoksiężnik ten kapłan!.. — mruknął stary Libijczyk.
— W oczach moich sprawiłeś już drugi cud — rzekł książę do Pentuera. — Czy możesz mi objaśnić, jak się to robi?…
Kapłan potrząsnął głową.
— O wszystko pytaj mnie, panie — odparł — a odpowiem ci, na ile mi starczy mądrości. Tylko nigdy nie żądaj, abym ci wyjaśniał tajemnice naszych świątyń.
— Nawet gdybym cię mianował moim doradcą?
— Nawet i wówczas. Nigdy nie będę zdrajcą, a choćbym i śmiał nim zostać, odstraszyłyby mnie kary…
— Kary?… — powtórzył książę. — Aha!.. Pamiętam w świątyni Hator człowieka schowanego w podziemiu, na którego kapłani wylewali roztopioną smołę. Czyżby to robili naprawdę?… I ów człowieka naprawdę skonał w mękach?…
Pentuer milczał, jakby nie słysząc pytania, i powoli wydobył ze swej cudownej torby mały posążek bóstwa z rozkrzyżowanymi rękoma. Posążek ten wisiał na sznurku; kapłan puścił go wolno i szepcąc modlitwę uważał. Posążek po pewnej liczbie wahań i kręceń się zawisnął spokojnie.
Ramzes przy świetle pochodni ze zdziwieniem przypatrywał się tym praktykom.
— Co to robisz? — spytał kapłana.
— Tyle tylko mogę powiedzieć waszej dostojności — rzekł Pentuer — że bóstwo jedną ręką wskazuje gwiazdę Eshmun[10]. Ona to w czasie nocy prowadzi przez morza fenickie okręty.
— Więc i Fenicjanie mają tego boga?
— Nawet nie wiedzą o nim. Bóg, który zawsze zwraca jedną rękę do gwiazdy Eshmun, jest znany tylko nam i kapłanom chaldejskim. Przy jego zaś pomocy każdy prorok, dniem i nocą, w pogodę i niepogodę, może odkryć swoją drogę na morzu czy w pustyni.
Na rozkaz księcia, który z zapaloną pochodnią szedł obok Pentuera, orszak i jeńcy ruszyli za kapłanem w kierunku północnowschodnim. Bożek zawieszony na sznurku chwiał się, lecz niemniej wyciągniętą ręką wskazywał, gdzie leży święta gwiazda, opiekunka zbłąkanych podróżników.