— Jaką, mówił pan, reprezentuje pan sieć, panie… Cavanaugh?
— Sieć informacyjną mojego liceum — wygadał się. — Tylko że nie wspomniałem o tym tamtej pani, kiedy umawiałem się na spotkanie.
— Rzecz jasna — odparła Leisha. Co tam jej stopy — to dopiero było śmieszne! Pierwszy wywiad, na jaki zgodziła się od dziesięciu lat, i okazuje się, że udzieli go dzieciakowi z licealnej gazetki. To dopiero spodobałoby się Susan.
— No dobrze, zacznijmy zatem — powiedziała. Wiedziała, że chłopak rozmawia z Bezsenną po raz pierwszy w życiu. Miał to wypisane na twarzy: tę ciekawość, niepewność, ukradkowe ocenianie. Ale bez zawiści w żadnej z jej jadowitych postaci. To właśnie była dość szczególna rzecz — brak zawiści u tego zupełnie przeciętnego chłopaka.
Był bardziej rozgarnięty niż na to wyglądał.
— Mama opowiadała mi, że kiedyś wszystko było inaczej. Woły, a nawet Amatorzy Życia nienawidzili Bezsennych. Jak to możliwe?
— Jak to możliwe, że pan ich nie nienawidzi?
Wydawał się szczerze zaskoczony takim pytaniem. Nachmurzył się, potem zerknął na nią z ukosa tak zakłopotany, że Leisha widziała wyraźnie, jaki z niego przyzwoity chłopiec.
— No cóż, nie chciałbym pani urazić, ale… dlaczego właściwie miałbym panią nienawidzić? To znaczy: to przecież Woły — a z tego, co wiem, Bezsenni to jakby taki rodzaj Superwołów, prawda? — zajmują się wszystkim co trzeba. My, Amatorzy Życia, tylko korzystamy z wyników ich pracy. Żyjemy. Wie pani — wybuchnął w nagłym przypływie szczerości — nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Woły tego nie mogą zrozumieć i dlaczego tak nas nie znoszą.
— Plus ca change, plus c’est la meme chose.[1]
— Co to znaczy?
— Nic takiego, panie Cavanaugh. Czy w pańskiej szkole są jakieś Woły?
Popatrzył na nią tak, jakby o takich rzeczach sama powinna wiedzieć, co było zresztą zgodne z prawdą. Stany Zjednoczone były społecznością trzykondygnacyjną: najpierw ci, którzy nie mają nic, a którzy dzięki opium tajemniczej, hedonistycznej Filozofii Prawdziwego Życia zostali stałymi odbiorcami daru wolnego czasu. Amatorzy Życia, czyli osiemdziesiąt procent populacji, porzuciło etykę pracy na rzecz populistycznej i wesołkowatej wersji etyki dawnej arystokracji: szczęśliwcy nie muszą pracować. Ponad nimi — a może poniżej — znajdowały się Woły, genetycznie wspomagani Śpiący, którzy zarządzali polityczną i ekonomiczną maszynerią tak, jak dyktowały im łaskawe głosy nowej klasy niepracujących. Woły zarządzały, a ich roboty wykonywały wszelką inną pracę. Zaś ponad tym wszystkim byli jeszcze Bezsenni, w większości niewidoczni, ukryci w Azylu, lekceważeni przez Amatorów Życia, a kto wie, czy i nie przez Woły. W całości ów trójdzielny system — id, ego i superego, jak ktoś kiedyś określił go sardonicznie — bazował na taniej, wszechobecnej energii Y, napędzającej w pełni zautomatyzowane fabryki i gwarantującej istnienie niezwykle wprost hojnej opieki społecznej, która w zamian za głosy wyborców fundowała chleb i igrzyska. Zjawisko to, myślała Leisha, było szczególnie amerykańskie w charakterze, łącząc demokrację z materializmem, przeciętność z entuzjazmem, potęgę z iluzją jej oddolnego kontrolowania.
— Proszę mi powiedzieć, panie Cavanaugh, co pan i pańscy przyjaciele robicie z całym tym wolnym czasem?
Wyglądał na zaskoczonego.
— Co robimy?
— Właśnie. Co z nim robicie. Na przykład dzisiaj. Co pan będzie robił, kiedy skończy pan nagrywać ten wywiad?
— No… Podrzucę nagranie do szkoły. Nasz nauczyciel puści je chyba przez sieć informacyjną. Jak będzie chciał.
— On jest Amatorem Życia czy Wołem?
— Jasne, że Amatorem — odparł z lekkim przekąsem. Leisha wyczuła, że jej akcje gwałtownie spadają. — Potem pewnie posiedzę chwilę nad czytaniem; do południa, dopóki nie skończy się szkoła. Już prawie umiem czytać, ale jeszcze nie całkiem. To bez sensu, ale mama chce, żebym się nauczył. W południe są zawody skuterowe, idę z przyjaciółmi…
— A kto za nie płaci, kto je organizuje?
— Nasza miejscowa radna, to jasne. Cathy Miller. To ona jest Wołem.
— No jasne.
— Potem z kolegami robimy sobie psychoimprezy, nasz kongresman przywiózł najświeższy towar z Kolorado czy skądś, no a potem jest ten wirtualny holowid…
— Jaki ma tytuł?
— „Tamara z marsjańskich mórz”. Nie będzie pani oglądać? Jest agro!
— Może się załapię — odpowiedziała Leisha. Stopy, dziennikarze, Tamara z marsjańskich mórz. Moira, córka Alice, wyemigrowała na marsjańską kolonię. — Wie pan, że na Marsie nie ma mórz, prawda?
— Tak? — spytał bez śladu zainteresowania. — Potem ja i kumple będziemy grać w piłkę, a później ja i moja dziewczyna będziemy się pieprzyć. No a później, jeśli zostanie mi trochę czasu, może wpadnę do moich rodziców, bo mają dzisiaj tańce. Jeśli nie starczy… Pani Camden, czy powiedziałem coś śmiesznego?
— Ależ nie — wysapała Leisha. — Przepraszam. Żaden osiemnastowieczny arystokrata nie mógłby się pochwalić bardziej zapełnionym kalendarzem imprez towarzyskich.
— No cóż, jestem Amatorem dość agro — odparł skromnie. — Ale to przecież ja mam pani zadawać pytania. Dobrze, czy jest… Nie, nie, proszę poczekać… Co to za fundacja, którą pani prowadzi? Czym się zajmuje?
— Zapytuje żebraków, dlaczego są żebrakami i zapewnia finansowanie tym, którzy pragną zostać kim innym.
Chłopak był wyraźnie zbity z tropu.
— Jeśli, na ten przykład — pospieszyła z wyjaśnieniem Leisha — zechciałby pan zostać Wołem, Fundacja imienia Susan Melling pomogłaby panu dostać się do odpowiedniej szkoły i opłaciłaby panu wszystkie konieczne usprawnienia.
— Ale po co w ogóle miałbym tego chcieć?
— Rzeczywiście, po co? — odparła Leisha. — Niemniej są tacy, którzy tego chcą.
— W każdym razie ja takich nie znam — odparł zdecydowanym tonem. — Dla mnie brzmi to zupełnie beznadziejnie. Jeszcze jedno pytanie: dlaczego pani to robi? Dlaczego prowadzi pani tę jakąś fundację?
— Ponieważ my, silni, to właśnie winni jesteśmy żebrakom: zapytać każdego z nich, dlaczego jest żebrakiem i postąpić stosownie do udzielonej odpowiedzi — wyjaśniła precyzyjnie Leisha. — Ponieważ społeczeństwo to tylko pewne założenie, a nie wynik, bo tylko nadając bezproduktywności tyleż samo cech indywidualnych co doskonałości i tym się kierując można spłacić swój dług wobec hiszpańskich żebraków.
Ujrzała wyraźnie, że chłopiec nie zrozumiał z tego ani słowa. O nic też nie zapytał. Wstał, z wyraźną ulgą wziął ze stołu swój sprzęt — koniec pracy na dzisiaj — i wyciągnął ku niej rękę.
— No cóż, wydaje mi się, że to już będzie wszystko. Nauczyciel powiedział, że w zupełności wystarczą cztery pytania. — Dziękuję, pani Camden.
Uścisnęła jego dłoń. Taki uprzejmy chłopiec, pozbawiony zawiści i nienawiści, taki zadowolony. I taki głupi.
— Dziękuję, panie Cavanaugh. Za to, że odpowiedział pan na moje pytania. Odpowie mi pan na jeszcze jedno?
— Jasne.
— Jeśli pański nauczyciel puści ten wywiad przez sieć, czy ktokolwiek będzie go oglądał?
Odwrócił wzrok; widziała wyraźnie, że nie chce sprawić jej przykrości odpowiedzią. Co za uprzejmy chłopiec.