Выбрать главу

Orzeł wrócił, złapał szponami za kołnierz od kurtki hobbita i poleciał. Tym razem podróż była niedaleka. Po krótkiej chwili Bilbo, drżący ze strachu, leżał już na szerokiej półce skalnej wykutej w zboczu góry. Nie było stąd zejścia w dół, chyba na skrzydłach. Nie było drogi, chyba skokiem nad przepaścią. Tu hobbit ujrzał resztę kompanii, krasnoludów siedzących rzędem i opartych plecami o ścianę górską. Wódz Orłów rozmawiał z Gandalfem.

Wyglądało na to, że Bilbo w końcu nie zostanie pożarty. Czarodziej, jak się zdawało, znał się trochę z Wodzem Orłów, a nawet był z nim w dość przyjaznych stosunkach. Rzeczywiście Gandalf, często włócząc się po górach, oddał kiedyś przysługę orłom i wyleczył ich władcę z rany zadanej strzałą z łuku. A więc, moi drodzy, wyrażenie „jeńcy" miało znaczyć: „ocaleni jeńcy goblinów", a wcale nie „więźniowie orłów". Przysłuchując się słowom Gandalfa, Bilbo zrozumiał, że teraz naprawdę i ostatecznie wydostaną się z tych przerażających gór. Czarodziej omawiał bowiem z Wodzem Orłów plan, według którego ptaki miały przenieść krasnoludów, jego samego oraz Bilba daleko stąd, aż na właściwy szlak przecinający w dole równiny.

Wódz Orłów nie zgadzał się na transport w jakieś miejsce bliskie siedzib ludzkich.

— Strzelaliby do nas ze swoich ogromnych łuków struganych z cisowego drzewa — rzekł — bo myśleliby, że polujemy na ich owce. No, nie myliliby się zresztą w zwykłym przypadku. Tak, cieszymy się, że pozbawiliśmy gobliny łupu, cieszymy się, że możemy ci spłacić dług wdzięczności, lecz nie chcemy dla krasnoludów ryzykować własnego życia na południowych równinach.

— Dobrze — odparł Gandalf — zanieście nas tak daleko, jak chcecie. Już i tak jesteśmy wam bardzo wdzięczni. Ale tymczasem umieramy z głodu!

— Ja już prawie umarłem! — pisnął Bilbo tak słabym głosikiem, że nikt go nie usłyszał.

— Na to może znajdzie się rada — powiedział Wódz Orłów.

W chwilę później mógłbyś dostrzec na półce skalnej jasne ognisko, a wokół niego sylwetki krasnoludów węszących smakowity zapach pieczeni. Orły przyniosły suche gałęzie do rozniecenia ognia, a także parę królików, zajęcy i jagnię. Krasnoludy zakrzątnęły się żywo. Bilbo, zbyt osłabiony, by pomagać w tej pracy, a poza tym niezbyt zgrabny do oprawiania królików i dzielenia mięsa, odbierał je od rzeźnika już przygotowane i podawał kucharzom. Gandalf także położył się i odpoczywał, spełniwszy swoją rolę przy rozniecaniu ognia, bo Oin i Gloin zgubili krzesiwa i hubki (i po dziś dzień nie używają zapałek).

Tak skończyła się przygoda w Górach Mglistych. Wkrótce brzuszek Bilba napełnił się i zaokrąglił znów przyjemnie i hobbit mógł usiąść zadowolony, chociaż, prawdę mówiąc, wolałby kilka kromek chleba z masłem niż to mięso przypieczone na patykach. Spał jednak skulony na twardej skale stokroć głębszym snem niż kiedykolwiek w puchowym łóżku, w swojej własnej rodzinnej norce. Ale przez całą noc śnił mu się dom i we śnie wędrował po jego pokojach, szukając czegoś, czego nie mógł znaleźć, i nie mogąc sobie przypomnieć, czego właściwie szuka.

Dziwna Kwatera

Nazajutrz Bilbo zbudził się, gdy wschodzące słońce zaświeciło mu w oczy.

Zerwał się, żeby spojrzeć na zegar i nastawić wodę w imbryku… i wtedy dopiero stwierdził, że nie jest u siebie w domu. Siadł więc i marzył na próżno o miednicy i szczotce. Nie było tych przedmiotów, podobnie jak nie było herbaty, grzanek ani boczku na śniadanie, lecz tylko zimne mięso baranie i królicze. A potem musiał przygotować się do dalszej podróży.

Tym razem pozwolono hobbitowi wleźć na grzbiet orła i przylgnąć tam między skrzydłami. Powietrze gwizdało mu w uszach, oczy zamknął. Kiedy piętnaście wielkich ptaków wzlatywało z półki skalnej, krasnoludy wznosiły pożegnalne okrzyki i przyrzekały odwdzięczyć się Wodzowi Orłów przy pierwszej sposobności. Słońce stało jeszcze nisko nad wschodnim krańcem świata. Poranek był chłodny, mgła zalegała doliny i wszystkie zagłębienia terenu, rozszczepiała się tu i ówdzie na szczytach i górskich iglicach. Bilbo uchylił jedną powiekę, zerknął i ujrzał, że ptaki lecą już wysoko, ziemia została daleko w dole, a góry uciekają szybko wstecz. Zamknął znów oczy i mocniej zacisnął powieki.

— Nie szczyp mnie — rzekł orzeł. — Nie masz powodu tchórzyć jak królik, chociaż jesteś trochę do niego podobny. Mamy piękny ranek, wiatr ledwie dmucha. Cóż może być piękniejszego od takiego lotu?

Bilbo miał ochotę odpowiedzieć: „gorąca kąpiel, a potem dobre śniadanie w ogródku przed domem" — rozmyślił się jednak i nic nie rzekł na to, nieco tylko rozluźnił chwyt palców na karku ptaka.

Po pewnym czasie orły, mimo że z tak wysoka, dostrzegły widać wyznaczony cel, zaczęły się bowiem zniżać, zataczając po spirali ogromne kręgi. Trwało to dość długo, aż w końcu hobbit znów otworzył oczy. Ziemia była o wiele bliżej, mógł już rozróżnić w dole drzewa, jakby dęby i wiązy, szerokie łąki i płynącą przez nie rzekę. A pośrodku jej nurtu wznosiła się wielka skała, którą woda opływała z dwóch stron, kamienny szczyt, niby wysunięta przednia straż odległych gór albo potężny głaz ciśnięty o kilka mil naprzód przez jakiegoś siłacza, olbrzyma nad olbrzymami.

Orły jeden po drugim szybko siadały na skale, pozostawiając tu swoich pasażerów.

— Bądźcie zdrowi! — krzyknęły. — Gdziekolwiek zawędrujecie, bądźcie zdrowi i niech was gniazda wasze przyjmą szczęśliwych u kresu podróży!

Tak żegnają orły swoich przyjaciół, jeśli chcą być bardzo grzeczne.

— Niech wiatr niesie wasze skrzydła tam, gdzie słońce żegluje i gdzie przechadza się księżyc! — odwzajemnił się Gandalf, który znał właściwą odpowiedź.

W ten sposób się rozstali. A chociaż Wódz Orłów został później Królem Wszystkich Ptaków i włożył złotą koronę, a piętnastu jego namiestników otrzymało złote naszyjniki (ze złota ofiarowanego przez krasnoludy), Bilbo nigdy już w życiu nie miał ich ujrzeć, chyba wysoko na niebie i z daleka, podczas bitwy Pięciu Armii. Ponieważ jednak będzie to opisane pod koniec naszej historii, wolę na razie nic więcej o tym nie mówić.

Skała była na szczycie spłaszczona, a wydeptana ścieżka prowadziła z niej po wielu stopniach w dół ku rzece i dalej przez groblę z płaskich kamieni na łąkę. W ostatnim stopniu skalnych schodów, u przyczółka kamiennej grobli zobaczyli małą grotę — suchą, wygodną, wysypaną żwirem — i w niej całą kompania zatrzymała się na naradę.

— Od początku zamierzałem przeprowadzić was bezpiecznie (o ile to możliwe) przez góry — rzekł czarodziej — i dokonałem tego dzięki dobrej organizacji wyprawy, a także dzięki szczęśliwym przypadkom. A nawet znaleźliśmy się o wiele dalej na wschód, niż planowałem sobie dojść razem z wami. Bądź co bądź to nie moja, lecz wasza wyprawa. Może przyczynię się do niej jeszcze tak czy owak, nim ją ukończycie, tymczasem jednak mam inne ważne i pilne sprawy do załatwienia.

Krasnoludy lamentowały i miały miny szczerze strapione, a Bilbo wręcz płakał. Nabrali już wszyscy przekonania, że Gandalf przez całą drogę dotrzyma im kompanii i zawsze będzie z nimi, by ratować w biedzie.

— Nie zniknę natychmiast — powiedział czarodziej — mogę wam ofiarować jeszcze dzień lub nawet dwa. Zapewne zdołam was wesprzeć w obecnych tarapatach, ale i sam potrzebuję trochę pomocy. Nie mamy prowiantu, bagaży ani wierzchowców, a wy w dodatku nie wiecie, gdzie jesteście. To mogę wam zaraz powiedzieć. Znajdujecie się o kilka mil na północ od ścieżki, na którą wyszliby–śmy, gdybyśmy nie zostali zmuszeni do tak nagłego zboczenia z drogi na przełęcz. W tych okolicach mało jest mieszkańców, chyba że przybyło ich od mego ostatniego pobytu, to znaczy od kilku lat. Lecz ktoś, kogo znam, mieszka niedaleko stąd. To ten ktoś właśnie wykuł stopnie w skale na rzece — zwanej Samotną Skałą, o ile mi wiadomo. Mój znajomy nieczęsto tu przychodzi, a już nigdy za dnia, toteż nie ma co na niego czekać. Co więcej, byłoby to bardzo niebezpieczne. Musimy iść do niego, a jeżeli przyjmie nas dobrze, sądzę, że będę mógł was wtedy opuścić, życząc wam wzorem orłów, byście byli zdrowi, gdziekolwiek zawędrujecie.